Dzień 33 - środa
Teoretycznie środa jest dniem wolnym od zajęć. Teoretycznie.
Przedpołudnie:
Między 7:50 a 8:30 budziłem się. Wziąłem w tym czasie prysznic, ubrałem się i zjadłem śniadanie. Później przyszedł czas analizę spółki giełdowej. Wprawdzie musiałem tylko zbadać kilka wskaźników i spisać informacje i wnioski, ale Investopedia i trendy giełdowe wciągnęły mnie...skończyłem, kiedy wybiło południe.
Poszedłem jeszcze do Jamesa, żeby dać mu poranną porcję Gripex'u. Narzekał wczoraj, że się źle czuje i ma grypę. Istotnie nie czuł się najlepiej, bo otworzyła jego na wpół ubrana dziewczyna, on zaś leżał w łóżku, masując bolącą głowę. Był nagi. Ale przykryty kołdrą. Kiedy zobaczył mnie z termosem w jednej i saszetką leku w drugiej ręcę, jęknął tylko: "Ohhh, mate...thanks...". Rozrobiłem szybko medykament, zostawiłem na wszelki wypadek kilka tabletek Panadolu i z zyczeniami szybkiego powrotu do zdrowia wyszedłem. Nie był to chyba dobry moment na wizytę kontrolną...ale kto normalny leży w łóźku niedobudzony w samo południe?
Popołudnie:
O pierwszej, jak zawsze, rozpoczął się kurs Religions & Conflicts. Tym razem mówiliśmy o religiach z socjologicznego punktu widzenia Emile'a Durkheim'a oraz ideologii narodu wybranego, jaki nadaje sobie Ameryka. Ojciec Vlad łapał się znów za głowę, że nie znamy "podstawowych "osobistości, pojęć i wydarzeń z zakresu ogólnie pojętej "kultury".
Henry, kolega z ławki, powiedział, że popołudniu jest jakiś wykład o filozofii. Nic więcej nie wiedział. Ale też nic więcej nie było mi potrzebne. Plan dnia szybko uległ niezbędnym zmianom.
Poszedłem do Computer Centre, żeby wydrukować klka stron. Sądziłem, że uda mi się to załawić Drogą Lisa, bo moje konto było nieaktywne i puste, a mimo to drukarka robiła co trzeba. Dopiero potem zauważyłem maila z wiadomością o ujemnym stanie konta...
Między 15:30 a 17:00 chciałem oddać krew w Student Union (akcja podobna jakktóregos dnia w Marynce). Okazało się, że potrwa to około półtorej godziny. Co więcej, nie jest najlepszym pomysłem oddawania pół litra krwi i, nie jedząc nic od śniadania, iść na wieczorny trening karate...tak mi się przynajmniej wydawało. Niestety wszystkie jadłodajnie na terenie campusu były już zamknięte. Musiałem wybrać - krew lub karate. Ale przecież krew mogę oddać zawsze, w Polsce też...
Po kwardansie byłem u siebie i przyrządzałem obiad. Cały tydzień upływa pod hasłem redukcji zapasów, więc zjadłem dziś resztę świderków (makaronu). Przyrządziłem w ulubionym przeze mnie stylu - dużo i słodko. Tylko cynamonu troszkę brakowało...
Zapakowałem kimono i kilka kartek do notowania, po czym po raz trzeci przemierzyłem drogę między pokojem a uniwersytetem. Padało. Poza tym byłem spóźniony, więc biegłem (dzięki temu mniej zmokłem). Równo z dzwonem wieży zegarowej głównego budynku-Zamczyska znalazłem się w sali, po drodze spotykając Henry'ego. Średnia wieku więcej niż mój podwojony wiek. Nie zraziło mnie to jednak, a wręcz przeciwnie - może będzie okazja posłuchać kilku mądrych ludzi? Sam wykład okazał się...nietypowy, bo dotyczył pojęcia traumy, jego postrzgania i znaczenia we współczesnym świecie. Brnąc przez różnorakie narracje, podejścia do problemu w wieku XX oraz dekompozycję znaczeń, autor odczytywał kolejne storny swojego wykładu. Światło było jasne, jakby trochę za ostre...przymknąłem lekko powieki, oparłem głowę na ręcę i dłonią przysłoniłem oczy...cały czas słuchałem i myślałem o rozważanej kwestii...z boku...z dystansu...z oddali...
