The Conquest of England

Relacje z frontu na Wyspach.

Nazwa:
Lokalizacja: Poland

wtorek, października 31, 2006

Dzień 34 - czwartek

Dobra, przyznam się szczerze - jest noc z poniedziałku na wtorek, godzina jak widać powyżej. Ale z czasem nie wolno igrać, więc opisuję jak należy, po kolei. Nie pytajcie, czemu tak późno - sam nie potrafię tego pojąć.

Poranek spędziłem na analizie fundamentalnej, proporcjonalnej i technicznej firmy Hanesbrands Inc. Z czterogodzinnej walki z wykresami, kolumnami cyferek i stronami raportu powstała jedna kartka treściwej - mam nadzieję - analizy. W południe skończyłem to zadanie domowe i zrobiłem sobie obiad. Jak pewnie pamiętacie, ten tydzień upływa pod hasłem redukcji zasobów, więc po raz drugi (i jak się miało okazać - nie ostatni) zrobiem sobie makaron na słodko. Prostota tego posiłku, a zarazem jego skuteczność w zaspokajaniu głodu jest niepowtarzalna. A może to tylko mój apetyt na cukier się odzywa?

Economic Philosophy sprawiło, że moje postrzeganie świata po raz kolejny się zachwiało. Dlaczego? Ano posłuchajcie. Najpierw rozmawialiśmy o zaletach wolnego rynku i jego przewagach w stosunku do rządu wtrącającego się w godpodarkę. Wszystko w oparciu o Friedmana i jego książkę, którą na tym prestiżowym kursie ekonomii zechciała przeczytac zaledwie połowa osób. Później jednak zostalismy podzieleni na 2 grupy, żeby przystąpić do ostatecznej walki na argumenty: "czy zalegalizować narkotyki?". Broniłem słusznej sprawy, ale mimo że sięgałem do różnych aspektów ekonomii, atakowałem z flanki tezami z pogranicza psychologii i socjologii, byłem skazany na klęskę. Okazało się, że w ujęciu ekonomicznym i światowym lepiej jest, jeśli narkotyki sa legalne...Platon miał chyba rację - ludźmi powinni rządzić Ci, którzy wiedzą lepiej...

Investment Course był mniej ciekawy, ale ogłoszono listę zwycięzców konkursu na wybór najbardziej zyskownej spółki. Pierwszą nagrodę - 60 funtów - wygrał chłopak, który 3 dni wcześniej, w odpowiedzi na informację o znalezieniu nowego miejsca występowania ropy, zaiwestował w jakąs spółkę naftową. W ciągu 72 godzin zyskał przeszło 17%...mój czas też kiedyś przyjdzie.

Trening był, jak zawsze, bardzo satysfakcjonujący (czytaj: męczący). Sensei zaczął stosować nam system nagród za "nie-dawanie-z-siebie-wszystkiego". Są to mianowicie pompki na kostkach. Sam sensei trochę oszukuje, bo nie wyprostowuje do końca rąk, ale mimo to liczy,ku mojemu zadowoleniu i westchnieniom pozostałych, do kilkudziesięciu.
Co zabawne, biegnąc na trening wypadł mi po drodze pas od kimona. Wróciłem więc tą samą drogą do uniwersytetu i znalazłem go tuż przed budynkiem wydziału. Całe szczęście.

czwartek, października 26, 2006

Tekst tygodnia

Wieczór, faza "ta pora". Wychodzimy od Jamesa i idziemy do kuchni. James mówi:

- You know, Voyteck, today when you turned up with the medicine, my girlfriend started to think you're Jesus Christ.
-...

Dzień 33 - środa

Teoretycznie środa jest dniem wolnym od zajęć. Teoretycznie.

Przedpołudnie:
Między 7:50 a 8:30 budziłem się. Wziąłem w tym czasie prysznic, ubrałem się i zjadłem śniadanie. Później przyszedł czas analizę spółki giełdowej. Wprawdzie musiałem tylko zbadać kilka wskaźników i spisać informacje i wnioski, ale Investopedia i trendy giełdowe wciągnęły mnie...skończyłem, kiedy wybiło południe.

Poszedłem jeszcze do Jamesa, żeby dać mu poranną porcję Gripex'u. Narzekał wczoraj, że się źle czuje i ma grypę. Istotnie nie czuł się najlepiej, bo otworzyła jego na wpół ubrana dziewczyna, on zaś leżał w łóżku, masując bolącą głowę. Był nagi. Ale przykryty kołdrą. Kiedy zobaczył mnie z termosem w jednej i saszetką leku w drugiej ręcę, jęknął tylko: "Ohhh, mate...thanks...". Rozrobiłem szybko medykament, zostawiłem na wszelki wypadek kilka tabletek Panadolu i z zyczeniami szybkiego powrotu do zdrowia wyszedłem. Nie był to chyba dobry moment na wizytę kontrolną...ale kto normalny leży w łóźku niedobudzony w samo południe?

Popołudnie:
O pierwszej, jak zawsze, rozpoczął się kurs Religions & Conflicts. Tym razem mówiliśmy o religiach z socjologicznego punktu widzenia Emile'a Durkheim'a oraz ideologii narodu wybranego, jaki nadaje sobie Ameryka. Ojciec Vlad łapał się znów za głowę, że nie znamy "podstawowych "osobistości, pojęć i wydarzeń z zakresu ogólnie pojętej "kultury".

Henry, kolega z ławki, powiedział, że popołudniu jest jakiś wykład o filozofii. Nic więcej nie wiedział. Ale też nic więcej nie było mi potrzebne. Plan dnia szybko uległ niezbędnym zmianom.

Poszedłem do Computer Centre, żeby wydrukować klka stron. Sądziłem, że uda mi się to załawić Drogą Lisa, bo moje konto było nieaktywne i puste, a mimo to drukarka robiła co trzeba. Dopiero potem zauważyłem maila z wiadomością o ujemnym stanie konta...

Między 15:30 a 17:00 chciałem oddać krew w Student Union (akcja podobna jakktóregos dnia w Marynce). Okazało się, że potrwa to około półtorej godziny. Co więcej, nie jest najlepszym pomysłem oddawania pół litra krwi i, nie jedząc nic od śniadania, iść na wieczorny trening karate...tak mi się przynajmniej wydawało. Niestety wszystkie jadłodajnie na terenie campusu były już zamknięte. Musiałem wybrać - krew lub karate. Ale przecież krew mogę oddać zawsze, w Polsce też...

Po kwardansie byłem u siebie i przyrządzałem obiad. Cały tydzień upływa pod hasłem redukcji zapasów, więc zjadłem dziś resztę świderków (makaronu). Przyrządziłem w ulubionym przeze mnie stylu - dużo i słodko. Tylko cynamonu troszkę brakowało...

Zapakowałem kimono i kilka kartek do notowania, po czym po raz trzeci przemierzyłem drogę między pokojem a uniwersytetem. Padało. Poza tym byłem spóźniony, więc biegłem (dzięki temu mniej zmokłem). Równo z dzwonem wieży zegarowej głównego budynku-Zamczyska znalazłem się w sali, po drodze spotykając Henry'ego. Średnia wieku więcej niż mój podwojony wiek. Nie zraziło mnie to jednak, a wręcz przeciwnie - może będzie okazja posłuchać kilku mądrych ludzi? Sam wykład okazał się...nietypowy, bo dotyczył pojęcia traumy, jego postrzgania i znaczenia we współczesnym świecie. Brnąc przez różnorakie narracje, podejścia do problemu w wieku XX oraz dekompozycję znaczeń, autor odczytywał kolejne storny swojego wykładu. Światło było jasne, jakby trochę za ostre...przymknąłem lekko powieki, oparłem głowę na ręcę i dłonią przysłoniłem oczy...cały czas słuchałem i myślałem o rozważanej kwestii...z boku...z dystansu...z oddali...
Kiedy się ocknąłem, byli już gdzie indziej. Zauważyłem, że Henry trochę się nudzi, bo telefone fotografuje swój zeszyt. Wykład jednak rychło się skończył i przyszedł czas na dyskusję panelową.Ku mojemu zdumieniu okazało się, że na sali jest więcej filozofów i ludzi, którzy nie tylko podążali za treścią wykładu, ale analizowali go i wyprzedzali. Zaczęły pojawiać się sugestie, inne punkty widzenia i pytania, które dla samego nawet autora stały się kłopotliwe. Pomiędzy tymi ludźmi, wspólnym wysiłkiem intelektualnym, zaczęła powstawać Myśl! Czuło się ją w powietrzu, słyszało w każdym wypowiadanym słowie. I nagle zapragnąłem- ja, pierwszak - by ta Myśl spłynęła też na mnie, by stała się choć w małej cząstce moim udziałem! Po 20 minutach wytężania umysłu, wgryzania się we właściwą treść Myśli i debaty oraz rozważania wypowiedzi, która w najlepszym wypadku nie zrobi ze mnie błazna, zgłosiłem się. Moderator akurat pytał, czy ktoś ma jeszcze jakieś pytania - byłem ostatni w kolejce. Miałem swoim komentarzem niejako zamknąć wykład! Poczułem silny przypływ adrenaliny, krew zaczęła szybciej krążyć, a umysł znalazł się w SSP (stresogenny stan przedprzemówieniowy). W końcu nadszedł czas. Po pierwszych słowach wszystkie Madre Głowy zwróciły sie w moją stronę i zaczęły słuchać! Mnie,pierwszaka! Skupiłem się, żeby jasno przekazać to, co miałem do powiedzienia. I oto - niespodzianka. Los przyja odważnym i przemienia klęski w zwycięstwa! Filozof powiedział, że początkowo myślał inaczej, ale w toku badań doszedł do wniosku, że właściwie musi zgodzić się z moją tezą! Zatem udało się! Obrzęd inicjacji w gronie Filozofów zakończył się sukcesem! Stałem się nieformalnie cżłonkiem tego towarzystwa!

Pora wieczorowa:

Okres wstępny:

Czas między 18:30 z 20:00 spędziłem w bibliotece. Chciałem dokończyć trylogię Bergmana obejrzeniem "Ciszy", ale okazało się, że od kilku lat kasety nikt nie pożyczał i gdzieś się zagubiła. Na szczęście jak zawsze miałem przy sobie książkę.

Wieczór właściwy:

Trening był kolejnym miłym zaskoczeniem. Sensei zaczął wymagać od nas pewnej wytrwałości w bolesnych ćwiczeniach. Poza tym nauczyliśmy się pierwszej formy (kata) i nowych pozycji (kątem oka podpatrzyłem też formę drugą). Troszkę irytują mnie współćwiczący, którzy właściwie boją się wykonać cios bądź go sparować. Ale na wszytko przyjdzie czas.

W drodze powrotnej spotkałem Pardis i Wan Yung. Ta druga skończyła właśnie pracę za barem. Droga powrotna zajęła nam godzinę. Minęła jednak szybko na rozmowie o fizyce teoretycznej (kierunek Pardis) oraz jej żalu, że mimo ciężkiej pracy jest prawie najgorsza w grupie.

Po powrocie, o 23:00, poszedłem jeszcze na "chwilę" do kuchni, żeby towarzyszyć w kolacji. Przy okazji zjawiła się Fanny i dziewczyna ze Szwajcarii. Kolejne pół godziny zesżło nam na porównywaniu naszych wykładów i omawianiu wykładowców. W końcu pożegnałem się i wróciłem.

"Ta pora":

Przechodziłem jednak obok pokoju Jamesa. Nie mogłem przecież tak po prostu obojętnie minąć jego drzwi...zapukałem i wszedłem. Okazało się, że mój sąsiad ma jednak kaszel, ale załatwił już sobie odpowiednie leki. Póki co odłożył papierosy na ten wieczór. W zamian korzystał z fajki wodnej, bo to przecież zdrowsze...Powiedział mi też coś, co jak nic w świecie podniosło mnie na duchu (--> ..:://Tekst tygodnia\\::..). Potem zapytali mnie o moją wizytę w Londynie i rozmowa rozpoczęła się na dobre. Byłem jednak zdumiony, kiedy zaczęliśmy rozmawiać o Platonie, względności gustów w sztuce, muzyce i modzie, subiektywności wszelkich opinii. Co więcej, tłumaczyliśmy wszytkie te koncepcje dziewczynie James'a. W końcu zgłodnieliśmy i poszliśmy coś zjeść - oni zrobili sobie Noodles z przyprawami, grzybami i sosami (wyglądało o niebo lepiej niż zwykła chińska zupka), ja zaś, realizując plan redukcji zapasów, ugotowałem resztę mrożonej marchewki.

To był naprawdę niezwykły wieczór.
Dzisiejszy dzień, jak jeden w niewielu z moim życiu, zdawał się trwać 48 godzin.

środa, października 25, 2006

Kontekst

Piotr Andrzejewski

Jak góry przenosić

Możesz iść na szczyt
Możesz wędrować do swej Itaki
Możesz dążyć do celu.

Jak góry przenosić, radzisz

Góry same chodzą,
Jeśli starczy Ci czasu,
Zobaczysz

Ze szczytu, piękny widok,
W Itace Penelopa przędzie

Osiągniesz cel,
Nie zostanie nic

Dzień 32 - wtorek

Wykłady i ćwiczenia. To wiadomo. Ale były też ciekawe zdarzenia.

Obiad zjedliśmy w czteronarodowym towarzystwie, podobnie jak wczoraj. Dzisiejsza dysputa poświęcona była wpływowi globalizacji i amerykanizacji na Europę i nasze obyczaje, kulturę i zachowania. Sasza, Asif i ja staraliśmy się wytłumaczyć włoskiej koleżance, że globalizacja ma wpływ na powyższe aspekty zycia. Ona zaś niby przyznawała nam rację, ale zaraz wracała do swojej tezy, że "Italians will always remain Italians". Troszkę się rozmijaliśmy, ale i tak rozmowa przyniosła wiele pożytku i przyjemności.

