The Conquest of England

Relacje z frontu na Wyspach.

Nazwa:
Lokalizacja: Poland

środa, listopada 29, 2006

Dzień 63 - piątek

Tak powinien wyglądać każdy wykład. Jakie to ironiczne, że najciekawiej prowadzony wykład ekonomiczny na angielskiej uczelni został wygłoszony przez imigranta...

Pan Omar Moav mówił przez pełne 57 minut - wyraźnie, zdecydowanie i pewnie. Slajdami wspierał się tylko wtedy, kiedy omawiał wykresy - dobrze wiedział, o czym mówił.

I w ten sposób w niespełna godzinę polubiłem historię wzrostu gospodarczego, zapoznałem się z bezwzględnym Malthusem oraz Unified Growth Theory.

Później nadszedł czas na Obiad Piątkowy. Jedzenie stygło, ale atmosfera była gorąca jak zawsze - zebrane tam umysły rozważały kwestię uniwersytetu - w praktyce i w idei. Nikt nie spostrzegł, kiedy minęły 2 godziny...

Wieczorem oglądaliśmy Obcego. Po raz kolejny horror mnie rozczarował - zamiast napięcia i niepewności po ekranie grasował duży potwór. Zawiodłem się.

Inwestorzy

- Thermo Electron Company is a company focused on producing hi-tech intruments and equipment for medical labs. It has recently udergone a merger w ith Fisher scientific, which resulted in high share growth. It probably reflecrts the investors expectations towards the company, as in previous 2 years it has performed slightly better than expected. Also, the resistance level is at 60, which is high but it might be an opportunity for short-selling...

-What about the volatility?

- It was high, especially in the days when Fed Antitrust and EU Commision gave way for the merger.

- How about market capitalisation?

[...]

- What stocks have we bought so far?

-We've invested into the dollar index, platinum selling company from South Africa. Also, we bought some shares for sugar, as guys from commodities insisted there is a good prospect for growth.



Giełda. Najżywszy element światowej gospodarki.

Dzień 62 - czwartek

Matematyka zaowocowała dziś tematem nie nowym, ale ambitnym - różniczkowaniem funkcji złożonych. Zauważcie proszę, że nie używam słowa "trudny" - nie byłoby na miejscu nazywać różniczkowania na poziomie rozszerzonej matematyki trudnym po sobotnich lekcjach z Łukaszem "Raczkiem" Raczkowskim. Ale zapowiada się obiecująco.

Po powrocie zacząłem analizować Thermo Electron Company - spółkę giełdy amerykańskiej z sektora S&P500. Z nieznanego mi powodu informację o tym, jakiej spółce się przyglądać otrzymuję zwykle na dzień przed spotkaniem. Ale czego się nie robi dla Investment Club.

Economic Philosophy zaowocowało nową książką do przeczytania, a ja jeszcze nie skończyłem poprzedniej. Pewnie się łudzę, ale mam nadzieję, że doczytam to, co trzeba przez święta. W ogóle moje plany na święta, podzielone przez stałą realnego czasu, wskazują na to, że musiały by one trwać dla mnie pół roku...
Ponadto wykładowca - Jeff Frank - opowiedział nam, że chce spróbować swoich sił w prasie. Jego ambicją jest pisać do artykuł do rubryki leading economist review. "How cool is that?", zapytał, po czym rozdał nam kopie swojej pracy, na podstawie której będą się ważyć jego losy. Później nastąpiła fala konstruktywnej krytyki. Było coś ujmującego w tym, że widziało się młodych ekonomistów, którzy ze skupioną miną oceniali artykuł i 40-kilku letniego profesora, który notował skrupulatnie każde ich słowo...

Potem przyszedł czas na Investment Club. Był z nami Bobby - jeden z szefów, dzięki czemu spotkanie było dużo żywsze (--> ..:://Inwestorzy\\::..).

