11 października - wtorek
Dziś były pierwsze wykłady z matematyki. Zamiast całek i macierzy było to, co już widzieliście poniżej ( --> ..:://Regres\\::..). Nie będę się zatem nad tym dłużej rozwodził.
Zaraz potem, żeby odreagować, poszedłem sobie z ciekawości na wykład z rozumienia mitów greckich. Niestety trafiłem na lekcję organizacyjną...
Popołudniu były jeszcze zajęcia z Międzynarodowej Polityki Gospodarczej. To, co tam omawialiśmy, przypominało bardziej wykresy z geofrafii społeczno-gospodarczej z II klasy, ale to zapewne tylko początek. Koniec końców nie mamy nawet żadnego podręcznika, ale cotygodniowe artykuły do przeczytania to 290 stron do grudnia. Będzie co robić.
W południe zaszalałem i poszedłem na obiad do stołówki - 5 funtów za kawałek mięsa i fasolkę oraz trochę kremu z kukurydzy. Jak pomyślę, jaka jest utracona alternatywa w Polsce, to aż mi ślinka cieknie...ale przynajmnie pogadałem i zaznajomiłem sie troszkę bardziej z Joe'em i Saszą. To też ma swoją wartość.
Cały międzyczas (czyli popołudnie) spędziłem w bibliotece. Powoli staje się ona moim drugim domem (ciekawy jestem, czy wy też tego doświadczacie...). Gdyby nie zamykali jej wieczorem, to pewnie bym tam niejedną noc przesiedział.
Wieczorem wróciłem i dowiedziałem się, że moje imię rządzi ( --> ..:://Rozmowa wieczorna\\::..). W ogóle co drugi dzień spotykam kogoś (zwykle grupę dziewczyn), które na moje imię reagują: "Oh, so you're Voyteck!". W sumie miłe to jest, tylko mi potem głupio cały czas dopytywać się o ich imię. Wszystko to pewnie za sprawą niewinnej karteczki z imieniem i fonetyczną transkrypcją, która przez kilka dni wisiała na moich drzwiach...
Zaraz potem, żeby odreagować, poszedłem sobie z ciekawości na wykład z rozumienia mitów greckich. Niestety trafiłem na lekcję organizacyjną...
Popołudniu były jeszcze zajęcia z Międzynarodowej Polityki Gospodarczej. To, co tam omawialiśmy, przypominało bardziej wykresy z geofrafii społeczno-gospodarczej z II klasy, ale to zapewne tylko początek. Koniec końców nie mamy nawet żadnego podręcznika, ale cotygodniowe artykuły do przeczytania to 290 stron do grudnia. Będzie co robić.
W południe zaszalałem i poszedłem na obiad do stołówki - 5 funtów za kawałek mięsa i fasolkę oraz trochę kremu z kukurydzy. Jak pomyślę, jaka jest utracona alternatywa w Polsce, to aż mi ślinka cieknie...ale przynajmnie pogadałem i zaznajomiłem sie troszkę bardziej z Joe'em i Saszą. To też ma swoją wartość.
Cały międzyczas (czyli popołudnie) spędziłem w bibliotece. Powoli staje się ona moim drugim domem (ciekawy jestem, czy wy też tego doświadczacie...). Gdyby nie zamykali jej wieczorem, to pewnie bym tam niejedną noc przesiedział.
Wieczorem wróciłem i dowiedziałem się, że moje imię rządzi ( --> ..:://Rozmowa wieczorna\\::..). W ogóle co drugi dzień spotykam kogoś (zwykle grupę dziewczyn), które na moje imię reagują: "Oh, so you're Voyteck!". W sumie miłe to jest, tylko mi potem głupio cały czas dopytywać się o ich imię. Wszystko to pewnie za sprawą niewinnej karteczki z imieniem i fonetyczną transkrypcją, która przez kilka dni wisiała na moich drzwiach...

1 Comments:
hehe nie dziwie się że nie chciałeś tego komentować... co oni robią w liceum?? a tak w ogole to ktos miał z tym problem?;>
Prześlij komentarz
<< Home