Dzień 21, 22 i 23 - piątek, sobota i niedziela
Wybrałem się do Walii.
W piątek dzień minął szybko, bo jedyny wykład był na temat, który objaśniało wcześniejsze ksero. Czyli znów się nudziłem. Ale to tak jak w Polsce - nieprzygotowani muszą rozumieć, więc przygotowani tracą czas. Nihil novi sub sole.
Właściwy weekend zaczął się popołudniu - kupiłem prowiant w zestawie 2:2:2 - dwa banany i dwa jabłka na dwa dni. Jedzenie ponoć jest zapewnione. Zapakowałem się sprawnie w dwudziestkę, bo zakwaterowanie jest w schronisku, więc rzekomo nic nie potrzeba. Wziąłem tylko apteczkę, jedzenie, latarkę i nóż, mały ręcznik, zapasowy T-shirt i skarpety oraz kurtkę. Na się cienki sweter i adidasy, bo właściwe Buty zostały w Polsce.
Zbiórka była o 18. Ale, jak to w grupie studentów, wyruszyliśmy z godzinnym opóźnieniem. Nic nie szkodzi. Wpakowałem się na tył minibusa i zacząłem rozmowę z dziewczyną siedzącą obok. Dobrze trafiłem, bo też uwielbia podróże, lubi chodzić i podzielała mój entuzjazm. Chwaliła się, że zrobiła coś a la Mała Złota Odznaka PTTK. Ja się nie chwaliłem. Bo i po co?
Podróż, jak mi wcześniej powiedziano, miała trwać 3 godziny. Trwała 7, bo przy samym końcu pobłądziliśmy i 6 razy przejeżdżaliśmy przez miasteczko, w którym mieliśmy się zatrzymać. Coż, organizacja nie była mocną stroną tej wycieczki. W końcu dojechaliśmy do Schroniska. Przez chwilę trudno było mi się otrząsnąć, bo wrażenie było zbyt przytłaczające. Owo "schronisko" miało 3 gwiazdki standardu, było wyłącznie dla nas, a na wyposażeniu były: bawialnia z książkami i grami planszowymi, eleganckie 4-osobowe pokoje z aneksem umywalnianym oraz Kuchnia. W Kuchni tej natomiast wszelkiej maści garnki, sitka, łyżki, chochle, na blacie 6 różnych tac do krojenia warzyw, mięsa, owoców, ryb itd., w szafkach pod ścianami talerze, talerzyki, filiżanki,kubki, kieliszki na wino, miski, miseczki, podstawki do jajek oraz pucharki do lodów...ale i tak wolę Chatkę Górzystów.
Zaraz po wejściu Phil, szef, rozłożył Zestaw Grający - IPod i głośniki. Powiedział, że zabiera je na każdy taki wyjazd. Zamiast ciszy mieliśmy przeto muzyczny mix wieczoru...ach, gdyby tylko była tu gitara...i Julek...
Kilka osób rozmawiało jeszcze o niczym - ja opuściłem towarzystwo o wpół do trzeciej. Ostatni skończyli przed piątą.
Rano obudziliśmy się przed dziewiątą. Liczyłem na choćby minimalne zorganizowanie, ale zawiodłem się. Razem z pseudo-meta-śniadaniem, czyli angielskim quasi-chlebem i płatkami, zebranie wszystkich zajęło 2 godziny. Cóż, gdybym ja to organizował...nieważne.
Wędrówka pierwszego dnia prowadziła przez pokryte wyschniętą paprocią wzgórza. Gruopa posuwała się powoli. Częste przerwy na złapanie oddechu pozwalały moim oczom cieszyć się krajobrazem. Po jakieś godzinie doszliśmy na szczyt wzniesienia (trudno to nazwać górą czy choćby wzgórzem). Nieopodal widniały jakieś mini-skałki. Zajęło nam 40 minut postoju, żeby zorganizować podział na 2 grupy: skałkową i nieskałkową. I chociaż właściwie nie były to skałki do wspinaczki (za płaskie), to widok z nich roztaczał się uroczy - dokładnie taki, jaki w mojej wyobraźni zawsze kojarzył się z Wielką Brytanią: horyzont skryty we mgle, pofalowany teren, zbocza porośnięte wrzosem lub paprocią albo zamienione w pastwiska, gdzie spokojnie pasą się owce, i małe kamienne domy w oddali.