Między wykładami zaszyliśmy się z Saszą w kącie sali komputerowej, włączyliśmy nasze maszyny i zaczęliśmy realizować niecny plan. Czerwony kabel przesyłał dane, a na obu ekranach pojawił się najpierw ekran Menu, a potem Multiplayer. Starcraft battle został rozpoczęty...Podczas drugiego okienka okazało się, że Sasza załatwił też CSa. Wprawdzie na touchpadzie trudno trafiać, ale mimo to zabawa była przednia. Już nie będę się nudził między zajęciami...

Pora wieczorowa:

Okres wstępny:

Wieczorem zrobiłem sobie naleśniki. Były już niemal tak dobre, jak francuskie Crepe's od Fanni. Postanowiłem zabawić się w smakosza i dokonać konfiguracji naleśników przez zawartość mojej lodówki. Tak też się stało. Pierwszy był z pasztetem (aromat cukru wanilliowego nie bardzo pasował, ale smak był bardzo oryginalny). Drugi z masłem i cukrem. Trzeci z dżemem malinowym Tesco. Czwarty z jogurtem agrestowym. Reszta zużyta została na zawinięcie 300g dżemu - bardzo chciałem go skończyć. Czułem się prawdziwie słodko...

Wieczór właściwy:

Usłyszałem pukanie do drzwi. Po otwarciu najpierw zobaczyłem tacke do pieczenia z apetycznym daniem nań, później dopiero twarz Wan Yung. Tym razem było to "Shepherd's Pie". czyli coś na kształ zapiekanki z ziemniakami, warzywami i szynką. Żeby wyjaśnić wątpliwości - Wan yung powiedziała, że przychodzi do mnie dlatego, że zawsze zjem co nieco i zwykle powiem, że dobre, zaś inni nie chcą jeść. Jeśli nasuwa się na myśl słowo "dustbin", to jesteście na właściwej drodze. Zaleta jest oczywista - cała sprawa jest o niebo lepsza niż pizza na telefon, bo nie trzeba ani płacić, ani nawet dzwonić. Z drugiej strony - czuję się bardziej zobligowany do tego, żeby też coś przyrządzać, nawet kiedy nie mam czasu. Ale kiedy przywiozę tutaj Składniki z Polski...

"Ta pora"*:

Podczas robienia naleśników zauważyłem, że dziewczyna Jamesa zostawiła w kuchni telefon. Zabrałem go, a w drzwiach sąsiada zostawiłem informację. Ok. 22 usłyszałem pukanie - przyszli odebrać telefon. Okazało się też, że James dostał Fresher's Flu, którą poprawił jeszcze dwoma piwami przed godziną. Nie wiem dlaczego był mi aż tak wdzięczny za Gripex, Panadol i dobre słowo...może to tu niespotykane? Dość jednak, że kiedy wróciliśmy z kuchni (Gripex jest w saszetkach i trzeba go zalać wrzątkiem), jego dziewczyna i siostra zamknęły mu drzwi przed nosem. Chciały coś omówić na osobności...
Zapraszałem go do mojego pokoju, ale wolał zostać na korytarzu. Najpierw rozmawialiśmy w kilka osób, potem James w geście protestu położył się wzdłuż ściany. Z kubkiem w jednej ręcę i burzą rozrzuconych włosów przywodził na myśl typowy widok polskich poczekalni dworcowych. Żal mi się go zrobiło, więc przyniosłem mu poduszkę i koc. M&Ms podrzucił jeszcze kilka pustych puszek po piwie i pustą butelkę wina. Ja dopełniłem obraz karteczką: "I was fucked out of my room. Please give me a penny". Scena była kompletna. Dopiero taki widok zmiękczył twarde dziewczęce serca i James został wpuszczony do swojego pokoju.

_____________________________________

*nazwa oryginalnie przypisywana niejakiemu Stanisławowi K.; podczas pierwszego z legendarnych Nocnych Spotkań, kiedy wszyscy już zasypiali nad instrumentami, miał powiedzieć: "To już ta pora", po czym wymownie odłożyć zegarek tarczą do dołu; przyp. autora

wtorek, października 24, 2006

Dzień 31 - poniedziałek

Wykład z ekonomii. 40 minuta. Drugi tydzień omawiamy krzywe obojętności. Nagle profesor zawiesza głos. Ramiona mu opadają. Patrzy w dal, do góry, w okolice 15-ego rzędu. Zapada cisza, studenci bezradnie spoglądają po sobie. Profesor, ze zrezygnowaną miną, wypowiada jedno tylko zdanie:

- Weźcie go obudźcie.

Ćwiczenia z Economic Workshop. Rozmawiamy o trudnym temacie migracji i nierówności płac. W końcu wychodzi na to, że rosnąca nierówność w pensjach przyczynia się do tego, że najlepsi z nas dostaną bardzo dobre posady. Ale reszta pójdzie smażyć frytki do McDonalda...

Ćwiczenia z matematyki. Atmosfera wewnątrz - jak zawsze - senna. Wykładowczyni - Włoszka - połamanym angielskim próbuje wyjaśniać logarytmy. W końcu pyta o jedną z osi układu:

- Just think about it...time goes where?

Wojtek cicho:

- In a clock...

Dzień 30 - niedziela

Ranek. Zaczęła się walka (--> ..:://Bitwa o Kopenhagę\\::..).
W przerwie poszedłem na mszę. Jest trochę lepiej niż na początku - śpiewamy już psalmy. Ale to ciągle jeszcze nie to... po mszy porozmawiałem z kilkoma osobami i poznałem kolejną Polkę. Potem przyszedł czas na trening. Bardzo się cieszę, że mam treningi właśnie w niedzielę. Dzięki temu moge zachować właściwy porządek świętego dnia - najpierw msza, potem sztuki walki. Tak, jak dawniej.
Wieczór. Razem z Lois pieczemy chleb (--> ..:://Lembas\\::..).
Walka trwa dalej...

War...war never ends...

Walka o Kopenhagę

Minuta po minucie, godzina po godzinie. Cały czas trwała walka z tysiącami małych, czarnych stworzeń, które musiałem do jutra pokonać. Pogrupowane w 55 formacji, skutecznie związały mnie walką przez cały dzień. Najtrudniejsze do odparcia były jednak ich niewidoczne fale bojowe. Raz na godzinę wystrzeliwały we mnie promień, który skutecznie usypiał mnie na 5-10 minut, przez co konflikt pochłaniał coraz więcej niewinnych minut. Prawdziwa eskalacja nastąpiła jednak po zmroku, kiedy wyczerpane już ciało zaczęło wołać o zawieszenie broni, a oczy wznosiły w górę białą flagę. I wtedy stał się cud - jak grom z jasnego nieba przyszła informacja z bazy: ostateczna bitwa zostanie rozegrana jutro. Chwiejne zawieszenie broni zostało przeforsowane i reszta nocy pozwoliła obu stronom odpocząć po zaciekłej walce.

Dzień 29 - sobota

Morderczy dzwonek jak codzień wyrwał mnie ze snu. Szybko pobiegłem pod prysznic, potem zjadłem jogurt i owsiankę (kilogramowa paczka już na wykończeniu) i poszedłem na stację. Pociąg akurat odjechał. Następny za pół godziny. Dobrze, że w swojej przenikliwości wziąłem książkę...

Po 2 przesiadkach, spóźniony przeszło kwadrans, znalazłem się przed muzeum. Niestety w najbliższej okolicy były 3 takie obiekty - Lindę odnalazłem oczywiście dopiero przed tym trzecim.

Ledwo ją poznałem. W końcu nie widzieliśmy się 3 lata, a to i tak cud, że tygodniowa znajomość przetrwała taki okres czasu.
Linda to koleżanka ze Szwecji. Poznałem ją podczas pierwszego pobytu w Taize, w grupie dyskusyjnej. Sam nie wiem jak te kilka maili i kartek pocztowych na linii Poznań-Uppsala wystarczyło, żeby podtrzymać kontakt. Tylko się cieszyć.

Na początku zwiedziliśmy 5 piętro Science Museum - dotyczyło historii medycyny. Choć nazwa brzmi nieciekawie, wystawa okazała się bardziej interesująco niż sądziłem. Poźniej jeszcze wystawa instrumentów technicznych z XVI-XVIII wieku. Ale opowiem o tym innym razem.

Niespodziewanie zrobiła się 12:30. Dwugodzinny spacer edukacyjny zużył wiele naszej energii, więc postanowiliśmy pojechać do SOHO na orientalne jedzenie. Ślepy los prowadził nas po małych uliczkach wypełnionych małymi barami japońskimi, tajwańskimi, chińskimi, koreańskimi, indyjskimi itd. W końcu wybór padł na małe, ale przytulne miejsce z chińskimi literkami. Przyczyna - napis na oknie: "Pay 4.90 pound and take as much as you want". Czegóż więcej może chcieć student? Najbardziej jednak zaskoczyło mnie pytanie kelnera. Kiedy przeniosłem już w siebie górę makaronu, sajgonek, kaczki w panierce i sałaty, usłyszałem: "Do you want seconds?"

Potem przyszedł czas na zwiedzanie właściwe. Jak się pewnie domyślacie, składało się ono ze:
- zdjęcia z Big Benem
- zdjęcia przed pałacem Buckingham
- zdjęcia przed Westminster Abbey (przyszliśmy 15 minut po zamknięciu wrót katedry)
- wizyty na Trafalgar Square
- przechadzki po St. James Park (tam Linda dała mi "Dala Horse", odpowiednik polskiego symbolu bociana)


- jeżdżenia metrem tam i siam
- wizyty na Leicester Square
- wizyty na Piccadily Circus

Prawdziwy rodzynek zostawiłem jednak na wieczór. Sąsiad James polecił mi Camden Town i pub "The World's End" jako "Really cool place". I rzeczywiście tak było. Owo Camden Town to coś na kształt poznańskiej Wildy. Królowała tam subkultura - głównie heavy-metalowo-punkowa. Robiło to naprawdę duże wrażenie. Sam pub też był ciekawy - wnętrze wyglądało jak ulica, a ściany zaaranżowane jako sklepy, mieszkania i puby. Znów podobieństwo - zupełnie jak w Starym Browarze...



Na zakończenie zjedliśmy tradycyjną londyńską potrawę - Fish&Chips.

Tak zakończyło sie nasze zwiedzanie Londynu. Na razie...


________________________________

Porady:
Traveller's Card zapewnia darmowy transport wszystkim co się rusza na terenie całego Londynu. Kosztuje 5 funtów.

poniedziałek, października 23, 2006

Pan Cogito a egzystencjalne wątpliwości
wątpiącym

By przenieść górę
Trzeba zejść do jej korzeni
W ciemną otchłań królestwa bez kresu

Wystarczy tylko
Nieść przed sobą śmiało
Zapaloną świecę płomienną ideę

Kiedy mrok otoczy
Należy nie bać się ani drżeć
Lecz z uporem powtarzać wielkie słowa

U kresu świata
Gdzie nie ma żalu
Odnajdzie się właściwy cel swej drogi

Lustro stanie się czyste
Góra zmieni swe miejsce

________________________________
Egham, 23 października 2006

Lembas

Chrupiąca skórka skrywa pod spodem delikatne ciasto. Zapach przywodzi na myśl woń domowego ogniska i lata dzieciństwa, kiedy po kryjomu odrywałeś i zjadałeś wielkie pajdy. Ziarna zbóż sprawiają, że zyskuje on prawdziwie niepowtarzalny smak. Delikatne masło rozpływa się na ciepłych jeszcze kawałkach. Nawet mieszkańcy krainy wina, sera i chleba twierdzą, że jest on doskonały.

Kiedy kroisz go, to krojenie jest inne niż zwykle - łamiąca się skórka i ciepło bijące ze środka sprawają, że ta chwila jest naprawdę wyjątkowa. Masz ochotę kroić jak najdłużej, ale przecież zaraz przyjdzie czas na jedzenie! Bierzesz kawałek do ust. Czujesz, jak jego smak powoli przenika przez całe twoje ciało, jak z każdym kęsem chcesz więcej, chcesz bez końca delektować się tym niepowtarzalnym smakiem.

Jest to najlepszy chleb na północ od Kanału la Manche.

I do tego własnoręcznie upieczony.

niedziela, października 22, 2006

Cena wygnania

Przeliczyłem się z tą czekoladą. Zapomniałem, że Goplana ma w rzędzie 3 kostki, a nie 4. Doprowadziło to do dramatycznej sytuacji:


Kto wie, ile czekolady zjadłem w pociągu ze Szklarskiej Poręby, ten rozumie mój Schokoschmerz.

Dzień 28 - piątek

Minął miesiąc. Minął właściwie szybciej, niż się spodziewałem. Wielu pyta mnie, czy się już zadomowiłem - wydaj mi się, że to nie jest dobre pytanie. Prawdziwiej byłoby chyba powiedzieć, że się zaadaptowałem.

Szybko mi minął ten piątek. Po przedpołudniowym wykładzie z Ekonomii Pracy wróciłem do domu i, jak zwykle, zacząłem czytać. Między teoriami gospodarczymi udało mi się jeszcze znalećź kilka ciekawych informacji o Londynie - przydadzą się na jutro. Wieczorem Wan Yung przyniosła zrobione przez siebie ciasteczka cynamonowe/czekoladowe/z rodzynkami.

Wieczorem zorientowałem się, że na Economic Workshop jednak jest co czytać - każdy wykładowca na odwrocie ksera podawał listę lektur...cóż, dobrze, że zorientowałem się teraz, a nie za miesiąc...

piątek, października 20, 2006

Dzień 27 - czwartek

Zajęcia dopiero wieczorem. Wcześniej przeczytałem trochę Financial Times'a (trudne), przerobiłem rozdział o popycie (średnie) i zrobiłem zadanie z matematyki na następny tydzień (banalne).

