The Conquest of England

Relacje z frontu na Wyspach.

Nazwa:
Lokalizacja: Poland

piątek, października 13, 2006

Dzień 21 - piątek

Siedzę przy biurku i opisuję kolejny dzień. Za oknem widzę, tak jak tydzień temu, ludzi z walizkami na kółkach, śpieszących na pociąg do domu. Minął więc kolejny tydzień...zdecydowanie szybciej niż poprzednio. To już 3 tygodnie, kiedy pożegnałem się z przyjaciółmi i rodziną i wyjechałem. A wydawać by sie mogło, że było to tak niedawno...

3 tygodnie nie wystarczyły, żeby wpaść w rytm uniwersyteckiej nauki. Sprawiły raczej, że utraciłem swoje pierwotne, naturalne tempo i wpadłem w studencki bezrytm. Ale od poniedziałku to się zmieni.

Cóż zatem dziś? Nie chcę po raz kolejny opisywać, że wykład był fajny lub nie, a wykładowca ciekawy bądź wręcz przeciwnie. Nawet mnie już to nudzi, więc cóż dopiero tego, kto to kiedy może będzie czytał. Ale z drugiej strony - zaiteresowanie człowiekiem nie sprowadza się tylko do niezwykłych przygód, jakie mu się przydarzają. Przeciwnie, powinno dotyczyć właśnie jego codziennego życia, spraw, które wydają się małe, ale w dużym stopniu skaładają się na naszą ezgystencję.

Pomówmy zatem dziś, wyjątkowo, o tych małych sprawach.

Wstałem o 8:15. Przebudzenie, prysznic i ubranie się zajęły kwadrans. Kolejne 15 minut spędziłem na robieniu i jedzeniu śniadania. Może to Tatę zmartwi, ale od prawie tygodnia nie jem płatków. Częściowo dlatego, że zapominam kupić mleko, częściowo dlatego, że mam do niego lekką awersję po tym, jak ostatnim razem 2 litry się w lodówce zamieniły w twaróg...ale zamiast tego jem owsiankę-kaszkę, którą zalewam gorącoą wodą i dodaję miodu. Do tego zjadłem 2 ostatnie kromki tutejszego razowca. Wymarzony chleb z Polski stał się nieosiągalnym marzeniem.

Potem robiłem zadanie domowe z ekonomii, żeby nie mieć nic na weekend pozostawione. Przerwał mi sąsiad, mówiąc, że już czas iść. Było 40 minut do wykładu. Odesłałem go z powrotem, dokończyłem, umyłem zęby i ruszyliśmy o wpół do 11. Nalegał, żeby poczekać na autobus (wciąż jeszcze darmowy), więc tak też zrobiliśmy. Po 10 minutach przyjechał - pełen ludzi. Jednomyślnie ruszyliśmy pieszo, ale zaraz usłyszałem zza pleców: "Hold on, Voyteck!"...

Po zajęciach (czyli 1 wykładzie) znalazłem Phil'a. Zapłaciłem za wyjazd i omówiłem szczegóły. Potem kupiłem prowiant na drogę (zestaw 2:2:2, czyli 2 banany i 2 jabłka na 2 dni)

Ktoś zapyta może: jaki wyjazd?Otóż razem z Boots Club jadę do Pembrookshire w Walii, do miescowości, której nazwa sprawia trudność nawet Anglikom: Trefdraeth. Jadę tam teoretycznie jako medyk, bo potrzebują kliku osób od pierwszej pomocy - cieszę się, że umiejętności wreszcie mogą się na coś przydać.

James, gdy usłyszał o Walii, powiedział, że nie zrozumiem ani słowa. Twierdził, że nawet on, kiedy tam jedzie, nie bardzo rozumie, o czym mówią Walijczycy. Cóż, zobaczymy - w niedzielę napiszę, jak naprawdę było.

1 Comments:

Anonymous Anonimowy said...

Walia.... cudowne miejsce:))) to prawda ze język jest zupelnie inny:P trzeba przyznać że dość śmieszny. najdlyzsze slowo ma bodajze prwie 70 liter i tylko 1 samogloske- jak oni to czytaja?? nie wiem:)

12:19 AM  

Prześlij komentarz

<< Home