Po godzinie przyjemnej wędrówki wzdłuż pastwiska i wrzosowisk dotarliśmy na małą polanę w kotlince, gdzie przyszedł czas na małe co nieco - przygotowane wcześniej kanapki z angielskiego chleba, startego sera, szynki i sałaty. I mimo, że wszystko to było z Tesco, na szlaku - jak każdy artykuł spożywczy - smakowało całkiem dobrze. Wędrówka powrotna prowadziła na przełaj przez zaminowane pola, między czujnymi łaciatymi strażnikami.
Pod wieczór przyszedł czas na obiad właściwy. Krojenie papryki, cebuli i pomidorów poszło szybko i sprawnie, podobnie i smażenie mielonego mięsa marki Tesco (miałem wtedy duszę na ramieniu i oboje z niepokojem spoglądaliśmy na papkę na patelni). Po ok. 40 minutach wszystko było gotowe - nawet makaron udało się ugotować al dente. Uczta się rozpoczęła. Właściwie smaczne było to z czterech powodów:
1. W miłym towarzystwie wszystko bardziej smakuje
2. Zmęczonemu wszystko bardziej smakuje
3. Własna produkcja bardziej smakuje
4. Masowa produkcja dla grupy sprawia, że zawsze są ci, którzy jedzą mniej - dzięki temu inni mogą zjeść więcej. Dziewczyny nie jadły wiele, a szkoda było, żeby się zmarnowało...po drugiej dokładce zostało akurat tyle, żeby wystarczyło dla spóźnionego wędrowca.
Wieczór i część nocy spędziliśmy w The Royal Pub (--> ..:://The Royal Pub\\::..)
Po powrocie część udała się na spoczynek, część do jadalni, żeby jeszcze porozmawiać. Ja natomiast udałem się na zwiad. Zorientowałem się, o której godzinie mam następnego dnia (właściwie tego samego) zjawić się w kościele i przy okazji przeszedłem się przez cichy, złowrogo oświetlony cmentarz z celtyckimi kamiennymi krzyżami. Po powrocie zastałem zamknięte drzwi, więc dopiero wspinanie się na parapety i stukanie do okien pozwoliło mi dostać się do pokoju i przespać kilka godzin.
Rano wstałem wcześnie. Już o 8 byłem w kościele. W duchu miałem nadzieję, że msza będzie po walijsku, który to brzmi równie pięknie jak śpiew słowika o poranku. Bóg wybrał rozwiązanie pośrednie - nabożeństwo odbyło się po angielsku, ale modlitewnik był dwujęzyczny.
Śniadanie i przedpołudnie odbyło się zgodnie ze schematem dnia poprzedniego - dezorganizacja i bezplan zwiększyły sie o tyle, że musieliśmy jeszcze pomyć i posprzątać po sobie. Po 11 wyruszyliśmy na szlak wzdłuż skalistego wybrzeża, którego wysokie klify oddzielały sielską krainę zielonych pastwisk od ponurych głębii oceanu. Nasza czerwona flaga zawsze była na przedzie, niosąc ze sobą i w sobie wiatr zmian. Kiedy po kilku godzinach dotarliśmy do obniżenia i małej kamienistej plaży, zacząłem załować, że nie wziąłem kąpielówek - wszak nie codziennie zdarza się możliwość kąpieli w wodach Albionu...zamiast tego zaczęliśmy puszczać kaczki na wodzie (kto wie, jak to jest po angielsku?) i posilać się.