O 16 zaczął się wykład z Filozofii Ekonomii (czytaj Financial Course). Poczucie humoru naszego wykłądowcy jest istotnie, jak sam mówi, 'bizarre'. Może dlatego, że jest Amerykaninem. Mimo to jest bardzo sympatyczny i traktuje nas inaczej niż pozostali nauczyciele - bardziej luźno i jak dorosłych. Efekt jest chyba taki, że zadaną książkę przeczytały 3 osoby na 10. Ale może to tylko moje wrażenie...dość, że większość czasu spędziliśmy na dygresjach i przedstawianiu się. Znów pamięć moja silnie szarpała się w stronę ubiegłych 3 lat i sali fizycznej nr 11...

Zaraz potem pobiegłem na Investment Course. Jest w nim coś niesamowitego - to pewnie kwestia osób. Kilku młodych ludzi, kilka lat pewnie starszych ode mnie, opowiada o giełdzie z taką pasją, jakiej nie widziałem u żadnego z dotychczasowych nauczycieli (no, prawie). Mówili o trednach rynkowych, analizie, wskaźnikach - dało się wyczuć promieniujące na wszystkich rosnące zainteresowanie. Dostaliśmy też zadanie - analizę jednej firmy i określenie, czy jej akcje pójdą w górę czy w dół. Na za tydzień.

Zaraz potem, z głową jeszcze gorącą od giełdy, pobiegłem na tregning. Niestety w czwartki odbywa się on nie, jak zawsze, na terenie campusu, ale w Egham, moja rozgrzewka trwała tym razem 20 minut. Sam trening trudno opisać - dość chyba powiedzieć, że za każdym razem jest coś nowego i ciekawego, a ćwiczenie daje mi satysfaktcję.

Właściwa rozgrzewka składała się głównie z rozciągania przygotowującego do szpagatu...I fell thin...sort of stretched...like butter spread over too much bread...

Na koniec dnia, jako że finis coronat opus, zrobiłem z Wan Yung Ciasto Marchewkowe. Właśnie tak, nie inaczej - Ciasto Marchewkowe. Nie będę opisywał, bo smaku i tak nie oddam, a tylko apetyt Wam zrobię...

Wiadomość od wykładowcy

Tutaj większość informacji przesyłana jest drogą elektroniczną. Oto jedna z nich:

"Struggling?

by Anthony Heyes - Tuesday, 17 October 2006, 06:17 PM

Economics is a hard subject, and I know some of you may be struggling to understand what on earth I'm going on about in lectures - especially if you've not studied it before, or in much detail.

DON'T be embarassed - however dumb you feel, there are many (many) others feeling dumber.

DO something about it - don't leave it until February to seek help.

The following things may be useful (a) work harder (I'm not being glib here - if you're not putting in atleast 6 or 7 hours a week of proper self-study in EC1101 then it should be no surprise if you don't keep up. The course proceed at a rate that assumes you are putting in that sort of commitment); (b) sign up for Tutorials (noticeboard in Horton lobby); (c) raise specific queries about bits you don't understand with your Seminar leader (Maaz and Danial are both experienced EC1101 tutors and know what they're talking about); (d) come and see me during office hours (Horton 311 - Mondays 9 to 10 and 12 to 1).

If none of this works then at some point I guess I may have to shoot you.

Anthony"

Dzień 26 - środa

Dla odmiany z rana
Poczytałem sobie Friedmana
A żeby weselej mi było
Popołudniu to samo się robiło.

Ale w końcu skończyłem. Moje pierwsze solidne 200 stron po angielsku. I nie czepiajcie się, że sżło jak krew z nosa - może dlatego, że czytałem dokładnie, a ze względu na Morfeusza nawet po kilka razy niektóre fragmenty. Ale teraz pewnie będzie lepiej. Na pewno będzie lepiej...będzie lepiej...będzie lepiej...będzie lepiej...będzie lepiej...będzie lepiej...będzie lepiej...["Kłamstwo powtórzone 1000 razy staje się prawdą" Goebbels]

W międzyczasie byłem na Religions&Conflicts u Ojca Vlada. To jest zdecydowanie najciekawszy i najbardziej thought-provoking [konkurs na najlepszy którki polski ekwiwalent tego wyrażenia - nagroda: wirtualny uścisk dłoni] przedmiot, jaki mam. Ojciec na każdym kroku udowadnia nam, że jesteśmy głupi i mamy Duże braki w tzw. "ogólnokulturze". Cóż, trzeba coś z tym zrobić.

Kolega zza drzwi zapraszał mnie na maraton filmowy...Władcy Pierścieni...wersję rozrzerzoną. Zdrowy rozsądek zakrzyknął: NIE! i drogą kompromisu wpadłem tylko na 20 minut. Dzięki temu czas między 14 a 24 nie był wycięty z życiorysu.

Wieczorem byłem jeszcze na karate. Zapłaciłem za cały semestr, więc teraz już nie ma wyboru...Zaletą mieszkania poza właściwym campusem uniewrsyteckim jest konieczność przemieszczania się. Kiedy łączy się to z oszczędnością czasu, jaką staram się egzekwować, wychodzi na to, że wychodzę za późno, żeby dojść na czas. Dlatego też biegnę. Z drugiej strony, jest to miła rozgrzewka.

Na koniec poszedłem jeszcze do bilioteki. Odkryłem bowiem, że mają tu wielki zasób klasyki filmowej i muzycznej - do wypożyczenia za darmo. Już czuję, jak przez te 3 lata będzie się moja kultura wykuwać...póki co na pierwszy ogień poszedł Bergman - Through a glass darkly.

Wieczorem Wan Yung przyniosła mi do pokoju zrobiony przez siebie Mix Owocowy. Wyglądało jak zupa z pokrojonymi kawałkami jabłek, pomarańczy i śliwek. Wszystko zanurzone w, jak się potem dowiedziałem, zwykłej wodzie z cukrem. Miło z jej strony.

Uprzedzając Wasze odpowiedzi: Dziękuję/Nie trzeba

Dzień 25 - wtorek

Krótko i węzłowato:

Wykład matmy - nie poszedłem.
Ćwiczenia z ekonomii - łatwe.
Ćwiczenia z Międzynarodowej Polityki Ekonomicznej - o, tu warto się na moment zatrzymać.

Ron Dorsey, wykładowca i seminarzysta zarazem, jest dość wyluzowanym typem. Akcent wskazuje, że pochodzi z północnej części Anglii ('[kuntri]'). Ubiera się w zwykły T-shirt i spodnie, trochę się garbi. Kiedy zauważyłem go na ulicy przed uniwersytetem, sądziłem, że to jakiś woźny. Ale dość o nim. Sprawdził, czy wszyscy mają zadanie domowe (czułem niepokojące podobieństwo do marynkowych lekcji matematyki i dr Q przeciaskającego się z czerwonym długopisem między uczniami) po czym wylosował jedną grupę do zaprezentowania odpowiedzi. Jak się zapewne domyślacie, nie poświęcałbym temu wydarzeniu tyle miejsca, gdyby po prostu kogoś wylosował. Dobrze wiecie, że wylosował mnie. I Saszę.

Wyszliśmy na środek i nieco zagubieni rozejrzeliśmy się po sali. Chcąc przerwać martwą ciszę, poweidziałem: "Would anyone of you like to volunatarily present his answert to the first question?". Wiedziałem, że nikt się nie odezwie. Ale przynajmniej paru się uśmiechnęło. Dobrze.

Po wielu latach doświadczeń, stresujących wystąpień i przemówień tworzonych z dnia na dzień bądź też tekstów improwizowanych nie czułem specjalnie tremy. Przeczytaliśmy odpowiedzi, uzupełniając się nawzajem detalami. Dopiero przy ostatnim pytaniu pojawiły się wśród słuchaczy wątpliwości. Zaczęła się mała debata, gdzie Asif z Bangladeszu i Corriza z Sycylii starali się dać odpór polsko-bułgaskim argumentom na rzecz wolnego handlu. Warto dodać, że Włoszka nie miała za dobrze opanowanego angielskiego akcentu, dlatego odpowiadając jej zastanawiałem się dopiero, o co tak naprawdę pytała...ale kilka ładnie brzmiących zwrotów, jak np. 'economic indicators', 'compatative advantage', 'increase global output' zrobiły swoje...Koniec końców Słowiańska determinacja i argumenty zwyciężyły.

Wykład z matematyki 2 - no, zgadnijcie, co zrobiłem?
Wykład z Międzynarodowej Polityki Ekonomicznej - trochę nudny, bo Ron zawsze rozdaje ksera ze slajdami, których nie puszcza, bo nie umie sobie poradzić z projektorem. Potem czyta je po kolei i właściwą naukę i lekturę zadaje do domu. Ah well...

Wieczór spędziłem na lekturze Fridmana.

Nałóg

Zaufanie do siebie w walce z kucharzeniem jest nic nie warte i może być tylko przyczyną kolejnego upadku, ponieważ każdy z nas wie ile znaczy nawet najbardziej wytężona siła ludzkiej woli wobec podstepnej perfidii kucharzenia i obłedu w jaki popadliśmy "tyrania kucharzenia działa jak miecz obosieczny: najpierw zostaliśmy porażeni przez obłędna pokusę skazującą nas na przymus przyrządania jedzenia, a następnie przez fizyczne uczulenie prowadzące do ostatecznego samozniszczenia w miarę rozwoju choroby"

Ktoż z nas potrafi oskarżyc siebie o rozsądek, skoro dopada nas to kuchenne szaleństwo? Kucharze prawie nigdy nie wracają do zdrowia o własnych siłach.

Przyznanie się do bezsilności wobec kuchrzenia i niekierowania swoim życiem, wbrew pozorom, przynosi wyzwolenie i staje się przyczynkiem budowania zupełnie nowego, szczęśliwego i wartościowego życia, to własnie taka kapitulacja pozwala nam się wyzwolić i odzyskać siły, ale dopóki nie nastąpi, głęboka i prawdziwa, niewiele się zmieni, a niekontrolowane pieczenie będzie powracać, choroba kuchenna będzie się pogłębiać, a bezradność wzrastać, świadczą o tym doswiadczenia kucharzy, liczonych w miliony istnień.

Trzeba jednak pamiętać, że jeżeli ktoś stał się kucharzem, kimś, kto utracił kontrolę nad ilością przyrządzanego jedzenia, to pozostanie takim do końca życia, gdyż jest to choroba nieuleczalna i pogłębiająca się.

-------------------------------------------------------------

W poniedziałek wieczorem przyrządziliśmy z Wan Yung ciasto z rodzynkami. A potem jeszcze pudding czekoladowy. Na piątek zaplanowaliśmy ciasto marchewkowe...

Dzień 24 - poniedziałek

Po wycieczce ze zdwojoną siłą wstąpiłem w nowy tydzień. Właściwie siła ta sprowadzała się do zaciekłego czytania "Capitalism and Freedom" Miltona Friedmana - przez weekend przeczytałem całe 4 strony, a deadline to czwartek. Ten...

Przed południem - jak już pewnie pamiętacie - wykład z podstaw ekonomii. Dziś wkroczyliśmy w mikro. Czułem się jak czarnoksiężnik przyzywający demony, jak nekromanta szukający zakazanej przez naturę drogi, jak zły mnich, który czyta niewłaściwe księgi...Jak można bowiem sprowadzić przyjemność człowieka do prostej funkcji matematycznej, do wzoru i kreski na papierze???!!! Człowieka - do kilku cyferek!! Marginal Utility Theory, tak się to ładnie nazywa...

Obiad z Saszą minął na spokojnej rozmowie o biezących sprawach. I właśnie ta rozmowa sprawiła, że stałem się niespokojny. Okazało się, że na "za godzinę" jest do przeczytania artykuł (na swoją obronę dodam, że zadany w piątek...).



Na szczeście okazał się którki - tylko 10 stron. Scanning and skimming skills od pani Matuszak bardzo się przydały.
Na ćwiczeniach ekonomia dobiła mnie jeszcze bardziej. Wykłądowca udowodnił nam, że minimalne płace nie mają sensu i prowadzą do jeszcze większego ubóstwa. Co de facto oznacza, że wyzysk taniej siły roboczej jest najmniejszym złem...a kupowanie tego, co najtańsze lub po promocji przekłada się na jeszcze bardziej niesprawiedliwe warunki pracy...

Na ćwiczeniach z matematyki wypocząłem i odrobiłem zadanie z ekonomii. Tylko ktoś coś cały czas jakby mówił w oddali i trochę mi to przeszkadzało w koncentracji. Cóż...

Postanowiłem też skorzystać z niepowtarzalnej okazji, jaką jest społeczność uczniowska z ponad 100 krajów, aby zrobić listę przydatnych słów w różnych językach. Na razie mam po kilka zwrotów w chińskim, bułgarsim, rosyjskim, malajskim, włoskim i birmiańskim. Póki co moim ulubionym jest: Min ga la ban! Co oznacza, zgadujcie sami...

Właśnie na potrzeby tej listy poszedłem wieczorem na górę do sąsiadek. I tak się nieszczęśliwei złożyło, że Wan Yung akurat zabierała się za robienie ciasta z rodzynkami (z nieznanej przyczyny nazywając je "fruit cake"). Nie mogłem przepuścić takiej okazji (--> ..:://Nałóg\\::..). I coś we mnie wstąpiło, żeby zaproponować jeszcze jeden wypiek...oczywiście oba produkty przeszły przez filtr lokalnych smakoszy, czyli sąsiadów z parteru i pierwszego piętra. Tylko Fanni nie zjadła, bo zaparła się ze swoją dietą.

Poszedłem spać jak zwykle - późno.

czwartek, października 19, 2006

To, co pozostaje

To, co pozostaje

Piortowi w odpowiedzi

Każdy z nas w inną stronę świata powędrował
Inną mądrość wybrał, inną twarz wychował
I chociaż teraz czujemy To samo
Nie jest to przeszkodą raz na zawsze daną

Nieważne czy jak Kolumb nowe lądy zdobywasz
Czy też wzorem Herodota dawne dzieje odkrywasz
To jest takie coś, co na zawsze pozostanie
Choćby się zupełnie zmieniło nasze o nas mniemanie

Odejdą w dal sprawy co dawniej serce kłuły
Szkolne szaleństwo, kabaret i jogobuły
Na poduszki wojna i absurdu wymiana
Choć przeminą - pozostanie wciąż esencja sama

Zapytasz w końcu - cóż masz na myśli, Wojciechu?
Wiedz, że gdy w samotności nie będzie Ci do śmiechu
Że tym, co pozostaje mimo upływu dni
Jest pełen przyjaźni potężny okrzyk: My!

