Dzień 32 - wtorek
Wykłady i ćwiczenia. To wiadomo. Ale były też ciekawe zdarzenia.
Obiad zjedliśmy w czteronarodowym towarzystwie, podobnie jak wczoraj. Dzisiejsza dysputa poświęcona była wpływowi globalizacji i amerykanizacji na Europę i nasze obyczaje, kulturę i zachowania. Sasza, Asif i ja staraliśmy się wytłumaczyć włoskiej koleżance, że globalizacja ma wpływ na powyższe aspekty zycia. Ona zaś niby przyznawała nam rację, ale zaraz wracała do swojej tezy, że "Italians will always remain Italians". Troszkę się rozmijaliśmy, ale i tak rozmowa przyniosła wiele pożytku i przyjemności.
Między wykładami zaszyliśmy się z Saszą w kącie sali komputerowej, włączyliśmy nasze maszyny i zaczęliśmy realizować niecny plan. Czerwony kabel przesyłał dane, a na obu ekranach pojawił się najpierw ekran Menu, a potem Multiplayer. Starcraft battle został rozpoczęty...Podczas drugiego okienka okazało się, że Sasza załatwił też CSa. Wprawdzie na touchpadzie trudno trafiać, ale mimo to zabawa była przednia. Już nie będę się nudził między zajęciami...
Pora wieczorowa:
Okres wstępny:
Wieczorem zrobiłem sobie naleśniki. Były już niemal tak dobre, jak francuskie Crepe's od Fanni. Postanowiłem zabawić się w smakosza i dokonać konfiguracji naleśników przez zawartość mojej lodówki. Tak też się stało. Pierwszy był z pasztetem (aromat cukru wanilliowego nie bardzo pasował, ale smak był bardzo oryginalny). Drugi z masłem i cukrem. Trzeci z dżemem malinowym Tesco. Czwarty z jogurtem agrestowym. Reszta zużyta została na zawinięcie 300g dżemu - bardzo chciałem go skończyć. Czułem się prawdziwie słodko...
Wieczór właściwy:
Usłyszałem pukanie do drzwi. Po otwarciu najpierw zobaczyłem tacke do pieczenia z apetycznym daniem nań, później dopiero twarz Wan Yung. Tym razem było to "Shepherd's Pie". czyli coś na kształ zapiekanki z ziemniakami, warzywami i szynką. Żeby wyjaśnić wątpliwości - Wan yung powiedziała, że przychodzi do mnie dlatego, że zawsze zjem co nieco i zwykle powiem, że dobre, zaś inni nie chcą jeść. Jeśli nasuwa się na myśl słowo "dustbin", to jesteście na właściwej drodze. Zaleta jest oczywista - cała sprawa jest o niebo lepsza niż pizza na telefon, bo nie trzeba ani płacić, ani nawet dzwonić. Z drugiej strony - czuję się bardziej zobligowany do tego, żeby też coś przyrządzać, nawet kiedy nie mam czasu. Ale kiedy przywiozę tutaj Składniki z Polski...
"Ta pora"*:
Podczas robienia naleśników zauważyłem, że dziewczyna Jamesa zostawiła w kuchni telefon. Zabrałem go, a w drzwiach sąsiada zostawiłem informację. Ok. 22 usłyszałem pukanie - przyszli odebrać telefon. Okazało się też, że James dostał Fresher's Flu, którą poprawił jeszcze dwoma piwami przed godziną. Nie wiem dlaczego był mi aż tak wdzięczny za Gripex, Panadol i dobre słowo...może to tu niespotykane? Dość jednak, że kiedy wróciliśmy z kuchni (Gripex jest w saszetkach i trzeba go zalać wrzątkiem), jego dziewczyna i siostra zamknęły mu drzwi przed nosem. Chciały coś omówić na osobności...
Zapraszałem go do mojego pokoju, ale wolał zostać na korytarzu. Najpierw rozmawialiśmy w kilka osób, potem James w geście protestu położył się wzdłuż ściany. Z kubkiem w jednej ręcę i burzą rozrzuconych włosów przywodził na myśl typowy widok polskich poczekalni dworcowych. Żal mi się go zrobiło, więc przyniosłem mu poduszkę i koc. M&Ms podrzucił jeszcze kilka pustych puszek po piwie i pustą butelkę wina. Ja dopełniłem obraz karteczką: "I was fucked out of my room. Please give me a penny". Scena była kompletna. Dopiero taki widok zmiękczył twarde dziewczęce serca i James został wpuszczony do swojego pokoju.