Potem ja i Alan niejako zbuntowaliśmy się i zaczęliśmy iść własnym tempem. O dziwo sprawiło to, że cała grupa wskutek jakiś tajemniczych międzyludzkich oddziaływań, także przyspieszyła. Na koniec pozostało nam okrążyć duży i malowniczy półwysep, cały pokryty brązowym puchem wyschniętych paproci - pięknie tu musi być na wiosnę.
Po południu dotarliśmy wreszcie do celu - obeszliśmy cały "wyspopodobny kawałek lądu". Czasu było jeszcze dużo, więc nie mogłem oprzeć się pokusie, szybko zdjąłem buty i skarpety, podciągnąłem spodnie i zanurzyłem rozgrzane stopy i kojących odmętach celtyckich wód.
Podróż powrotna upłyneła nam mił ona słuchaniu piosenek Monthy Pythona i rozmowie.
Wróciłem do Anglii.
W piątek dzień minął szybko, bo jedyny wykład był na temat, który objaśniało wcześniejsze ksero. Czyli znów się nudziłem. Ale to tak jak w Polsce - nieprzygotowani muszą rozumieć, więc przygotowani tracą czas. Nihil novi sub sole.
Właściwy weekend zaczął się popołudniu - kupiłem prowiant w zestawie 2:2:2 - dwa banany i dwa jabłka na dwa dni. Jedzenie ponoć jest zapewnione. Zapakowałem się sprawnie w dwudziestkę, bo zakwaterowanie jest w schronisku, więc rzekomo nic nie potrzeba. Wziąłem tylko apteczkę, jedzenie, latarkę i nóż, mały ręcznik, zapasowy T-shirt i skarpety oraz kurtkę. Na się cienki sweter i adidasy, bo właściwe Buty zostały w Polsce.
Zbiórka była o 18. Ale, jak to w grupie studentów, wyruszyliśmy z godzinnym opóźnieniem. Nic nie szkodzi. Wpakowałem się na tył minibusa i zacząłem rozmowę z dziewczyną siedzącą obok. Dobrze trafiłem, bo też uwielbia podróże, lubi chodzić i podzielała mój entuzjazm. Chwaliła się, że zrobiła coś a la Mała Złota Odznaka PTTK. Ja się nie chwaliłem. Bo i po co?
Podróż, jak mi wcześniej powiedziano, miała trwać 3 godziny. Trwała 7, bo przy samym końcu pobłądziliśmy i 6 razy przejeżdżaliśmy przez miasteczko, w którym mieliśmy się zatrzymać. Coż, organizacja nie była mocną stroną tej wycieczki. W końcu dojechaliśmy do Schroniska. Przez chwilę trudno było mi się otrząsnąć, bo wrażenie było zbyt przytłaczające. Owo "schronisko" miało 3 gwiazdki standardu, było wyłącznie dla nas, a na wyposażeniu były: bawialnia z książkami i grami planszowymi, eleganckie 4-osobowe pokoje z aneksem umywalnianym oraz Kuchnia. W Kuchni tej natomiast wszelkiej maści garnki, sitka, łyżki, chochle, na blacie 6 różnych tac do krojenia warzyw, mięsa, owoców, ryb itd., w szafkach pod ścianami talerze, talerzyki, filiżanki,kubki, kieliszki na wino, miski, miseczki, podstawki do jajek oraz pucharki do lodów...ale i tak wolę Chatkę Górzystów.
Zaraz po wejściu Phil, szef, rozłożył Zestaw Grający - IPod i głośniki. Powiedział, że zabiera je na każdy taki wyjazd. Zamiast ciszy mieliśmy przeto muzyczny mix wieczoru...ach, gdyby tylko była tu gitara...i Julek...
Kilka osób rozmawiało jeszcze o niczym - ja opuściłem towarzystwo o wpół do trzeciej. Ostatni skończyli przed piątą.
Rano obudziliśmy się przed dziewiątą. Liczyłem na choćby minimalne zorganizowanie, ale zawiodłem się. Razem z pseudo-meta-śniadaniem, czyli angielskim quasi-chlebem i płatkami, zebranie wszystkich zajęło 2 godziny. Cóż, gdybym ja to organizował...nieważne.