____________________________________
Walia, 13 października 2006

środa, października 18, 2006

Dzień 21, 22 i 23 - piątek, sobota i niedziela

Wybrałem się do Walii.

W piątek dzień minął szybko, bo jedyny wykład był na temat, który objaśniało wcześniejsze ksero. Czyli znów się nudziłem. Ale to tak jak w Polsce - nieprzygotowani muszą rozumieć, więc przygotowani tracą czas. Nihil novi sub sole.

Właściwy weekend zaczął się popołudniu - kupiłem prowiant w zestawie 2:2:2 - dwa banany i dwa jabłka na dwa dni. Jedzenie ponoć jest zapewnione. Zapakowałem się sprawnie w dwudziestkę, bo zakwaterowanie jest w schronisku, więc rzekomo nic nie potrzeba. Wziąłem tylko apteczkę, jedzenie, latarkę i nóż, mały ręcznik, zapasowy T-shirt i skarpety oraz kurtkę. Na się cienki sweter i adidasy, bo właściwe Buty zostały w Polsce.

Zbiórka była o 18. Ale, jak to w grupie studentów, wyruszyliśmy z godzinnym opóźnieniem. Nic nie szkodzi. Wpakowałem się na tył minibusa i zacząłem rozmowę z dziewczyną siedzącą obok. Dobrze trafiłem, bo też uwielbia podróże, lubi chodzić i podzielała mój entuzjazm. Chwaliła się, że zrobiła coś a la Mała Złota Odznaka PTTK. Ja się nie chwaliłem. Bo i po co?

Podróż, jak mi wcześniej powiedziano, miała trwać 3 godziny. Trwała 7, bo przy samym końcu pobłądziliśmy i 6 razy przejeżdżaliśmy przez miasteczko, w którym mieliśmy się zatrzymać. Coż, organizacja nie była mocną stroną tej wycieczki. W końcu dojechaliśmy do Schroniska. Przez chwilę trudno było mi się otrząsnąć, bo wrażenie było zbyt przytłaczające. Owo "schronisko" miało 3 gwiazdki standardu, było wyłącznie dla nas, a na wyposażeniu były: bawialnia z książkami i grami planszowymi, eleganckie 4-osobowe pokoje z aneksem umywalnianym oraz Kuchnia. W Kuchni tej natomiast wszelkiej maści garnki, sitka, łyżki, chochle, na blacie 6 różnych tac do krojenia warzyw, mięsa, owoców, ryb itd., w szafkach pod ścianami talerze, talerzyki, filiżanki,kubki, kieliszki na wino, miski, miseczki, podstawki do jajek oraz pucharki do lodów...ale i tak wolę Chatkę Górzystów.

Zaraz po wejściu Phil, szef, rozłożył Zestaw Grający - IPod i głośniki. Powiedział, że zabiera je na każdy taki wyjazd. Zamiast ciszy mieliśmy przeto muzyczny mix wieczoru...ach, gdyby tylko była tu gitara...i Julek...

Kilka osób rozmawiało jeszcze o niczym - ja opuściłem towarzystwo o wpół do trzeciej. Ostatni skończyli przed piątą.

Rano obudziliśmy się przed dziewiątą. Liczyłem na choćby minimalne zorganizowanie, ale zawiodłem się. Razem z pseudo-meta-śniadaniem, czyli angielskim quasi-chlebem i płatkami, zebranie wszystkich zajęło 2 godziny. Cóż, gdybym ja to organizował...nieważne.

Wędrówka pierwszego dnia prowadziła przez pokryte wyschniętą paprocią wzgórza. Gruopa posuwała się powoli. Częste przerwy na złapanie oddechu pozwalały moim oczom cieszyć się krajobrazem. Po jakieś godzinie doszliśmy na szczyt wzniesienia (trudno to nazwać górą czy choćby wzgórzem). Nieopodal widniały jakieś mini-skałki. Zajęło nam 40 minut postoju, żeby zorganizować podział na 2 grupy: skałkową i nieskałkową. I chociaż właściwie nie były to skałki do wspinaczki (za płaskie), to widok z nich roztaczał się uroczy - dokładnie taki, jaki w mojej wyobraźni zawsze kojarzył się z Wielką Brytanią: horyzont skryty we mgle, pofalowany teren, zbocza porośnięte wrzosem lub paprocią albo zamienione w pastwiska, gdzie spokojnie pasą się owce, i małe kamienne domy w oddali.

Po godzinie przyjemnej wędrówki wzdłuż pastwiska i wrzosowisk dotarliśmy na małą polanę w kotlince, gdzie przyszedł czas na małe co nieco - przygotowane wcześniej kanapki z angielskiego chleba, startego sera, szynki i sałaty. I mimo, że wszystko to było z Tesco, na szlaku - jak każdy artykuł spożywczy - smakowało całkiem dobrze. Wędrówka powrotna prowadziła na przełaj przez zaminowane pola, między czujnymi łaciatymi strażnikami.

Pod wieczór przyszedł czas na obiad właściwy. Krojenie papryki, cebuli i pomidorów poszło szybko i sprawnie, podobnie i smażenie mielonego mięsa marki Tesco (miałem wtedy duszę na ramieniu i oboje z niepokojem spoglądaliśmy na papkę na patelni). Po ok. 40 minutach wszystko było gotowe - nawet makaron udało się ugotować al dente. Uczta się rozpoczęła. Właściwie smaczne było to z czterech powodów:
1. W miłym towarzystwie wszystko bardziej smakuje
2. Zmęczonemu wszystko bardziej smakuje
3. Własna produkcja bardziej smakuje
4. Masowa produkcja dla grupy sprawia, że zawsze są ci, którzy jedzą mniej - dzięki temu inni mogą zjeść więcej. Dziewczyny nie jadły wiele, a szkoda było, żeby się zmarnowało...po drugiej dokładce zostało akurat tyle, żeby wystarczyło dla spóźnionego wędrowca.

Wieczór i część nocy spędziliśmy w The Royal Pub (--> ..:://The Royal Pub\\::..)
Po powrocie część udała się na spoczynek, część do jadalni, żeby jeszcze porozmawiać. Ja natomiast udałem się na zwiad. Zorientowałem się, o której godzinie mam następnego dnia (właściwie tego samego) zjawić się w kościele i przy okazji przeszedłem się przez cichy, złowrogo oświetlony cmentarz z celtyckimi kamiennymi krzyżami. Po powrocie zastałem zamknięte drzwi, więc dopiero wspinanie się na parapety i stukanie do okien pozwoliło mi dostać się do pokoju i przespać kilka godzin.

Rano wstałem wcześnie. Już o 8 byłem w kościele. W duchu miałem nadzieję, że msza będzie po walijsku, który to brzmi równie pięknie jak śpiew słowika o poranku. Bóg wybrał rozwiązanie pośrednie - nabożeństwo odbyło się po angielsku, ale modlitewnik był dwujęzyczny.

Śniadanie i przedpołudnie odbyło się zgodnie ze schematem dnia poprzedniego - dezorganizacja i bezplan zwiększyły sie o tyle, że musieliśmy jeszcze pomyć i posprzątać po sobie. Po 11 wyruszyliśmy na szlak wzdłuż skalistego wybrzeża, którego wysokie klify oddzielały sielską krainę zielonych pastwisk od ponurych głębii oceanu. Nasza czerwona flaga zawsze była na przedzie, niosąc ze sobą i w sobie wiatr zmian. Kiedy po kilku godzinach dotarliśmy do obniżenia i małej kamienistej plaży, zacząłem załować, że nie wziąłem kąpielówek - wszak nie codziennie zdarza się możliwość kąpieli w wodach Albionu...zamiast tego zaczęliśmy puszczać kaczki na wodzie (kto wie, jak to jest po angielsku?) i posilać się.

Potem ja i Alan niejako zbuntowaliśmy się i zaczęliśmy iść własnym tempem. O dziwo sprawiło to, że cała grupa wskutek jakiś tajemniczych międzyludzkich oddziaływań, także przyspieszyła. Na koniec pozostało nam okrążyć duży i malowniczy półwysep, cały pokryty brązowym puchem wyschniętych paproci - pięknie tu musi być na wiosnę.

Po południu dotarliśmy wreszcie do celu - obeszliśmy cały "wyspopodobny kawałek lądu". Czasu było jeszcze dużo, więc nie mogłem oprzeć się pokusie, szybko zdjąłem buty i skarpety, podciągnąłem spodnie i zanurzyłem rozgrzane stopy i kojących odmętach celtyckich wód.

Podróż powrotna upłyneła nam mił ona słuchaniu piosenek Monthy Pythona i rozmowie.

Wróciłem do Anglii.

wtorek, października 17, 2006

The Royal Pub

Nad brzegami Trefdraeth zapadał już zmierzch. Ciche i ponure miasteczko o wąskich ulicach żegnało kolejny dzień. Milczące domy opowiadały historię swoich właścicieli - ludzi, którzy zamknięci w swoich domostwach nie wychodzą nigdy na ulice. Tylko w kilku oknach świeciły się światła.

Weszliśmy do Royal Pub. Spojrzenia, jakie nas przywitały mówiły wystarczająco wiele - nie lubią to obcych. Ponure twarze, oczy wodzące po naszych plecach i martwa cisza, jaka zapadła po naszym wejściu wystarczą za potwierdzenie.

Podszedłem do baru. Chciałem zamówić walijskiej piwo, ale jeden z lokalnych czuł się ważniejszy. Zaczął nagabywać barmankę, dlaczego nie obsługuje go jako pierwszego. Dziewczyna chciała go spławić, ale nie pozwolił na to i coraz głośniej dopominał się o swój trunek. Wtedy z krzesła po drugiej stronie baru podniósł się stary Walijczyk. "Może ci dac chousteczkę chłopcze, bo jeszcze się popłaczesz?" zapytał spokojnie z subtelną drwiną w głosie. Poczułem sie pewniej, a nagabywacz wrócił na swoje miejsce. Podziękowałem Walijczykowi uśmiechem.

Przy stoliku musieliśmy się bardzo ścisnąć, ale wszyscy się zmieścili. Nie wiem dlaczego, ale atmosfera była zupełnie inna, niż kiedyś w pubie z sąsiadami z korytarza. Dość, że szybko zaczęliśmy grać w tak zwane 'drinking games'. Na pierwszy ogień posżło 'This it the Witch' - kto przegra, pije. Potem przyszedł czas na dużo trudniejsze 'How many pixies are there in the bottle?' - zasady te same. Nie szło mi dobrze, więc mój 'pint' szybko się skończył. Później grałem już bez trunku, bo nie chciałem więcej pić. W każdym razie w odwecie zaproponowałem potem "Kulturalnego krasnoludka". Dla Anglików okazało się to dużo trudniejsze niż sądziłem - widać, że chamski to naród. Na koniec, kiedy już wszyscy wokół mnie spróbowali chyba każdego z trzech rodzajów walijskiego 'real ale', rozpoczęła się gra w 'I have never...'. Pobyt w Royal Pub zakończyłem partią bilarda (przegraną, jak wszystkie dotychczasowe tutaj partie).

Cymru am byth


Wedi ei lleoli'n ganolog ar arfordir gorllewinol Cymru, caiff Ceredigion ei llochesu o'r dwyrain gan fynyddoedd grugog Pumlumon. Mae llety o safon, golygfeydd bendigedig, traethau clodwiw a phobl groesawgar yn eich disgwyl yng Ngheredigion - un o gadarnleoedd olaf yr iaith a'r diwylliant Cymraeg. Yng Ngheredigion byddwch yn profi awyrgylch iachusol a ffordd o fyw hamddenol ond pwrpasol sy'n dra gwahanol i brysurdeb dinesig y byd sydd ohoni. Fu hi erioed yn haws ymlacio - os mai dyna yr ydych am ei wneud. Mae cyfleusterau celfyddydol ac adloniant o safon i'w canfod ar hyd a lled y Sir ac mae digon o gyfle i fwynhau un o'r nifer o weithgareddau hamdden sydd ar gael, er enghraifft llwybrau cerdded trawiadol, pysgota afon a physgota mor heriol, cyfleoedd gwych i wylio adar, merlota a chwarae golff.

--------------------------------------------

Walia to kraina piękna, choć surowa dla przybyszów. Mieszkańcy nie są nastawieni wrogo, ale na obcych patrzą nieprzychylnym okiem [...] małe wioski sprawiają wrażenie wciśniętych między wzgórza ścian z kamienia, z którego wszystko jest tu zbudowane. Jak gdyby [...] zachować na wieki nietknięty ludzką ręką krajobraz. Kościoły są [...] i krzyże, które porośnięte juz mchem dają świadectwo wiary tutejszej ludności

[...]

Dotarliśmy do północnego wybrzeża Pembrokeshire. Staliśmy na szczycie porośniętych paprocią wzgórz i spoglądaliśmy na ocean. Łagodne fale rozbijały się o postrzępione skały klifu, a mgła przysłaniała horyzont. [...] jak gdyby magia spowijała całe wybrzeże. Brązowe wzgórza falowały na jesiennym wietrze, a [...] nieporównywalne piękno.

[...]