Kiedy się ocknąłem, byli już gdzie indziej. Zauważyłem, że Henry trochę się nudzi, bo telefone fotografuje swój zeszyt. Wykład jednak rychło się skończył i przyszedł czas na dyskusję panelową.Ku mojemu zdumieniu okazało się, że na sali jest więcej filozofów i ludzi, którzy nie tylko podążali za treścią wykładu, ale analizowali go i wyprzedzali. Zaczęły pojawiać się sugestie, inne punkty widzenia i pytania, które dla samego nawet autora stały się kłopotliwe. Pomiędzy tymi ludźmi, wspólnym wysiłkiem intelektualnym, zaczęła powstawać Myśl! Czuło się ją w powietrzu, słyszało w każdym wypowiadanym słowie. I nagle zapragnąłem- ja, pierwszak - by ta Myśl spłynęła też na mnie, by stała się choć w małej cząstce moim udziałem! Po 20 minutach wytężania umysłu, wgryzania się we właściwą treść Myśli i debaty oraz rozważania wypowiedzi, która w najlepszym wypadku nie zrobi ze mnie błazna, zgłosiłem się. Moderator akurat pytał, czy ktoś ma jeszcze jakieś pytania - byłem ostatni w kolejce. Miałem swoim komentarzem niejako zamknąć wykład! Poczułem silny przypływ adrenaliny, krew zaczęła szybciej krążyć, a umysł znalazł się w SSP (stresogenny stan przedprzemówieniowy). W końcu nadszedł czas. Po pierwszych słowach wszystkie Madre Głowy zwróciły sie w moją stronę i zaczęły słuchać! Mnie,pierwszaka! Skupiłem się, żeby jasno przekazać to, co miałem do powiedzienia. I oto - niespodzianka. Los przyja odważnym i przemienia klęski w zwycięstwa! Filozof powiedział, że początkowo myślał inaczej, ale w toku badań doszedł do wniosku, że właściwie musi zgodzić się z moją tezą! Zatem udało się! Obrzęd inicjacji w gronie Filozofów zakończył się sukcesem! Stałem się nieformalnie cżłonkiem tego towarzystwa!
Pora wieczorowa:
Okres wstępny:
Czas między 18:30 z 20:00 spędziłem w bibliotece. Chciałem dokończyć trylogię Bergmana obejrzeniem "Ciszy", ale okazało się, że od kilku lat kasety nikt nie pożyczał i gdzieś się zagubiła. Na szczęście jak zawsze miałem przy sobie książkę.
Wieczór właściwy:
Trening był kolejnym miłym zaskoczeniem. Sensei zaczął wymagać od nas pewnej wytrwałości w bolesnych ćwiczeniach. Poza tym nauczyliśmy się pierwszej formy (kata) i nowych pozycji (kątem oka podpatrzyłem też formę drugą). Troszkę irytują mnie współćwiczący, którzy właściwie boją się wykonać cios bądź go sparować. Ale na wszytko przyjdzie czas.
W drodze powrotnej spotkałem Pardis i Wan Yung. Ta druga skończyła właśnie pracę za barem. Droga powrotna zajęła nam godzinę. Minęła jednak szybko na rozmowie o fizyce teoretycznej (kierunek Pardis) oraz jej żalu, że mimo ciężkiej pracy jest prawie najgorsza w grupie.
Po powrocie, o 23:00, poszedłem jeszcze na "chwilę" do kuchni, żeby towarzyszyć w kolacji. Przy okazji zjawiła się Fanny i dziewczyna ze Szwajcarii. Kolejne pół godziny zesżło nam na porównywaniu naszych wykładów i omawianiu wykładowców. W końcu pożegnałem się i wróciłem.
"Ta pora":
Przechodziłem jednak obok pokoju Jamesa. Nie mogłem przecież tak po prostu obojętnie minąć jego drzwi...zapukałem i wszedłem. Okazało się, że mój sąsiad ma jednak kaszel, ale załatwił już sobie odpowiednie leki. Póki co odłożył papierosy na ten wieczór. W zamian korzystał z fajki wodnej, bo to przecież zdrowsze...Powiedział mi też coś, co jak nic w świecie podniosło mnie na duchu (--> ..:://Tekst tygodnia\\::..). Potem zapytali mnie o moją wizytę w Londynie i rozmowa rozpoczęła się na dobre. Byłem jednak zdumiony, kiedy zaczęliśmy rozmawiać o Platonie, względności gustów w sztuce, muzyce i modzie, subiektywności wszelkich opinii. Co więcej, tłumaczyliśmy wszytkie te koncepcje dziewczynie James'a. W końcu zgłodnieliśmy i poszliśmy coś zjeść - oni zrobili sobie Noodles z przyprawami, grzybami i sosami (wyglądało o niebo lepiej niż zwykła chińska zupka), ja zaś, realizując plan redukcji zapasów, ugotowałem resztę mrożonej marchewki.
To był naprawdę niezwykły wieczór.
Dzisiejszy dzień, jak jeden w niewielu z moim życiu, zdawał się trwać 48 godzin.