Wędrówka pierwszego dnia prowadziła przez pokryte wyschniętą paprocią wzgórza. Gruopa posuwała się powoli. Częste przerwy na złapanie oddechu pozwalały moim oczom cieszyć się krajobrazem. Po jakieś godzinie doszliśmy na szczyt wzniesienia (trudno to nazwać górą czy choćby wzgórzem). Nieopodal widniały jakieś mini-skałki. Zajęło nam 40 minut postoju, żeby zorganizować podział na 2 grupy: skałkową i nieskałkową. I chociaż właściwie nie były to skałki do wspinaczki (za płaskie), to widok z nich roztaczał się uroczy - dokładnie taki, jaki w mojej wyobraźni zawsze kojarzył się z Wielką Brytanią: horyzont skryty we mgle, pofalowany teren, zbocza porośnięte wrzosem lub paprocią albo zamienione w pastwiska, gdzie spokojnie pasą się owce, i małe kamienne domy w oddali.
Po godzinie przyjemnej wędrówki wzdłuż pastwiska i wrzosowisk dotarliśmy na małą polanę w kotlince, gdzie przyszedł czas na małe co nieco - przygotowane wcześniej kanapki z angielskiego chleba, startego sera, szynki i sałaty. I mimo, że wszystko to było z Tesco, na szlaku - jak każdy artykuł spożywczy - smakowało całkiem dobrze. Wędrówka powrotna prowadziła na przełaj przez zaminowane pola, między czujnymi łaciatymi strażnikami.
Pod wieczór przyszedł czas na obiad właściwy. Krojenie papryki, cebuli i pomidorów poszło szybko i sprawnie, podobnie i smażenie mielonego mięsa marki Tesco (miałem wtedy duszę na ramieniu i oboje z niepokojem spoglądaliśmy na papkę na patelni). Po ok. 40 minutach wszystko było gotowe - nawet makaron udało się ugotować al dente. Uczta się rozpoczęła. Właściwie smaczne było to z czterech powodów:
1. W miłym towarzystwie wszystko bardziej smakuje
2. Zmęczonemu wszystko bardziej smakuje
3. Własna produkcja bardziej smakuje
4. Masowa produkcja dla grupy sprawia, że zawsze są ci, którzy jedzą mniej - dzięki temu inni mogą zjeść więcej. Dziewczyny nie jadły wiele, a szkoda było, żeby się zmarnowało...po drugiej dokładce zostało akurat tyle, żeby wystarczyło dla spóźnionego wędrowca.
Wieczór i część nocy spędziliśmy w The Royal Pub (--> ..:://The Royal Pub\\::..)
Po powrocie część udała się na spoczynek, część do jadalni, żeby jeszcze porozmawiać. Ja natomiast udałem się na zwiad. Zorientowałem się, o której godzinie mam następnego dnia (właściwie tego samego) zjawić się w kościele i przy okazji przeszedłem się przez cichy, złowrogo oświetlony cmentarz z celtyckimi kamiennymi krzyżami. Po powrocie zastałem zamknięte drzwi, więc dopiero wspinanie się na parapety i stukanie do okien pozwoliło mi dostać się do pokoju i przespać kilka godzin.
Rano wstałem wcześnie. Już o 8 byłem w kościele. W duchu miałem nadzieję, że msza będzie po walijsku, który to brzmi równie pięknie jak śpiew słowika o poranku. Bóg wybrał rozwiązanie pośrednie - nabożeństwo odbyło się po angielsku, ale modlitewnik był dwujęzyczny.