Kontekst

Piotr Andrzejewski

Podbój
(Marsz Słowianina)

Nad morzem cichym i zimnym
Wznosi się skała dość stara
Dla jednych jest światem prawdziwym,
Dla drugich to sen, mglista mara

Tam też nowe szlaki życia przeciera
Nasz Przyjaciel, orator
Całkiem sam jest już teraz
Ten Homo ludens, ten Homo viator

Idzie dalej niezłomny
Choć czas szybko mija
W ręku cyrkiel ogromy
Przyczółki kolejne zdobywa

Chociaż wokół zwierząt bez liku
Ani myśli wracać z powrotem
Wśród stad zajęcy, królików
Staje się Vilkiem, kurą i szopem

Wiatr wzmaga się, oczy smaga
Doskwierać zaczyna zmęczenie i bród
I idzie dalej, choć nikt nie pomaga
By duszy wieczny zaspokoić głód

Na szczyt wiele jest dróg
Niektóre kończą się ślepo
Przeszedłby wszystkie gdyby mógł
A przejść może tylko jedną

Szczyt jeszcze skryty w chmurach
Przed nadziei wzrokiem się kryje
Lecz na twarzy uśmiech, nie mina ponura
On wie, że go kiedyś podbije.

poniedziałek, października 16, 2006

Ostoja Moralności

Ostoja Moralności

Piotrowi


Długie włosy, Wzrok Sokoli,
Gdzieś nad uchem Feniks lata,
Dowcip mądry i subtelny
Co rozśmieszy nawet kata

W Starej Drodze wciąż się szkoli,
Na przeszkody niewrażliwy,
W Prawdzie i w Przygodzie dzielny
Taki Człowiek - dziw nad dziwy.

Lecz samotność wciąż go boli,
Wokół siebie Ludzi szuka,
Ale sygnał nieczytelny,
Zbyt trudna jego nauka.

Bez absurdu i bez roli
Występuje dziś na scenie,
Bo choć ciągle jest Czytelny,
Walczy wciąż o swe marzenie.

_________________________________________
Egham, 15 października 2006

piątek, października 13, 2006

Dzień 20 - czwartek

Rano zrobiłem pranie. Właściwie nie miałem wyjścia, bo ostatnią bieliznę zakładałbym po raz trzeci*...człowiek pod presją działa jakby bardziej zdecydowanie.

Koło drugiej zrobiłem sobie obiad. Właściwy dzień zaczął się po południu. Na Economic Philosophy dowiedziałem się, że nazwa jest trochę niefortunna, bo właściwie to te wykłady powinny się nazywać Financial Course...na potwierdzenie swoich słów Jeff rozdał nam plik kartek z wykresami Dow Jones od lat 20-tych aż do teraz, poparte kilkunastostronicową analizą rynku i wydarzeń w określonych latach. Jeff jest Amerykaninem i pisze książkę o etyce w gospodarce, więc częściowo ów kurs będzie właśnie na ten temat.

Po dwóch godzinach wykładu pobiegłem szybko na drugą stronę ulicy, do School of Management. Tam właśnie rozpoczynał się Investment Course. Przez godzinę i piętnaście minut starałem się słuchać ze zrozumieniem o analizie fundamentalnei i proporcjonalnej firm. Zostało mi w głowie tylko wrażenie, że gra na giełdzie to niełatwa rzecz.

Z zamętem w głowie wyszedłem i zobaczyłem, że mam kwadrans, żeby dotrzeć na trening karate. Miałem tylko adres. Żeby się nie spóźnić, zacząłem biec - przynajmniej rozgrzewkę będę miał za sobą. Okazało się, że Egham jest nieco bardziej rozległe, niż mi się wydawało. Po przeszło 20 minutach dotarłem na trening - właśnie się rozpoczynał (--> ..:://Trening\\::..). W drodze powrotnej miałem szczeście i podwieziono mnie pod sam campus.

Oczywiście zjawiły się wieczorem sąsiadki. Powiedziały, że będą oglądać jakiś film. Obiecałem, że wpadnę na chwilę. Okazał się to być angielski sit-com, który nie bardzo mnie śmieszył, więc po 1 odcinku wróciłem do siebie.

_______________________
*n+1

Awans


Nieniejszym potwierdzam,
że Wojciech Szymczak
ukończył samodzielny kurs
Gospodyń Domowych
ze stopniem

Kury
Domowej

uzyskując następujące kwalifikacje:

kucharz - poziom 5
pracz - poziom 2
prasowacz - poziom 1

sprzątacz - poziom 1

Jednoosobowa Subiektywna
Komisja Sędziowska

Wojciech Szymczak

Pytanie roku

Lois, podczas rozmawiania o geografii, pyta:

- Voyteck, is France next to Poland?

Dzień 19 - środa

Miałem dziś zrobić pranie. Cóż, nie wyszło. Ale niedługo chyba będę musiał, bo wziąłem dziś ostatnie skarpetki. Nic to, na razie nauka ważniejsza.

Religie i konflikty były, jak tydzień temu, bardzo ciekawe. Na wstępie pytani, które wszystkich zaskoczyło: "What is religion?". Później było równie ciekawie.

Po południu zrobiłem wreszcie trochę porządku w pokoju (--> ..:://Awans\\::..). Potem niespodziewanie przysżła Wan Yung i poczęstowała mnie ciasteczkami czekoladowymi, które sama zrobiła. Odmówiłem, bo chciałem najpierw zjeść kolację, ale obiecałem, że potem przyjdę i skosztuję. Tak też zrobiłem - były całkiem dobre. W tym czasie rozmowa meandrowała między róznymi tematami - od edukacji w Anglii (--> ..:://Pytanie roku\\::..), Polsce i Francji aż po światopogląd chrześcijański. Fanni pytała cały czas o podejście Kościoła do seksu przedmałżeńskiego, ale nie dała mi dokończyć tłumaczenia, przerywając cały czas stwierdzeniami: "Oh man!", "That's really stupid", "That's suicide, man!". Mimo to było ciekawie. Co więcej, okazało się, że Aarti popiera mój punkt widzenia. Było na tyle ciekawie, że kiedy Aarti pokazała mi zegarek, nie mogłem uwierzyć - za dziesięć druga. Ale ciasteczka były pyszne.

Dzień 21 - piątek

Siedzę przy biurku i opisuję kolejny dzień. Za oknem widzę, tak jak tydzień temu, ludzi z walizkami na kółkach, śpieszących na pociąg do domu. Minął więc kolejny tydzień...zdecydowanie szybciej niż poprzednio. To już 3 tygodnie, kiedy pożegnałem się z przyjaciółmi i rodziną i wyjechałem. A wydawać by sie mogło, że było to tak niedawno...

3 tygodnie nie wystarczyły, żeby wpaść w rytm uniwersyteckiej nauki. Sprawiły raczej, że utraciłem swoje pierwotne, naturalne tempo i wpadłem w studencki bezrytm. Ale od poniedziałku to się zmieni.

Cóż zatem dziś? Nie chcę po raz kolejny opisywać, że wykład był fajny lub nie, a wykładowca ciekawy bądź wręcz przeciwnie. Nawet mnie już to nudzi, więc cóż dopiero tego, kto to kiedy może będzie czytał. Ale z drugiej strony - zaiteresowanie człowiekiem nie sprowadza się tylko do niezwykłych przygód, jakie mu się przydarzają. Przeciwnie, powinno dotyczyć właśnie jego codziennego życia, spraw, które wydają się małe, ale w dużym stopniu skaładają się na naszą ezgystencję.

Pomówmy zatem dziś, wyjątkowo, o tych małych sprawach.

Wstałem o 8:15. Przebudzenie, prysznic i ubranie się zajęły kwadrans. Kolejne 15 minut spędziłem na robieniu i jedzeniu śniadania. Może to Tatę zmartwi, ale od prawie tygodnia nie jem płatków. Częściowo dlatego, że zapominam kupić mleko, częściowo dlatego, że mam do niego lekką awersję po tym, jak ostatnim razem 2 litry się w lodówce zamieniły w twaróg...ale zamiast tego jem owsiankę-kaszkę, którą zalewam gorącoą wodą i dodaję miodu. Do tego zjadłem 2 ostatnie kromki tutejszego razowca. Wymarzony chleb z Polski stał się nieosiągalnym marzeniem.

Potem robiłem zadanie domowe z ekonomii, żeby nie mieć nic na weekend pozostawione. Przerwał mi sąsiad, mówiąc, że już czas iść. Było 40 minut do wykładu. Odesłałem go z powrotem, dokończyłem, umyłem zęby i ruszyliśmy o wpół do 11. Nalegał, żeby poczekać na autobus (wciąż jeszcze darmowy), więc tak też zrobiliśmy. Po 10 minutach przyjechał - pełen ludzi. Jednomyślnie ruszyliśmy pieszo, ale zaraz usłyszałem zza pleców: "Hold on, Voyteck!"...

Po zajęciach (czyli 1 wykładzie) znalazłem Phil'a. Zapłaciłem za wyjazd i omówiłem szczegóły. Potem kupiłem prowiant na drogę (zestaw 2:2:2, czyli 2 banany i 2 jabłka na 2 dni)

Ktoś zapyta może: jaki wyjazd?Otóż razem z Boots Club jadę do Pembrookshire w Walii, do miescowości, której nazwa sprawia trudność nawet Anglikom: Trefdraeth. Jadę tam teoretycznie jako medyk, bo potrzebują kliku osób od pierwszej pomocy - cieszę się, że umiejętności wreszcie mogą się na coś przydać.

James, gdy usłyszał o Walii, powiedział, że nie zrozumiem ani słowa. Twierdził, że nawet on, kiedy tam jedzie, nie bardzo rozumie, o czym mówią Walijczycy. Cóż, zobaczymy - w niedzielę napiszę, jak naprawdę było.

Trening

Blok! Krok! Szybki obrót i cios! Kopnięcie! Seria uderzeń i zbicie! Półobrót i uderzenie! I okrzyk: eeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeejj!!!

- Is that all you can afford, folks? Did you do your best this time?

Białe postacie kręcą przecząco głową.

- Okay then, on your arms.

Po pół minucie pompek niektórzy zaczęli sapać. Po minucie większość ciężko oddychała.

- Forward stance: koshi kamae!

40 białych wojowników błyskawicznie ustawiło się w pozycji do ataku.

- Hajime!

W mgnieniu oka zrobiło się gęsto od ciosów, kopnięć i bloków. Po chwili rozległ się jeden potężny okrzyk, który wstrząsnął całym dojo.

- That's very good, V*.

[...]

Po półtorej godziny wszyscy, zmęczeni, skończyli trening.

_________________________________

Pierwszy trenieng. Sensei Dave prosi Wojtka o pomoc w pokazaniu techniki.

- Can I use you, young man? What's your name?
- I am Voyteck - powiedział głośno i wyraźnie Wojtek, a widząc zdziwioną twarz nauczyciela, dodał szybko - but you can call me "V".

środa, października 11, 2006

Dzień 18 - wtorek

Niektórzy z Was pewnie pamiętają, jak byłem sfrustrowany, kiedy w Marynce okazywało się, że z 8 godzin lekcji właściwie mamy 4, bo reszta to pseudo-zastępstwa albo okienka. Otóż, jak sami się pewnie nieraz przekonaliście, historia lubi się powtarzać.

Dziś planowo jest najdłuższy dzień - 3 wykłady i 2 ćwiczenia. Teoria rzadko jednak idzie w parze z rzeczywistością:

Na 2 wykłady z Metod iIlościowych nie poszedłem, bo na chwilę obecną przerabia się tam funkcje potęgowe i wielomiany - w zakresie bardzo podstawowym.
Ćwiczenia z Podstaw Ekonomii okazały się niezwykle nudne, bo sprowadzały się do rozwiązywania zadania domowego, które zrobiłem, jak sugeruje nazwa, w domu.
Ćwiczenia z Międzynarodowej Polityki Ekonomicznej okazały się jeszcze bardziej nieudane - przez 10 minut zdążyliśmy się podzielić na grupy i usłuyszeć, że właściwie tego samego dotyczyć będzie wykład za tydzień, więc nie ma sensu, żebyśmy tu siedzieli.
Dla odmiany wykład z Międzynarodowej Polityki Ekonomicznej przebiegł w mrocznej atmosferze braku prądu i trwał nieco dłużej, bo aż kwadrans - dostaliśmy dodatkowo ksero do przeczytania.

Żeby dopełnić tego uniwersyteckiego absurdu,w bibliotece nastąpił próbny alarm przeciwpożarowy i wszyscy musieli wyjść. Alarm trwał przez kilka godzin...

Wieczorem poszedłem na którki spacer z sąsiadkami z 1 piętra. Nagle Shabice zadzwonił telefon - to jej mama zrobiła jej niespodziankę i złożyła nieoczekiwaną wizytę...
W kuchni okazało się, że Fanni smaży francuskie naleśniki. Nieznane okoliczności doprowadziły do tego, że postanowiłem pokazać im, jak nalezy przerzucac naleśniki. Udało się, ale tylko połowicznie, bo naleśnik złożył się na patelni...i nikt nie chciał potem uwierzyć, że potrafię to zrobić.

O północy wróciłem do pokoju.

O drugiej skasowałem Starcraft'a...

wtorek, października 10, 2006

Dzień 17 - poniedziałek [The Bright Side]

Wieczór był milszy - może Bóg chciał mi wynagrodzić trudy całego dnia?

Zauważyłem idące z siatkami koleżanki z 1 piętra. Po automatycznym już "Howareyou?", "I'mfine How are you?" okazało się, że Lousie będzie dziś robić chleb dla vegan (od dziś bowiem jest veganką). Zapytała, czy ja też chcę...

Wieczorem zaczęliśmy zagniatać ciasto - właściwie nie było ono szczególnie wyszukane. Nie miało jednynie żadnego nabiału (zamiast masła była margaryna). Samo zagniatanie wymagało więcej wysiłku niż sądziłem, bo ciasto było dość gęste. Zostawiliśmy je na 1,5h, żeby urosło.