Na treningu szkolił nas tym razem jeszcze inny czarny pas. To już piąty. Jego karate było silne i zdecydowane. Przekazał nam kilka istotnych uwag i dalej szkolił pod kątem egzaminów, do których pozostało zaledwie 10 dni.

piątek, listopada 24, 2006

Dzień 61 - środa

Cóż mogę powiedzieć o środzie? Udało mi się realizować Konsekwentny Plan Dnia.

Wstałem.

Czytałem (tutaj muszę z zadowoleniem nadmienić, że od prawie miesiąca udaje mi się wykształcać przyjemny nawyk: śniadanie przynoszę sobie do pokoju i, pogryzając chleb bądź sącząc płatki, zapoznaję się - strona po stronie - z historiami Starego Testamentu).

Poszedłem na Religions and Conflicts (i znów dygresja - zostały nas tylko 4 osoby, ale właściwie jest to chyba zaleta, bo można swobodniej w takim gronie dyskutować; z drugiej strony żal mi trochę Ojca Vlada - to musi być bolesne, kiedy z 15 osób zostają 4...mimo wykłady są jeszcze bardziej interesujące: omawialiśmy dziś m.in. wpływ kalwinizmu na rozwój kapitalizmu w Europie i Ameryce).

Wrócłem i zrobiłem sobie Mój Obiad (chcę tylko powiedzieć, że zajęło mi przeszło miesiąc, żeby zrozumieć, że ryż i warzywa niekoniecznie trzeba jeść na talerzu, a 2 garnki myje się szybciej niż 3...).

Zacząłem czytać i realizować plan. Niespodziewanie usłyszałem pukanie do drzwi...

To Wan Yung i Benedine. Mówiły, że są "bored" (to niezwykłe, jak nowe znaczenia starych słów można czasem odkryć - bored oznacza u niektórych nie tyle znudzony, ile posiadający czas wolny, co bardzo mnie zaskoczyło). Dlatego też przyszły. Ja wprawdzie nie byłem "bored", ale zaprosiłem je na chwilę. Któż mógłby przypuszczać, że Benedine dobierze się do Gadu-Gadu, a Wan Yung zajmie silną pozycję na skraju łóżka...

Spojrzałem na zegarek i straciłem wszelką nadzieję. Minęły 2 godziny. Dziewczyny zapytały wtedy, czy czasem nie przeszkadzają...powiedziałem, że w sumie rozmawiałem z kolegami (jak się domyślacie, argument ten nie miał żadnego sensu - każdy z tych kolegów był już dawno "offline"...). Przeprosiły i wyszły.

Chcąc nadrobić ów czas, postanowiłem jeszcze poczytać. W międzyczasie na zmianę zamykałem i otwierałem okno - to było mi za zimno, to śmierdziało dymem z korytarza. W końcu zakryłem centymetrową szparę pod drzwiami kocem i poszedłem spać.

Obudziłem się. Zegarek wskazywał 2:44. 10 minut spania...Zajęło mi chwilę, żeby zorientować się w sytuacji. To kilka osób za oknem grało chyba w jakąś krzykliwą grę. 10 metrów od mojego okna. Cała sprawa była tak absurdalna, że postanowiłem ją chwilę obserwować. Grupa w pewnym momencie się rozłączyła i jedna osoba poszła się schować pod rozłożysty świerk. Później wszyscy udali się kawałek dalej. Mimo to jednak, gdy znów zapadałem w sen, słyszałem jeszcze pełne przekonania okrzyki: "I am the omnipotent tree", powtarzane w kółko jak mantra...

Operacja "Chicken"

Stanisław Krawczyk

OPERACJA "CHICKEN"

O, sklepie mięsny! Kiedym cię zobaczył,
wnet przypomniałem, co by dla mnie znaczył
kurczak smażony, zmajerankowany,
czosnkiem sypnięty, solą posypany.

Wróciwszy zatem do twych świątyń progu,
udkam zakupił i pędem nóg obu
pod dach się swego udałem mieszkania,
na cudny licząc smak nowego dania.