Śniadanie i przedpołudnie odbyło się zgodnie ze schematem dnia poprzedniego - dezorganizacja i bezplan zwiększyły sie o tyle, że musieliśmy jeszcze pomyć i posprzątać po sobie. Po 11 wyruszyliśmy na szlak wzdłuż skalistego wybrzeża, którego wysokie klify oddzielały sielską krainę zielonych pastwisk od ponurych głębii oceanu. Nasza czerwona flaga zawsze była na przedzie, niosąc ze sobą i w sobie wiatr zmian. Kiedy po kilku godzinach dotarliśmy do obniżenia i małej kamienistej plaży, zacząłem załować, że nie wziąłem kąpielówek - wszak nie codziennie zdarza się możliwość kąpieli w wodach Albionu...zamiast tego zaczęliśmy puszczać kaczki na wodzie (kto wie, jak to jest po angielsku?) i posilać się.
Potem ja i Alan niejako zbuntowaliśmy się i zaczęliśmy iść własnym tempem. O dziwo sprawiło to, że cała grupa wskutek jakiś tajemniczych międzyludzkich oddziaływań, także przyspieszyła. Na koniec pozostało nam okrążyć duży i malowniczy półwysep, cały pokryty brązowym puchem wyschniętych paproci - pięknie tu musi być na wiosnę.
Po południu dotarliśmy wreszcie do celu - obeszliśmy cały "wyspopodobny kawałek lądu". Czasu było jeszcze dużo, więc nie mogłem oprzeć się pokusie, szybko zdjąłem buty i skarpety, podciągnąłem spodnie i zanurzyłem rozgrzane stopy i kojących odmętach celtyckich wód.
Podróż powrotna upłyneła nam mił ona słuchaniu piosenek Monthy Pythona i rozmowie.
Wróciłem do Anglii.

6 Comments:
ehhh Ty to poznasz świata... pozazdroszcze tych widoków... i to się nazywa bycie studentem w Angli- wyjazdy, kluby itd :P:P:P... ale mam nadzieje że przez to wszystko co Cię tak fascynuje nie zapomnisz o rodzimej okolicy
Nie narzekaj Michał - u nas też nie jest źle. Wyjazdy też są - kluby też - tylko trzeba się trochę zainteresować i zakręcić. Jednego czego na AE na pewno nie ma to ładnych dziewczyn ;). Bo konieczności nauki niestety jak się okazuje też się trochę znajdzie.
Już niedługo (w nowym roku) przyjdą wyniki mojej rocznej działalności na giełdzie. Wtedy się okaże czy razem wyszedłem na + na - czy może też na alpinus :D.
Walia... hmm... sounds interesting.
Monty Python!, to oni wybrukowali droge którą dziś zana jest na świecie jako Szlak absurdu.
Monty Python! to oni wybrukowali tą drogę, która dziś znana jest na Świecie jako Szlak absurdu.
Tak. Właściwie to powiem szczerze, że Tatry są dużo piekniejsze: bardziej urozmaicone, potężniejsze, majestatyczne...ale to jest nowe i inne i z tego tez powodu tam pojechałem:) Ty to już Michał naprawdę nie masz co narzekać - kilka godzin i jesteś w Zakopcu albo w Sudetach...:)
Nie ma na AE ładnych dziewczyn? No, to mnie pocieszyłeś, Mikołaju. Tu też nie;] napisz co z tą giełdą: ja teraz chodzę na investment course i jak się uda, to się wkręcę do klubu graczy giadowych...póki co wydaje mi sie to strasznie trudne i czasochołonne (zwłaszcza analiza fundamnetalna, którą mam zrobic na za tydzień...)
Gdybyście poważnie myśleli o tym, żeby np. pozwiedzać trochę GB albo chociaż Londyn przez parę dni, to mogę spokojnie zapwenić zakwaterowanie dla 2 czy 3 osób (pod warunkiem że weźmiecie karimaty:)) ) i, jeżeli nie będe miał naglących termionów, to także towarzystwo:)
że niby na AE ladnych dziewczyn nie ma ??!
rozumiem ze chcecie wszyscy w zęby oberwac :p
to faceci sa tam nieciekawi ;)
a co do wyjazdow a szczegolnie klubow to nie ma co narzekac narazie ;)
Prześlij komentarz
<< Home