_____________________________________
*nazwa oryginalnie przypisywana niejakiemu Stanisławowi K.; podczas pierwszego z legendarnych Nocnych Spotkań, kiedy wszyscy już zasypiali nad instrumentami, miał powiedzieć: "To już ta pora", po czym wymownie odłożyć zegarek tarczą do dołu; przyp. autora
Obiad zjedliśmy w czteronarodowym towarzystwie, podobnie jak wczoraj. Dzisiejsza dysputa poświęcona była wpływowi globalizacji i amerykanizacji na Europę i nasze obyczaje, kulturę i zachowania. Sasza, Asif i ja staraliśmy się wytłumaczyć włoskiej koleżance, że globalizacja ma wpływ na powyższe aspekty zycia. Ona zaś niby przyznawała nam rację, ale zaraz wracała do swojej tezy, że "Italians will always remain Italians". Troszkę się rozmijaliśmy, ale i tak rozmowa przyniosła wiele pożytku i przyjemności.
Między wykładami zaszyliśmy się z Saszą w kącie sali komputerowej, włączyliśmy nasze maszyny i zaczęliśmy realizować niecny plan. Czerwony kabel przesyłał dane, a na obu ekranach pojawił się najpierw ekran Menu, a potem Multiplayer. Starcraft battle został rozpoczęty...Podczas drugiego okienka okazało się, że Sasza załatwił też CSa. Wprawdzie na touchpadzie trudno trafiać, ale mimo to zabawa była przednia. Już nie będę się nudził między zajęciami...
Pora wieczorowa:
Okres wstępny:
Wieczorem zrobiłem sobie naleśniki. Były już niemal tak dobre, jak francuskie Crepe's od Fanni. Postanowiłem zabawić się w smakosza i dokonać konfiguracji naleśników przez zawartość mojej lodówki. Tak też się stało. Pierwszy był z pasztetem (aromat cukru wanilliowego nie bardzo pasował, ale smak był bardzo oryginalny). Drugi z masłem i cukrem. Trzeci z dżemem malinowym Tesco. Czwarty z jogurtem agrestowym. Reszta zużyta została na zawinięcie 300g dżemu - bardzo chciałem go skończyć. Czułem się prawdziwie słodko...
Wieczór właściwy:
Usłyszałem pukanie do drzwi. Po otwarciu najpierw zobaczyłem tacke do pieczenia z apetycznym daniem nań, później dopiero twarz Wan Yung. Tym razem było to "Shepherd's Pie". czyli coś na kształ zapiekanki z ziemniakami, warzywami i szynką. Żeby wyjaśnić wątpliwości - Wan yung powiedziała, że przychodzi do mnie dlatego, że zawsze zjem co nieco i zwykle powiem, że dobre, zaś inni nie chcą jeść. Jeśli nasuwa się na myśl słowo "dustbin", to jesteście na właściwej drodze. Zaleta jest oczywista - cała sprawa jest o niebo lepsza niż pizza na telefon, bo nie trzeba ani płacić, ani nawet dzwonić. Z drugiej strony - czuję się bardziej zobligowany do tego, żeby też coś przyrządzać, nawet kiedy nie mam czasu. Ale kiedy przywiozę tutaj Składniki z Polski...
"Ta pora"*:
Podczas robienia naleśników zauważyłem, że dziewczyna Jamesa zostawiła w kuchni telefon. Zabrałem go, a w drzwiach sąsiada zostawiłem informację. Ok. 22 usłyszałem pukanie - przyszli odebrać telefon. Okazało się też, że James dostał Fresher's Flu, którą poprawił jeszcze dwoma piwami przed godziną. Nie wiem dlaczego był mi aż tak wdzięczny za Gripex, Panadol i dobre słowo...może to tu niespotykane? Dość jednak, że kiedy wróciliśmy z kuchni (Gripex jest w saszetkach i trzeba go zalać wrzątkiem), jego dziewczyna i siostra zamknęły mu drzwi przed nosem. Chciały coś omówić na osobności...
Zapraszałem go do mojego pokoju, ale wolał zostać na korytarzu. Najpierw rozmawialiśmy w kilka osób, potem James w geście protestu położył się wzdłuż ściany. Z kubkiem w jednej ręcę i burzą rozrzuconych włosów przywodził na myśl typowy widok polskich poczekalni dworcowych. Żal mi się go zrobiło, więc przyniosłem mu poduszkę i koc. M&Ms podrzucił jeszcze kilka pustych puszek po piwie i pustą butelkę wina. Ja dopełniłem obraz karteczką: "I was fucked out of my room. Please give me a penny". Scena była kompletna. Dopiero taki widok zmiękczył twarde dziewczęce serca i James został wpuszczony do swojego pokoju.
_____________________________________
*nazwa oryginalnie przypisywana niejakiemu Stanisławowi K.; podczas pierwszego z legendarnych Nocnych Spotkań, kiedy wszyscy już zasypiali nad instrumentami, miał powiedzieć: "To już ta pora", po czym wymownie odłożyć zegarek tarczą do dołu; przyp. autora

1 Comments:
Hmmm normalnie nie poznaje kolegi ;P:P:P... ale fajnie masz naprawdę- będziesz wiedział jak naprawdę jest na studiach... wsumie ja mam takie luzy że tylko w poniedziałek w tym tygodniu wszystkie zajęcia miałem... no comment :D
Prześlij komentarz
<< Home