Była 22, kiedywróciłem do kuchni nr 216. Okazało się, że dziewczyny już wstawiły je do piekarnika. Porozmaialiśmy kwadrans i chleb był gotowy. To, co wyciągnęliśmy z pierkarnika przeszło moje najśmielsze oczekiwania: złocista i chrupiąca skorupka pełnoziarnistego chleba skrywała w środku miękki i smaczny miąsz [miąższ? Staszek pomocy, nawet Internet nie zna odpowiedzi...]. Posmarowany margaryną był chyba nawet lepszy niż mój ulubiony chleb orkiszowy. Lepszy - bo własny. W przypływie euforii rozkroiliśmy kilka bułeczek na małe kawałki, posmarowaliśmy margaryną i ułożyliśmy na talerzu.W Bradley Hall rozpoczęła się degustacja...Typowa reakacja napotkanych osób przebiegała wg. następującego 7-stopniowego schematu:

1. Pełne zdziwienia oczy i mina mówiąca: "Czy wy jesteście normalni?"
1a. Szukanie wymówek w stylu: "Nie jestem głodny", "Właśnie jadłem pizzę"...
2. Niechętne sięgnięcie po najmniejszy kawałek,
3. Chwila ciszy podczas przeżuwania,
4. Przeobrażenie niezupełne - "Actually, it's good",
5. Moment, kiedy impulsy smakowe dochodzą do mózgu,
6. Przeobrażenie zupełne - "It's damned good! Can I have one more?"
7. Pełne zdziwienia oczy i pytanie: "You really made it yourself???"

Na koniec wróciliśmy do kuchni i zjedliśmy resztę chleba z francuskim masłem. Uczta była kompletna.

poniedziałek, października 09, 2006

Dzień 17 - poniedziałek [the Dark Side]

Jestem wkurzony. Dziś będzie chamsko i wrednie.

Rano był wykłąd z podstaw ekonomii. I na tym właściwie skończyła się sensowna część mojego dnia. Po obiedzie poszedłem na ćwiczenia z Economic Workshop. Prowadzący był w porządku - sympatyczny, ale stanowczy Włoch. Poprosił jedną dziewczynę o krótkie przypomnienie wykłądu piątkowego. Wyszła, powiedziała parę zdań, po czym jak gdyby nigdy nic rzuciła: "Właściwie to nie pamiętam specjalnie tego wykładu". Potem poprosił mnie, żebym dokończył, bo nie było chętnych. No więc wstałem i dokończyłem. Co za ludzie trafili do tej grupy...

Czekały mnie jeszcze jedne ćwiczenia, więc zostałem na uczelni. Przechodząc, usłyszałem kogoś rozmawiającego przez telefon po polsku. Zatrzymałem się, poczekałem aż skończy i zacząłem rozmowę. Był to Jurek z Warszawy, jest na 3 roku ekonomii, kończył klasę IB. To była pozytywna część jego osoby. Zaproponował bilarda. Zgodziłem się, bo miałem parę pytań. Już od początku jego postawa, krok, sposób mówienia i ogólny wygląd bardzo mocno mi kogoś przypominały. Moje przypuszczenia miały się potem, niestety, potwierdzić. Podeszliśmy po drodze do baru. "Hello beautiful" rzucił Jurek do barmanki i zamówił duże piwo. Potem zaczął opowiadać. Okazało się, że na pierwszym roku właściwie nie robi się nic (co już jako fakt zaczęło mnie tu denerwować), ale jestr co robić, bo zalicza się mnóstwo imprez. Poza tym pochwalił się, że na pierwszym roku przez 5 tygodni nie było go na każdych wykładach ani ćwiczeniach, bo dogadał się z "jakimś kujonkiem", że będzie mu wpisywał obecność. Potem raczył opowiedzieć o tym, jak przygotowywał się do egzaminów. Zapomniał rzekomo wziąć na Wielkanoc książek więc miał do przerobienia 3000 stron w 2 tygodnie. Ileż to on nie wypił puszek RedBulla! Ileż tabletek kofeinowych go naszpikowało! Aż przez 2 noce po sesji nie mógł spać! Niesamowite! Bohaterskie wręcz...Więcej, na drugim roku po świętach Bożego Narodzenia zorientował się w przeddzień oddawania prac, że ma do napisania esej na 5000 słów. Oczywiście dokonał tego - nadludzkim pewno wysiłkiem...Później przyszła jakaś koleżanka i rozmowa zeszła na ostatni weekend. Jurek nie omieszkał sie pochwalić, że z kolegami wczoraj wypił butelkę whisky i ginu i jeszcze polish vodka. I że wszyscy byli schlani. I że szli przez Egham dosłownie się zataczając. Zaraz potem nie trafił w bilę i po raz kolejny rzucił najpopularniejsze na Zachodzie polskie słowo na K. I wiecie co? Nawet włosy miał na żel...

Po pół godzinie na szczeście poszedłem, bo czekały mnie ćwiczenia z matematyki. To był gwóźdź do trumny. Pani mATEMATYCZKA - Włoszka o kiepskim akcencie - przez 60 nudnych minut omawiała zadanie domowe. Jeśli chcecie przeżyć taki szok, co ja, i zobaczyć ów "Problem Set" (nie bardzo mogłem się tam doszukać jakiegokolwiek problemu), napiszcie i Wam prześlę [nie da się tego zamieścić, bo to pdf].

Co za ludzie...co za uczelnia...co za kraj...

Dzień 16 - niedziela

Jest już późno. Idę spać. Dzień był niewątpliwie ciekawy, bo oprócz mszy wydarzyło się kilka niespodziewanych rzeczy. Na przykład to, że do mojego okna wieczorem zapukało 2 studentów fizyki i po którkiej rozmowie okazało się, że też grają w gry komputerowe...jeden powiedział, że ściągnie na jutro Counter Strike'a. Albo znowuż coś innego - po południu przyszła Louise i Francuzka (ach, muszę się dowiedzieć jak ma na imię, bo to wstyd!) i zaprosiły mnie na robienie ciasteczek. Same ciasteczka wyszły średnio, ale było przy tym trochę zabawy, a potem, kiedy zjawiła się jeszcze Pardes i Uan Yung, porozmawialiśmy chwilę. no i jeszcze karate, które mimo koniecznych podstaw nie jest nudne. Grupa początkująca juz na drugim treningu zmniejszyła się do 7 osób. Bardzo mnie to zresztą cieszy - w takich warunkach lepiej się ćwiczy. No i może jeszcze warto wspomnieć o niespodziewanym obiedzie, który zjadłem w stołówce razem z Martą. Przynajmniej byłą okazja, żeby trochę porozmawiać po polsku.

Polityka zagraniczna

Przez 2 tygodnie udało mi się tu na froncie zawiązać różne sojusze i podpisać pokojowy traktaty.

Niewątpliwie na największe wsparcie liczyć mogę ze strony Bułgarii - byłem nawet goszczony w ich ambasadzie. Całkiem dobrze układa się też współpraca z Anglią - nie wiedzą, że jestem szpiegiem i mają do mnie stosunkowo duże zaufanie. Dzięki temu udało mi się zinfiltrować 3 lokalne bazy. Współpraca (zwłaszcza gospodarcza) z Chinami zapowiada się obiecująco. Póki co udało się się nieco zblizyć dzięki znajomości ichniej kultury. Także z Bliskim Wschodem pozostaję w zasakująco dobrych relacjach. Przedstawicielka Iranu to dowcipna i zabawna osoba. Inni przedstawiciele państw Arabskich też są bardzo życzliwi. Jest jeszcze Filipinka z Hiszpanii, która może być pomocna jeśli chodzi o radę, gdyż studiuje to, co i ja. Warto też powiedzieć o reprezentancie Pakistanu, który wydaje się być solidnym i honorowym człowiekiem. Jego uścisk dłoni i szczery uśmiech na pewno nie są sztuczne. I jeszcze przedstawicielka Malezji, która doskonale włada angielskim i opiekuje się pijaną, od czasu do czasu, koleżanką. Ach, no i oczywiście rodacy! Nawiązałem konatakt z agentką z Siedlec oraz znajomość z naszym człowiekiem - Martą - rezydującą wcześniej w Niemczech. Cotygodniowy kontakt układa się całkiem dobrze - miło choć przez chwilę poczuć się jak wśród swoich. Na koniec jeszcze Rosyjski ksiądz, który na Wyspy trafił przez Szwecję. Jest bardzo życzliwy i stanowi zaplecze, na które na pewno mogę liczyć.

Negocjacje korzystnych warunków współpracy ciągle trwają.

Gdzie kucharek 7

Wchodzisz do niewielkiej kuchni. Po lewej stronie stół i plastikowe krzesła , po drugiej szafki, blaty oraz zlewozmywak. Podchodzisz bliżej - widzisz przygotowane składniki i rozłożoną książkę kucharską. Wokół stoi 7 facetów. Rozmawiają o czymś. Trudno zrozumieć o czym. Po chwili Joe, Wojtek i Dave zaczynają mieszać składniki. Pozostała czwórka stoi i patrzy. Nawet w Anglii jest polski system pracy.
Mąka wpada do garnka. Potem William miesza 2 jajka. Wojtek chwyta już za mleko, ale widzisz, że Joe gwałtownym rucyba powstrzymuje go, po czym zaczyna powoli mieszać jajka i mąkę. Co minutę dolewa trochę mleka i miesza dalej. Wyraz jego twarzy zdradza dużą determinację i upór. W międzyczasie William wychodzi. Wraca po chwili i przecząco kiwa głową. Wojtek cały czas mówi coś do Joe'go, wskazując na mleko, ale ten zdecydowanie potrząsa głową i dalej pracuje nad ciastem. Z ruchu jego warg możesz odczytać: "Crap. It's lumpy.". Po chwili Wojtek wybiega z pomieszczenia. Wraca po minucie ze smutną miną i wzrusza bezradnie ramionami. W końcu z kuchni wychodzi Dave. Nie mija kilka chwil, gdy widzisz, jak triumfalnie wchodzi do kuchni, niosąc w ręce trzepaczkę do jajek.

Wojtek, Richard, Luke i Henry zaczęli rozgrzewać patelnie. Każdy dał trochę tłuszczu na patelnię. Widzisz jednak, że u Luke'a i Henry'ego olej pokrył całe dno. Wojtek sięga po ciasto i wylewa 1 naleśnika. Następnie Henry - wylewa jakby półtorej. Dalej Richard - widzisz, że leje, jakby chciał zrobić 2 naleśniki naraz. W końcu Luke - on chyba szykuje omlet...

Tłuszcz skiwerczy i pryska, a chłopacy przy patelniach kombunują - każdy na swój sposób. Widzisz, że Wojtek odchodzi od palnika i wprawnym ruchem przerzuca naleśnika na drugą stronę. Pozostali próbują - z różnym skutkiem - pomóc sobie łopatką. Henry poradził sobie dobrze, Richard trochę podarł naleśnika, a Luke...widzisz, że jak gdyby zdrapuje go z patelni. Teraz klka kawałków smaży mu się na patelni.

Wir akcji przenosi Cię w stronę stołu, gdzie teraz następuje konsumpcja. Wojtek tradycyjnie zjada pierwszego z czekoladą, natomiast Henry sięga po cukier i wysypuje 2 kopczaste łyżeczki wzdłuż naleśnika. Potem jednak, ku twojemu zaskoczeniu, sięga po cytrynę i skrapia wszystko jej skokiem. Zawija i zjada. Masz wrażenie, że jest to smakowite.

Teraz przy patelni jest Joe. Wojtek zachęca go, żeby spróbował przerzucić naleśnik. Pokazuje mu, jaki ruch wykonać. Joe zamachuje się, podrzuca i...łapie, ale tylko połowę. Na ułamek sekundy czas jakby staje w miejscu i widzisz, jak krawędź patelni rozcina ciasto na pół. Zamykasz oczy...Następną rzeczą, jaką dostrzegasz, jest Joe, pośpiesznie wkładający ciasto z powrotem na patelnię.

Ciasto powoli się kończy. Widzisz, jak Luke raz jeszcze próbuje swoich sił. Niestety, ponownie popełnia ten sam błąd, zalewając patelnię tłuszczem. Co gorsza, dostrzegasz, że jego patelnia jest wypukła...kiedy leje ciasto, rozpływa się ono na brzegach, pozostawiając dziurę w środku. Luke nie poddaje się jednak i leje dalej, aż ciasto przykrywa "wyspę" na środku. Widzisz, że naleśnik wprawdzie jest tym razem okrągły, ale niezmiernie gruby. Więcej nawet - dosłownie pławi się w tłuszczu. Luke zdaje się mówić: "The fourth one is the best one. This will be the ultimate pancake.". Czy był ostateczny, trudno Ci ocenić. Ale na pewno był ostatni, bo nie było już więcej ciasta.

Dzień 15 - sobota

Rano, trochę niewyspany, ruszyłem w dół wzgórza do uniwersytetu po bilet na Freshers' Ball. Niestety zastałem tylko kartkę z napisem "Sold out". Co bardziej frustrujące, okazało się, że wieczorem można jeszcze było dostać bilety. Jeszcze później okazało się, że zawsze trzymają mała rezerwe do sprzedaży bezpośrednio przed imprezą. Ale z większość relacji wysnuwał się obraz "Nic specjalnego". Może to i dobrze, że mnie tam nie było - nie ma teraz czego żałować.

Gdybym chciał poświęcić w opisie poszczególnym zajęciom w ciągu dnia proporcjonalną ilość miejsca, to teraz musiałbym napisać: czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem czytałem. Dlatego nie będę tak więcej robił.

Późnym popołudniem poszliśmy z Joem oczekiwać wszystkich tych, którzy mieli się pojawić na robieniu naleśników. Joe nie jest zbyt dobry w zarządzaniu czasem - staliśmy przez pół godziny przed głównym wejściem i przyszła tylko 1 osoba. Kilka innych było już w kuchni...ale po wystaliśmy, to nasze...

-->> ..:://Gdzie kucharek 7\\::..

Potem skusiłem się jeszcze na partię w Worms 2, ale z przyczyn czysto towarzyskich. Wiadomo przecież, że nic tak nie łączy młodych ludzi jak wspólna gra na jednym komputerze.

