Dzień 29 - sobota
Morderczy dzwonek jak codzień wyrwał mnie ze snu. Szybko pobiegłem pod prysznic, potem zjadłem jogurt i owsiankę (kilogramowa paczka już na wykończeniu) i poszedłem na stację. Pociąg akurat odjechał. Następny za pół godziny. Dobrze, że w swojej przenikliwości wziąłem książkę...
Po 2 przesiadkach, spóźniony przeszło kwadrans, znalazłem się przed muzeum. Niestety w najbliższej okolicy były 3 takie obiekty - Lindę odnalazłem oczywiście dopiero przed tym trzecim.
Ledwo ją poznałem. W końcu nie widzieliśmy się 3 lata, a to i tak cud, że tygodniowa znajomość przetrwała taki okres czasu.
Linda to koleżanka ze Szwecji. Poznałem ją podczas pierwszego pobytu w Taize, w grupie dyskusyjnej. Sam nie wiem jak te kilka maili i kartek pocztowych na linii Poznań-Uppsala wystarczyło, żeby podtrzymać kontakt. Tylko się cieszyć.
Na początku zwiedziliśmy 5 piętro Science Museum - dotyczyło historii medycyny. Choć nazwa brzmi nieciekawie, wystawa okazała się bardziej interesująco niż sądziłem. Poźniej jeszcze wystawa instrumentów technicznych z XVI-XVIII wieku. Ale opowiem o tym innym razem.
Niespodziewanie zrobiła się 12:30. Dwugodzinny spacer edukacyjny zużył wiele naszej energii, więc postanowiliśmy pojechać do SOHO na orientalne jedzenie. Ślepy los prowadził nas po małych uliczkach wypełnionych małymi barami japońskimi, tajwańskimi, chińskimi, koreańskimi, indyjskimi itd. W końcu wybór padł na małe, ale przytulne miejsce z chińskimi literkami. Przyczyna - napis na oknie: "Pay 4.90 pound and take as much as you want". Czegóż więcej może chcieć student? Najbardziej jednak zaskoczyło mnie pytanie kelnera. Kiedy przeniosłem już w siebie górę makaronu, sajgonek, kaczki w panierce i sałaty, usłyszałem: "Do you want seconds?"
Potem przyszedł czas na zwiedzanie właściwe. Jak się pewnie domyślacie, składało się ono ze:
- zdjęcia z Big Benem
- zdjęcia przed pałacem Buckingham
- zdjęcia przed Westminster Abbey (przyszliśmy 15 minut po zamknięciu wrót katedry)
- wizyty na Trafalgar Square
- przechadzki po St. James Park (tam Linda dała mi "Dala Horse", odpowiednik polskiego symbolu bociana)

- jeżdżenia metrem tam i siam
- wizyty na Leicester Square
- wizyty na Piccadily Circus
Prawdziwy rodzynek zostawiłem jednak na wieczór. Sąsiad James polecił mi Camden Town i pub "The World's End" jako "Really cool place". I rzeczywiście tak było. Owo Camden Town to coś na kształt poznańskiej Wildy. Królowała tam subkultura - głównie heavy-metalowo-punkowa. Robiło to naprawdę duże wrażenie. Sam pub też był ciekawy - wnętrze wyglądało jak ulica, a ściany zaaranżowane jako sklepy, mieszkania i puby. Znów podobieństwo - zupełnie jak w Starym Browarze...

Na zakończenie zjedliśmy tradycyjną londyńską potrawę - Fish&Chips.
Tak zakończyło sie nasze zwiedzanie Londynu. Na razie...
________________________________
Porady:
Traveller's Card zapewnia darmowy transport wszystkim co się rusza na terenie całego Londynu. Kosztuje 5 funtów.
Po 2 przesiadkach, spóźniony przeszło kwadrans, znalazłem się przed muzeum. Niestety w najbliższej okolicy były 3 takie obiekty - Lindę odnalazłem oczywiście dopiero przed tym trzecim.
Ledwo ją poznałem. W końcu nie widzieliśmy się 3 lata, a to i tak cud, że tygodniowa znajomość przetrwała taki okres czasu.
Linda to koleżanka ze Szwecji. Poznałem ją podczas pierwszego pobytu w Taize, w grupie dyskusyjnej. Sam nie wiem jak te kilka maili i kartek pocztowych na linii Poznań-Uppsala wystarczyło, żeby podtrzymać kontakt. Tylko się cieszyć.
Na początku zwiedziliśmy 5 piętro Science Museum - dotyczyło historii medycyny. Choć nazwa brzmi nieciekawie, wystawa okazała się bardziej interesująco niż sądziłem. Poźniej jeszcze wystawa instrumentów technicznych z XVI-XVIII wieku. Ale opowiem o tym innym razem.
Niespodziewanie zrobiła się 12:30. Dwugodzinny spacer edukacyjny zużył wiele naszej energii, więc postanowiliśmy pojechać do SOHO na orientalne jedzenie. Ślepy los prowadził nas po małych uliczkach wypełnionych małymi barami japońskimi, tajwańskimi, chińskimi, koreańskimi, indyjskimi itd. W końcu wybór padł na małe, ale przytulne miejsce z chińskimi literkami. Przyczyna - napis na oknie: "Pay 4.90 pound and take as much as you want". Czegóż więcej może chcieć student? Najbardziej jednak zaskoczyło mnie pytanie kelnera. Kiedy przeniosłem już w siebie górę makaronu, sajgonek, kaczki w panierce i sałaty, usłyszałem: "Do you want seconds?"
Potem przyszedł czas na zwiedzanie właściwe. Jak się pewnie domyślacie, składało się ono ze:
- zdjęcia z Big Benem
- zdjęcia przed pałacem Buckingham
- zdjęcia przed Westminster Abbey (przyszliśmy 15 minut po zamknięciu wrót katedry)
- wizyty na Trafalgar Square
- przechadzki po St. James Park (tam Linda dała mi "Dala Horse", odpowiednik polskiego symbolu bociana)

- jeżdżenia metrem tam i siam
- wizyty na Leicester Square
- wizyty na Piccadily Circus
Prawdziwy rodzynek zostawiłem jednak na wieczór. Sąsiad James polecił mi Camden Town i pub "The World's End" jako "Really cool place". I rzeczywiście tak było. Owo Camden Town to coś na kształt poznańskiej Wildy. Królowała tam subkultura - głównie heavy-metalowo-punkowa. Robiło to naprawdę duże wrażenie. Sam pub też był ciekawy - wnętrze wyglądało jak ulica, a ściany zaaranżowane jako sklepy, mieszkania i puby. Znów podobieństwo - zupełnie jak w Starym Browarze...

Na zakończenie zjedliśmy tradycyjną londyńską potrawę - Fish&Chips.
Tak zakończyło sie nasze zwiedzanie Londynu. Na razie...
________________________________
Porady:
Traveller's Card zapewnia darmowy transport wszystkim co się rusza na terenie całego Londynu. Kosztuje 5 funtów.

2 Comments:
taki to ma dobrze, no nic widze że nocy nie starczy by o wszystim pogadać ;)
Nocy! Oczywiście że nie. A teraz wyobraźcie sobie, że nie prowadzę tego bloga i ktoś nieopatrznie w Polsce zapytałby - opowiedz no, Wojtek, jak ci minął ten miesiąc? Chcielibyście tydzień słuchać? bo ja nie;]
Prześlij komentarz
<< Home