Przedpołudnie:
Między 7:50 a 8:30 budziłem się. Wziąłem w tym czasie prysznic, ubrałem się i zjadłem śniadanie. Później przyszedł czas analizę spółki giełdowej. Wprawdzie musiałem tylko zbadać kilka wskaźników i spisać informacje i wnioski, ale Investopedia i trendy giełdowe wciągnęły mnie...skończyłem, kiedy wybiło południe.
Poszedłem jeszcze do Jamesa, żeby dać mu poranną porcję Gripex'u. Narzekał wczoraj, że się źle czuje i ma grypę. Istotnie nie czuł się najlepiej, bo otworzyła jego na wpół ubrana dziewczyna, on zaś leżał w łóżku, masując bolącą głowę. Był nagi. Ale przykryty kołdrą. Kiedy zobaczył mnie z termosem w jednej i saszetką leku w drugiej ręcę, jęknął tylko: "Ohhh, mate...thanks...". Rozrobiłem szybko medykament, zostawiłem na wszelki wypadek kilka tabletek Panadolu i z zyczeniami szybkiego powrotu do zdrowia wyszedłem. Nie był to chyba dobry moment na wizytę kontrolną...ale kto normalny leży w łóźku niedobudzony w samo południe?
Popołudnie:
O pierwszej, jak zawsze, rozpoczął się kurs Religions & Conflicts. Tym razem mówiliśmy o religiach z socjologicznego punktu widzenia Emile'a Durkheim'a oraz ideologii narodu wybranego, jaki nadaje sobie Ameryka. Ojciec Vlad łapał się znów za głowę, że nie znamy "podstawowych "osobistości, pojęć i wydarzeń z zakresu ogólnie pojętej "kultury".
Henry, kolega z ławki, powiedział, że popołudniu jest jakiś wykład o filozofii. Nic więcej nie wiedział. Ale też nic więcej nie było mi potrzebne. Plan dnia szybko uległ niezbędnym zmianom.
Poszedłem do Computer Centre, żeby wydrukować klka stron. Sądziłem, że uda mi się to załawić Drogą Lisa, bo moje konto było nieaktywne i puste, a mimo to drukarka robiła co trzeba. Dopiero potem zauważyłem maila z wiadomością o ujemnym stanie konta...
Między 15:30 a 17:00 chciałem oddać krew w Student Union (akcja podobna jakktóregos dnia w Marynce). Okazało się, że potrwa to około półtorej godziny. Co więcej, nie jest najlepszym pomysłem oddawania pół litra krwi i, nie jedząc nic od śniadania, iść na wieczorny trening karate...tak mi się przynajmniej wydawało. Niestety wszystkie jadłodajnie na terenie campusu były już zamknięte. Musiałem wybrać - krew lub karate. Ale przecież krew mogę oddać zawsze, w Polsce też...
Po kwardansie byłem u siebie i przyrządzałem obiad. Cały tydzień upływa pod hasłem redukcji zapasów, więc zjadłem dziś resztę świderków (makaronu). Przyrządziłem w ulubionym przeze mnie stylu - dużo i słodko. Tylko cynamonu troszkę brakowało...
Zapakowałem kimono i kilka kartek do notowania, po czym po raz trzeci przemierzyłem drogę między pokojem a uniwersytetem. Padało. Poza tym byłem spóźniony, więc biegłem (dzięki temu mniej zmokłem). Równo z dzwonem wieży zegarowej głównego budynku-Zamczyska znalazłem się w sali, po drodze spotykając Henry'ego. Średnia wieku więcej niż mój podwojony wiek. Nie zraziło mnie to jednak, a wręcz przeciwnie - może będzie okazja posłuchać kilku mądrych ludzi? Sam wykład okazał się...nietypowy, bo dotyczył pojęcia traumy, jego postrzgania i znaczenia we współczesnym świecie. Brnąc przez różnorakie narracje, podejścia do problemu w wieku XX oraz dekompozycję znaczeń, autor odczytywał kolejne storny swojego wykładu. Światło było jasne, jakby trochę za ostre...przymknąłem lekko powieki, oparłem głowę na ręcę i dłonią przysłoniłem oczy...cały czas słuchałem i myślałem o rozważanej kwestii...z boku...z dystansu...z oddali...