Dzień zakończyłem 60 pompkami. Słowa Staszka mnie zawsze jakoś magicznie mobilizują...

Wesoły Joe

Wesoły Joe to student pierwszego roku historii. Oprócz nieciekawych cech typu czarne włosy, średni wzrost, przeciętna budowa ciała warto wymienić bródkę, którą zapuszcza oraz pewną specyficzna cechę. Mianowicie Joe mówi dość szybko i nie zawsze uda mi się w porę zrozumieć, o czym mówi.W tym przypadku nie wystarczy niestety radosne potakiwanie głową i uśmiechanie się. Joe bowiem od czasu do czasu, zupełnie niespodziewanie, wybucha śmiechem z własnego zartu. Moje neurony lustrzane rozgrzewają się wtedy do czerwoności a część mózgu odpowiedzialna za refleks i postrzeganie pęcznieje. Póki co udaje mi się zachowywać pozory - śmieję się niemal równo z nim.

Dziś spotkaliśmy się wieczorem, żeby omówić jutrzejsze wspólne smażenie naleśników. Właściwie staliśmy na korytarzu tuż przed jego pokojem. Nie chciałem sugerować wejścia - może takie są tutejsze zwyczaje....po pół godzinie juz mieliśmy się rozejść, kiedy Joe stwierdził, że pójdzie ze mną. Chciał "tylko zobaczyć gdzie mieszkam". Nie wypadało przecież jednak zamknąć drzwi przed nosem, dlatego zaprosiłem go do środka. Okazało się, że jest nie tylko wesoły, ale i ciekaw(sk)y. Zaczął pytać o różne elementy mojego pokoju: do kogo wysyłam kartki, czy ta książka to Bibia itd. Kiedy zauważył moje karteczki z definicjami porozlepiane po ścianach, zaczął mnie przepytywać z podstaw ekonomii. Oczywiście było to fajne i bardzo miłe. Po pół godziny jednak zacząłem czuć się nieswojo. Dlatego też, gdy trafiła się szansa, nie wahałem sie ani chwili. Joe wspomniał, że ma przewodnik po Biblii i może mi pokazać, jeśli chcę. Jakże mółbym nie chcieć! Już po chwili z prawdziwym entuzjazmem wspinałem się za nim po schodach! W pokoju Joe'go obejrzałem jeszcze klika innych książek i już już zbierałem się do wyjścia, kiedy niebacznie zapytałem o plakaty. Jeden z nich przedstawiał jakiś zespół...Joe miał ten zespół i zechciał mi go zaprezentować.. dopiero po drugiej piosence udało mi się grzecznie pożegnać i wrócić do siebie.

Biurko - level up

Moje biurko wzniosło się na wyższy poziom, właściwy mojej osobie. Teraz patrzymy sobie prosto w oczy i nie muszę się już garbić.


Rozmowa z samym sobą

Droga na wzgórze. 4 siatki i plecak. Ciężko.

Wojtek (pytanie): Jasny gwint, co ty tam masz w tym plecaku? Kamienie?
Wojtek (odpowiedź): No...jakby ci to powiedzieć...sam zobacz...




niedziela, października 08, 2006

Droga przez mękę

Wszystkie zakupiki zapakowałem w cztery siateczki i ruszyłem w dróżkę do pokoiku. Czekała mnie wędróweczka pod góreczkę, ale zaledwie jakieś 30 minutek. Siateczki obijały mi się o nóżki, a rączki naprężały się do ostateczka. Krok za kroczkiem zbliżałem się do akademiczka. Zatrzymałem się na chwileczkę, żeby zabrać coś do plecaczka (--> ..:://Rozmowa z samym sobą\\::..). Powolutku szedłem pod góreczkę. Kropelki potu zaczęły zalewać mi czółko. Po drodze minął mnie autobusik pełen studentów, ale nie pozwoliłem sobie na chwilkę słabostki. Na koniec skróciłem sobie dróżkę przez trawniczek.

10 kilogramików jedzonka znalazło się w mojej kuchence.

sobota, października 07, 2006

Dzień 14 - piątek

Minęły 2 tygodnie. Pewnie najdłuższe dwa tygodnie moich angielskich studiów, bo z doświadczenia wiem, że w trakcie nauki czas zwykle przyspiesza...ale może to i dobrze - przecież i tak wyglądam w przyszłość, czekając na wykupiony już lot do Polski.

Dziś miałem ostatni z 4 obowiązkowych przedmiotów - Economic Workshop. Na cały rok przewidziane jest 20 godzin wykładów, 20 godzin ćwiczeń i 19 wykładowców. Każde zajęcia dotyczyć będą innego aspektu ekonomii, spojrzenia na jej problemy z różnych perspektyw. I, co zaskakujące, nie ma żadnych obowiązkowych lektur.

Po zajęciach poszedłem na zakupy do Wiadomego Sklepu, odpowadzając po drodze Saszę na pociąg do domu, do Manchesteru.

W Wiadomym Sklepie przeprowadziłem dokładną analizę porównawczą cen oraz ekspertyzę przecen i promocji. Wyszedłem po 46 minutach, zostawiając w kasie 23 funty. Teraz niechby i wojna przyszła - przeżyję. Przed sklepem zrozumiałem, że 4 siatki będę musiał osobiście zanieść do domu. Zacząłem żałować kupionych na przecenie puszek z zupami... ( --> ..:://Droga przez mękę\\::..)

Wieczorem poszedłem jeszcze do Joe'go (--> ..:://Wesoły Joe\\::..) (de facto nazywa się Joel, ale chyba nie ma to znaczenia) omówić jutrzejsze smażenie naleśników (--> ..:://Gdzie kucharek 7\\::..).

Spotkanie po zmroku

Wojtek myślał, że będzie to kolejny wieczór z tych, kiedy wszyscy wokół tracą czas na zabawę, a on bezskutecznie próbuje pogłębiać swoją wiedzę. Sprawy jednak potoczyły się inaczej.

Zmierzchało już i księżyc powoli wspinał się na zachmurzone niebo. Na parterze, w trzecim oknie od lewej paliła się nocna lampka. Wojtek siedział pochylony nad książką o terrorze religijnym. Od czasu do czasu przed budynkiem przechadzały się rozradowane i rozkrzyczane grupy studentów.

Nie minęło wiele czasu, kiedy grupka trzech cieni zatrzymała się przed budynkiem. Jedna postać odłączyła się i podeszła do drugiego okna od lewej. Dało się słyszeć okrzyki: "Woltan! Woltan!". Wojtek, wiedziony nieomylnym instynktem, otworzył okno.

- Hello Louise! - zagadnął Wojtek.
- Hello Woltan! - odpowiedziała krępa postać.
- Actually my name is VOJTECK - rzekł powoli Wojtek, bawiąc się całą sytuacją. Louise znów wypiła za dużo.
- Oh, I thought it was Woltan! Sorry for that!
- Nevermind.

Właściwie ów charakterystyczny angielski "small talk" miał się ku końcowi, ale Wojtek nie pozwolił na to, by rozmowa się rozmyła.

- Are you going to the Freshers' Ball tomorrow?
- Yes! No! No, we're not going - odrzekły cienie.

Teraz dopiero dało się zauważyć, że to koleżanki Louise, które Wojtek już znał. Ponadto z okna piętro wyżej, zwaboine pewnie krzykami, wychyliły się dwie kolejne członkinie Towarzystwa Louise. Po krótkiej i treściwej, acz nieco przez Wojtka sterowanej, rozmowie wszyscy spotkali się w kuchni pod numerem 216.

Towarzystwo tam było prawdziwie międzynarodowe: Pardes z Iraku, Louise z Anglii, Uan Jung z Malezji, Aisha z Rosji oraz Chinka i Francuzka. Żeby przełamać lody Wojtek poczęstował dziewczyny polską czekoladą. Istotnie, stało się to impuslem do tego, by razem z Francuzką ponarzekać na angielskie jedzenie. Skończyło się to krótkim stwierdzeniem: "Shit". Później rozmowa zeszła na kłopotliwy dla Wojtka temat muzyki - jak bowiem miał wytłumaczyć obcokrajowcom, że Jacek Kaczmarski nie bardzo wpasowuje się w tradycyjne gatunki muzyki?
W międzyczasie okazało się, że Francuzka studiuje politykę i ma łącznie 7 godzin zajęć w tygodniu. Podobno w zamian musi czytać mnośtwo lektur, ale jak wiemy angielskie "mnóstwo" odpowiada polskiemu "trochę". Rozmowa toczyła sie już sama z siebie i schodziła na najróżniejsze tematy. Między innymi Wojtek i Aisha przeprowadzili mały studium porównawcze polskiego i rosyjskiego, które im obu przyniosło dużo radości. Teraz żaden Rosjanin bezkarnie już Wojtka nie obrazi.

Było po północy, kiedy Chinka zaproponowała, żeby obejrzeć mangę, której pełno ma na komputerze. Wojtek, w ramach zacieśniania relacji sąsiedzkich, zgodził się, choć pora była późna. Kosztowało go to także wiele wysiłku, bo bohaterowie mówili po japońsku, a napisy wyświetlały się w języku chińskim. Na szczęście Chinka tłumaczyła na bierząco, więc Wojtek wiedział przynajmniej, kiedy należy się śmiać.

Było dobrze po pierwszej, kiedy Wojtek pożegnał się, wyszedł i udał na spoczynek. I pomyśleć, że miał to być kolejny wieczór z tych, kiedy to wszyscy wokół tracą czas na zabawę, a Wojtek bezskutecznie próbuje pogłębiać swoją wiedzę...

czwartek, października 05, 2006

Dzień 13 - czwartek

Dziś przyszło duże rozczarownie i duże zaskoczenie. O którym opowiedzieć najpierw?

Ponieważ i tak nie możecie zdecydować, to opowiem o tym, o czym chcę.

Dziś rano poszedłem pobiegać. Nie było to żadne wielkie bieganie jak maraton czy coś - ot, taka sobie zwykła przebieżka. Po pół godzinie wróciłem i rozbudzony wziąłem się za ekonomię. Temat trafił się ciekawy - spekulacja i wpływ na cenę. Nie wiem czy wiecie, ale to jest tak, że jak wszyscy chcą, żeby cena wzrosła, to wzrośnie choćby nie wiem co. Tak samo ze spadkiem. Musi i już. Fajne, nie?

A teraz rozczarownie: bardzo liczyłem na dzisiejszy wykład "Wprowadzenie do filozofii starożytnej". Niestety poziom wykładu był przytłaczająco niski... właściwie to samo co w liceum na kółku. Ale cóż, na nudę i tak nie będe tu narzekał.

Jeśli chodzi o zaskoczenie: wpadłem też (wprawdzie nielegalnie) na wykład "Filozofia ekonomiczna". Wykładowca i sam kurs był ciekawszy niż się spodziewałem, więc pewnie będę na niego chodził. W sumie to tylko 7 książek na oba semestry - zaledwie jedna na 2 tygodnie. Damy radę.

Wieczorem postawiłem sam siebie wobec ekonomicznego problemu utraconych możliwości: o tej samej godzinie zaczynała się msza i spotkanie grupy chrześcijańskiej oraz kurs dla inwestorów. Po długiej i wyczerpyjącej psychomachii udałem się na to drugie. Mimo wszystko był to chyba dobry krok. bo kurs prowadziło kilku młodych ludzi, którzy wiedzieli i wierzyli w to co mówili. Przez godzinę dali nam trochę praktycznych porad i wskazówek dotyczących analizy wykresów giełdowych. Zapowiada się obiecująco.

Aha, dodam tylko, że stos książek, które muszę oraz chcę przeczytać rośnie jak liczby w ciągu Fibonacciego...

Post

Jestem jak Robinson odkreślający na drewnianym krzyżu dni wygnania. Jak wędrowiec na pustyni, który dzieli na dni krople wody, które mu pozostały. Jak uchodźca, który ostatni kawałek sera kroi na plasterki, by cieszyć się nim dłużej.

Wszyscy Ci żyją nadzieją, że coś się wydarzy, zanim skończy się to, co ich trzyma przy życiu. Wszyscy oni czekają cudu. Ja również.

6 dni temu rozpocząłem swój post:

Królestwo Wiedzy II. W poszukiwaniu straconego czasu.

Stoję samotny pośród półek. Chociaż nie ma nikigo innego, słyszę jakby wiekowy oddech tych, którzy zglębiali tę wiedzę wcześniej. Na karku czuję niecierpliwe oczy autorów, którzy czekają, aż wezmę w ręce ich książkę. Mój wzrok biega bezradnie po okładkach, szukając potrzebnego tytułu. Czuję się mały. Zagubiony. Bezradny wobec ogromu i nieskończonej głębi wiedzy, tej Wiedzy, którą mam tutaj na wyciągnięcie ręki. Ta świdomość jest tak porażająca...jakaż władza i potęga kryje się na tych pożółkłych już stronicach! Władza mroczna jak cień regałów, który na mnie pada. Potęga tak nieskończona jak zebrane tutaj zbiory.

Ale już zaraz, tuż za rogiem rozciąga się przyjazna kraina Czytelni. Ustawione w harmonijnym układzie miejsca medytacji wprowadzały rzeczywisty porządek i duchową równowagę, tak istotną podczas kontemplacji Wiedzy. Delikatny szum płonących lamp sprawia, że wszystko inne odpływa w dal, staje się odległe i nieważne. Pozastajesz sam na sam z przedwieczną Wiedzą.

Czytelnia łaskawie gości każdego - nawet tych, którzy są na razie zbyt słabi, by wytrwać w spotkaniu z potęgą słowa pisanego. Między trzema ściankami można o zmierzchu zauważyć śpiących młodych adeptów, którym książki łaskawie służą za poduszkę.

Królestwo Wiedzy istnieje jakby poza czasem. Mimo że za oknem zachodzi słońce, tutaj wszystko żyje swoim życiem. Jest to jedyne miejsce na świecie, gdzie można w jednej chwili mieć przed oczami całą spuściznę ludzkości.