Kiedy się ocknąłem, byli już gdzie indziej. Zauważyłem, że Henry trochę się nudzi, bo telefone fotografuje swój zeszyt. Wykład jednak rychło się skończył i przyszedł czas na dyskusję panelową.Ku mojemu zdumieniu okazało się, że na sali jest więcej filozofów i ludzi, którzy nie tylko podążali za treścią wykładu, ale analizowali go i wyprzedzali. Zaczęły pojawiać się sugestie, inne punkty widzenia i pytania, które dla samego nawet autora stały się kłopotliwe. Pomiędzy tymi ludźmi, wspólnym wysiłkiem intelektualnym, zaczęła powstawać Myśl! Czuło się ją w powietrzu, słyszało w każdym wypowiadanym słowie. I nagle zapragnąłem- ja, pierwszak - by ta Myśl spłynęła też na mnie, by stała się choć w małej cząstce moim udziałem! Po 20 minutach wytężania umysłu, wgryzania się we właściwą treść Myśli i debaty oraz rozważania wypowiedzi, która w najlepszym wypadku nie zrobi ze mnie błazna, zgłosiłem się. Moderator akurat pytał, czy ktoś ma jeszcze jakieś pytania - byłem ostatni w kolejce. Miałem swoim komentarzem niejako zamknąć wykład! Poczułem silny przypływ adrenaliny, krew zaczęła szybciej krążyć, a umysł znalazł się w SSP (stresogenny stan przedprzemówieniowy). W końcu nadszedł czas. Po pierwszych słowach wszystkie Madre Głowy zwróciły sie w moją stronę i zaczęły słuchać! Mnie,pierwszaka! Skupiłem się, żeby jasno przekazać to, co miałem do powiedzienia. I oto - niespodzianka. Los przyja odważnym i przemienia klęski w zwycięstwa! Filozof powiedział, że początkowo myślał inaczej, ale w toku badań doszedł do wniosku, że właściwie musi zgodzić się z moją tezą! Zatem udało się! Obrzęd inicjacji w gronie Filozofów zakończył się sukcesem! Stałem się nieformalnie cżłonkiem tego towarzystwa!
Pora wieczorowa:
Okres wstępny:
Czas między 18:30 z 20:00 spędziłem w bibliotece. Chciałem dokończyć trylogię Bergmana obejrzeniem "Ciszy", ale okazało się, że od kilku lat kasety nikt nie pożyczał i gdzieś się zagubiła. Na szczęście jak zawsze miałem przy sobie książkę.
Wieczór właściwy:
Trening był kolejnym miłym zaskoczeniem. Sensei zaczął wymagać od nas pewnej wytrwałości w bolesnych ćwiczeniach. Poza tym nauczyliśmy się pierwszej formy (kata) i nowych pozycji (kątem oka podpatrzyłem też formę drugą). Troszkę irytują mnie współćwiczący, którzy właściwie boją się wykonać cios bądź go sparować. Ale na wszytko przyjdzie czas.
W drodze powrotnej spotkałem Pardis i Wan Yung. Ta druga skończyła właśnie pracę za barem. Droga powrotna zajęła nam godzinę. Minęła jednak szybko na rozmowie o fizyce teoretycznej (kierunek Pardis) oraz jej żalu, że mimo ciężkiej pracy jest prawie najgorsza w grupie.
Po powrocie, o 23:00, poszedłem jeszcze na "chwilę" do kuchni, żeby towarzyszyć w kolacji. Przy okazji zjawiła się Fanny i dziewczyna ze Szwajcarii. Kolejne pół godziny zesżło nam na porównywaniu naszych wykładów i omawianiu wykładowców. W końcu pożegnałem się i wróciłem.
"Ta pora":
Przechodziłem jednak obok pokoju Jamesa. Nie mogłem przecież tak po prostu obojętnie minąć jego drzwi...zapukałem i wszedłem. Okazało się, że mój sąsiad ma jednak kaszel, ale załatwił już sobie odpowiednie leki. Póki co odłożył papierosy na ten wieczór. W zamian korzystał z fajki wodnej, bo to przecież zdrowsze...Powiedział mi też coś, co jak nic w świecie podniosło mnie na duchu (--> ..:://Tekst tygodnia\\::..). Potem zapytali mnie o moją wizytę w Londynie i rozmowa rozpoczęła się na dobre. Byłem jednak zdumiony, kiedy zaczęliśmy rozmawiać o Platonie, względności gustów w sztuce, muzyce i modzie, subiektywności wszelkich opinii. Co więcej, tłumaczyliśmy wszytkie te koncepcje dziewczynie James'a. W końcu zgłodnieliśmy i poszliśmy coś zjeść - oni zrobili sobie Noodles z przyprawami, grzybami i sosami (wyglądało o niebo lepiej niż zwykła chińska zupka), ja zaś, realizując plan redukcji zapasów, ugotowałem resztę mrożonej marchewki.
To był naprawdę niezwykły wieczór.
Dzisiejszy dzień, jak jeden w niewielu z moim życiu, zdawał się trwać 48 godzin.

0 Comments:
Prześlij komentarz
<< Home