Dzień 12 - środa

RAF nawalił i nie dokonał planowanego zrzutu paczek z chlebem z Polski. Nie mają chyba pojęcia jak dramatyczna jest sytuacja tu na froncie! Wróg podrzuca nam pseudochleb, który gniecie się w naszy rękach jak plastelina oraz ulotki propagandowe o tym, że warto jeść gotowe półprodukty i importowane z Zachodu jedzenie. A to przeciez najszybsza droga do zatracenia.

Resztki jedzenia zostały jeszcze bardziej nadwątlone przez zniszczony wojną sprzęt. Lodówka działa tak potężnie, jakby chłodziła tam ludzkie embriony...dlatego wyciągnięte dzis jajka na omlet były dosłownie zamarznięte. Podobnie z ogórkiem.

Piekarniki zostały chyba specjalnie sprowadzone, by utrzymywać nas w stanie nieustannej czujności i podejrzliwości. Chciałem wieczorem jeden wypróbować. Przekręciłem kurek, zamknąłem i poczekałem. Po pół minuty wlożyłem rękę i ciągle było zimno. Nacisnąłem guzik, który zwykle służy do wywołania iskry. Coś tam w środku zapłonęło na niebiesko. Jednocześnie poczułem zapach gazu unoszący się wokół mnie...szybko wyłączyłem gaz i otworzyłem okno...w ten sposób udaremniłem zamach na samego siebie.

Wieczorem mieliśmy zajęcia z samoobrony i walki wręcz - tu na froncie nigdy nic nie wiadomo, a takie rzeczy bardzo się przydają. Zapłaciłem też za specalny stórj do ćwiczeń. Chbya kradziony, by był 2 razy tańszy niż w Polsce - nowy kosztował mnie 5 funtów.

11 października - wtorek

Dziś były pierwsze wykłady z matematyki. Zamiast całek i macierzy było to, co już widzieliście poniżej ( --> ..:://Regres\\::..). Nie będę się zatem nad tym dłużej rozwodził.

Zaraz potem, żeby odreagować, poszedłem sobie z ciekawości na wykład z rozumienia mitów greckich. Niestety trafiłem na lekcję organizacyjną...

Popołudniu były jeszcze zajęcia z Międzynarodowej Polityki Gospodarczej. To, co tam omawialiśmy, przypominało bardziej wykresy z geofrafii społeczno-gospodarczej z II klasy, ale to zapewne tylko początek. Koniec końców nie mamy nawet żadnego podręcznika, ale cotygodniowe artykuły do przeczytania to 290 stron do grudnia. Będzie co robić.

W południe zaszalałem i poszedłem na obiad do stołówki - 5 funtów za kawałek mięsa i fasolkę oraz trochę kremu z kukurydzy. Jak pomyślę, jaka jest utracona alternatywa w Polsce, to aż mi ślinka cieknie...ale przynajmnie pogadałem i zaznajomiłem sie troszkę bardziej z Joe'em i Saszą. To też ma swoją wartość.

Cały międzyczas (czyli popołudnie) spędziłem w bibliotece. Powoli staje się ona moim drugim domem (ciekawy jestem, czy wy też tego doświadczacie...). Gdyby nie zamykali jej wieczorem, to pewnie bym tam niejedną noc przesiedział.

Wieczorem wróciłem i dowiedziałem się, że moje imię rządzi ( --> ..:://Rozmowa wieczorna\\::..). W ogóle co drugi dzień spotykam kogoś (zwykle grupę dziewczyn), które na moje imię reagują: "Oh, so you're Voyteck!". W sumie miłe to jest, tylko mi potem głupio cały czas dopytywać się o ich imię. Wszystko to pewnie za sprawą niewinnej karteczki z imieniem i fonetyczną transkrypcją, która przez kilka dni wisiała na moich drzwiach...

środa, października 04, 2006

Regres

Brak mi słów, żeby to opisać. Dlatego pokażę w formie graficznej. Oto kilka stron obowiązującego przez najbliższy miesiąc materiału z matematyki:



Metody ilościwe:
Podstawy matematyczne




Liczby rzeczywiste:
liczby naturalne
liczby całkowite
liczby wymierne



Jak mnożyć ułamki



Nierówności:
a jest większe od b
b jest większe od a


Podczas rozwiązywania równań użyc można następujących metod:
Metoda 1: Do obu stron można dodać taką samą wartość
Metoda 2: Od obu stron można odjąć taką samą wartość
Metoda 3: Obie strony można pomnożyć przez taką samą wartość
Metoda 4: Osie strony można podzielić przez taką samą niezerową wartość



Działania na potęgach



wtorek, października 03, 2006

Dzień 10 - poniedziałek

Zaczęło się.

Wykład z podstaw ekonomii nie był specjalnie trudny, bo na szczęście czytałem o tym już kiedyś. Mimo to język stanowił pewną, chociaż niewielką przeszkodę - musiałem się mocno skupić żeby w pełni zrozumieć profesora.

Inną rzeczą jest fakt, że profesor wspomagał się prezentacją. Kartki z tymi slajdami dostał każdy uczestnik. Ponadto ta sama prezentacja znajduje się na stronie departamentu. A cała wiedza znajduje się w podręczniku. To po co wykłady? Może po to, żeby odpocząć od nauki...

Po powrocie zrobiłem sobie obiad. Nic szczególnego: kurczaczek z cebulką + ziemniaki + gotowana kukurydza. Nie wiem, czy to moja wina, czy może wina ziemniaków - dość, że już drugi raz ugotowały się "na krucho" i rozpadały, kiedy wyjąłem je z wody. Może ktoś z Was wie, jak temu zaradzić?

Wieczorem napotkałem na korytarzu Jamesa. Zaproponował, żeby wyjść do Clubhouse'u (mały lokal na terenie akademika), bo tutaj nikogo nie ma (faktycznie było cicho jak rzadko kiedy). W Clubhousie James postawił mi piwo, a potem rozmawialiśmy o muzyce i jego życiu - całe jego życie jest związane z muzyką: od chóru w dzieciństwie, poprzez zespół, aż po szkołę muzyczną i obecnie studia. Powiedział, że może mnie nauczyć paru rzeczy odnośnie muzyki i gitary. Miło z jego strony. Później zagraliśmy w bilarda - raz, bo w lokalu zrobiło się smętnie, sztywno i pusto. Wróciliśmy czym prędzej do pokojów.

Rozmowa wieczorna

Wchodzę do kuchni. Zmęczony, po całym dniu nauki. Spotykam tam Jamesa z dziewczyną,Johniego i jeszcze jedną obcą niewiastę.

Ja: Hello guys.
Johny (podając mi rękę): Hello Voyteck.
Obca niewiasta: Oh! So you're actually Voyteck!! Your name ROCKS!!

poniedziałek, października 02, 2006

Vlad Said

(Ojciec Vlad zajmuje się nie tylko grupą katolicką, ale organizuje też spotkania dyskusyjne - dialog między religiami, aby ich przedstawiciele mogli się lepiej rozumieć)

Father Vlad: You know what is the difference between me and the Pope?
Ja: No.
Father Vlad: Pope has to deal with only one religion. I have to deal with at least four.

Dzień 9 - niedziela

Na 11 biją dzwony, niech będzie Maryja pozdrowiona, niech będzie Chrystus pozdrowiony!

Msza okazała się niezbyt ciekawa, jeśli chodzi o oprawę liturgiczną. Nie śpiewa się tu ani Agnus Dei, ani Alleluja, ani nawet psalmu! Czytanie odklepuje ktoś z wiernych (na drzwiach jest rozpiska z datami - jak gdyby pańszczyznę odrabiali), podobnie z psalmem. Przed i po mszy ludzie rozmawiają zamiast się skupić. Nie ma to jednak ja dominikanie...

Wieczorem, na uroczystym "nabożeństwie" rozpoczęcia roku był chór akademicki. Śpiewali pięknie, tylko cały czas przeszkadzał im organista i saksofonista - myśleli chyba, że upiększają ich śpiew...na koniec na środek wyszła kobieta w koloratce (tak właśnie - w koloratce...kobieta) i udzieliła błogosławieństwa. A potem rozpoczął się mały poczęstunek - winko i soki i ciasteczka. W kościele. 30 metrów przed ołtarzem. Ach jo...

Natomiast ksiądz, Father Vlad (Rosjanin z urodzenia, Szwed przez większość życia, od 10 lat jest w Anglii) okazał się być bardzo miłym i ciekawym człowiekiem (--> ..:://Vlad Said\\::..). W dodatku prowadzi coś na kształ grupy dialogu ekumenicznego. Zbadam to juz w środę.

Wieczorem, po powrcie, znalałem na stornie Wydziału Ekonomii notkę: "Pre-lecture", obejmującą pierwszy, 25 stronicowy rozdział podręcznika. Tego z zagadki....

...poszedłem spać o północy. Tuż przed zaśnięciem poczułem dziwne wstrząsy - materac się ruszał...łóżko też! Nie mogłem w to uwierzyć, więc wstałem i oparłem się o biurko - wciąż to samo. Czy to ja jestem przemęczony czy czas się ewakuować? W błysku myśli chwyciłem za butlekę pełną wody i postawiłem na stole. Mój prymitywny sejsmograf zadrżał przez moment i zamarł...chyba jednak byłem zmęczony.

Dzień 8 - sobota. Polowanie na różowy SimCard

Miejsce: Staines k/Londynu
Cel: Angielska karta do telefonu
Czas: Sobotnie przedpołudnie

Przebieg akcji:

Staines:
Około 500 metrów od stacji kolejowej znajdowało lokalne centrum handlowe.

Centrum handlowe:
Wszedłem, mieszając sie w tłumie, a jednocześnie wypatrując sklepów telefonii komórkowej. Najgorzej ukryte było O2 - wytropiłem je niemal natychmiast.

Sklep O2:
Nie miało ono wiele do zaoferowania. Pierwszy przeciwnik pokonany. Idąc dalej, zobaczyłem Vodafone.

Sklep Vodafone:
Tu również nie znalazłem godnego przeciwnika, więc walka skończyła się, zanim jeszcze mogła się na dobre zacząć. Wyszedłem na otwartą przestrzeń.

Otwarta przestrzeń:
Było tam mnóstwo bazarów i droga biegnąca w lewo i w prawo. Wiedzony instynktem łowcy, ruszyłem w lewą stornę. Nie zawiodłem się - oto za chwilę wyłonił się szyld znienawidzonego, różowego T-Mobile. Wcześniej jeszcze kątem oka dostrzegłem bazar z napisem: "SimLock here". Zapisałem w pamięci - może przyda się później.

Sklep T-Mobile:
Już na progu wiedziałem, że nie będę miał łatwego zadania. Przeciwnik był zorientowany w najlepszych dostępnych technikach - do tego stopnia, że sam byłem zaskoczony. Wreszcie musiałem skapitulować - 12 pensów za minutę rozmowy do wszystkich sieci i domowych w kraju; 10 pensów SMS. Już już miałem złożyć akt kapitulacji, kiedy oto moja broń się zbuntowała! Krzyknęła tylko: "SIM Card rejected" i umarła. Wtedy z pomocą przyszedł zapamiętany wcześniej bazar.

Otwarta przestrzeń:
Na bazarze, zbudowanym z kilku metalowych rur i szmat oraz porozkładanych telefonów. Nie widziałem na nich certyfikatu jakości. Gwarancji też nie. Sprzedawało tam 2 Arabów w chustach. Próba nawiązania sensownej rozmowy się nie powiodła. Jedyne, w czym sie porozumieliśmy, to cena za zdjęcie SimLocka - 8 funtów. Chcieli mi sprzedać po promocji za 6 funtów także kartę T-Mobile. Ja już jednak wiedziałem, że w sklepie kosztowała 5...

Sklep T-Mobile:
Ostatecznie złożyłem na ręce sprzedawcy akt kapitulacji - moją martwą komórkę pozbawioną duszy. Obserwowałem ze smutkiem narodziny nowego, angielskiego Mobile.

Jego numer identyfikacyjny w rejestrze wygnanych to:

+44 (0) 796 036 26 27

niedziela, października 01, 2006

Notka od autora

Obawiam się, że od teraz notki nie będą pojawiały się juz tak regularnie. Postaram się opisywać na bieżąco najciekawsze wydarzenia, ale:

1. Będzie na pewno mniej czasu, a nie ukrywam, że pisanie jest dość czasochołonne.
2. Najwięcej wrażeń na pewno było w ubiegłyum tygodniu. Teraz należy się bardziej spodziewać rutyny dnia codziennego.

Dzieło Pierkreacji

Na początku była Maką i Woda. Wypełniały one swą substancją cały Garnek i pozostawały w spoczynku. Później obca siła wtargnęła do świata i zaczęła wprowadzać chaos. Tym wichrzycielem pokoju była Łyżka. Z ruchu materii i energii powstała druga hipostaza świata, Jajko. Spoiło ono dwie przedwieczne siły w jedność, która stała się Ciastem. Poprzez syntezę Byt powoli zaczynał nabierać kształtów.

W innym, paralelnym świecie, także dokonywało się szlachetne przejście z dualizmu do Jedności. Ziemniak i Ser Kozi połączyły się, tworząc nową, nieistniejącą wcześniej ideę Farszu.

Później przyszedł czas zamętu i wojen - Ciasto z jedności musiało przekształcić się w mnogość; Byt, który osiągał samoświadomość, musiał teraz rozszczepić się pomiędzy wszystkie elementy tego świata. Tak samo i Farsz.

Kosmiczna siła nagięła prawa świata i przemocą połączyła Farsz z Ciastem. Dokonała się historyczna synteza, najwyższa i ostatnia w łańcuchu historii. Ostatnim krokiem w urzeczywistnianiu rzeczywistości ostatecznej było utrwalenie nowopowstałego, pluralistycznego Bytu w jego formie. Posłużyła do tego gorąca Woda.

14 Pierogi Ruskich stało się.