Skóra zaskwierczy. Pójdą w ruch cebule,
kurczak, przyprawy... Ach! I wschodnie króle
nigdy wspaniałej tak nie znały strawy
chrupkiej... Nie szkodzi, że z lekka słonawy.

Tak, moi drodzy, kończy się opowieść.
Jakiż w tym morał? Czego chciałem dowieść?
— Wszelka odpowiedź na życia pytania
tkwi, drodzy moi, w czarach gotowania!


Wystąpili:
— udko z kurczęcia w miejscowym sklepie mięsnym zakupione, z lekka majerankiem posypane
— soli i czosnku rozdrobnionego szczypt parę
— cebule dwie pokrojone
— ryżu sypkiego zapasy
— buraczki jako krew świeża kurczęcia tego karminowe
— łyżki drewnianej prowadzący drążek i zupna komora
— patelni okrąg żelazny
— sztućców takoż żeliwnych dostatek
— talerz miesiąca wzorem błyszczący
— woda, życia źródło w naczyń zmywie obficie płynące
— czasu nie nazbyt wiele
— chęci dobrych zasoby nieprzebrane


Poznań
22 listopada 2006 roku

___________________________
Kucharzom gratulujemy Staszka.

środa, listopada 22, 2006

Dzień 60 - wtorek

Dzień jak każdy wtorek. Z małymi wyjątkami.

Wyników testów nie dostaliśmy. Ale to chyba do przewidzenia.

Ćwiczenia z Economic Workshop zakończyły się 45 minut przed czasem - po prezentacji treści wykładu pan Ansaloni oznajmił, że jeśli nie mamy pytań odnośnie naszego eseju to możemy iść.

Matematyka powoli zaczyna wychodzić poza poziom liceum - przerabialiśmy pochodne drugiego stopnia oraz pochodne funkcji złożonych oraz ich zastosowania w ekonomii. Póki co - nic nowego. Drugi wykład został odwołany, bo pani Tan źle się czuła.

O 17.00 poszliśmy z Saszą na prezentację banku z Londynu, który podobno prowadzi letnie 10-tygodniowe szkolenia dla studentów w zakresie Investment Banking. Nie wiedziałem do końca, czego to dotyczy, ale brzmiało mądrze, więc weszliśmy do sali i zasiedliśmy w ławce. Jedna rzecz wydała się mi podejrzana - oprócz nas dwojga wszyscy byli albo czarnoskórzy, albo pochodzili z Azji. Dopiero, kiedy rozdano nam ulotki tuż przed rozpoczęciem, problem się wyjaśnił: nie dostrzegłem w tytule końcówki: "dla mniejszości etnicznych"...wyszliśmy po angielsku.

Sądziłem, że będzie to jeden z tych wieczorów, kiedy mogę w spokoju pogrążyć się w tajemniczą i mętną otchłań nauki. Właściwie wszystko na to wskazywało. Niestety, rzeczy potoczyły się zupełnie inaczej.

Ok. 20 usłyszałem pukanie do drzwi. To Louis i jej koleżanka Sharina. Pierwsza lekko pijana, druga płacząca (pijana też). Przyszły do mnie, bo Louis pamiętała, że się nią zająłem, na urodzinach Wan Yung (właściwie tylko czytałem książkę w jej pokoju, ale niech będzie). Chciała, żebym coś zrobił z Shariną. Najlepiej - żebym się nią zajął, by Louis miała ją "z głowy". Nie lubię takich sytuacji, więc zmieniłem temat rozmowy (w rozmowie z kimś pod wpływem jest to raczej łatwe) i zacząłem pytać, co się stało. Otóż sprawa stara jak świat - Sharinie podoba się pewien chłopak, ale ona jemu - już nie. Na szczęście przyszedł Tim - mój sąsiad - i odpowiedzialność nieco się rozmyła. Sharina zaczęła brzemię swojego nieszczęścia przelewać na niego. Potem poprosiła go o przytulenie i o dziwo - już po chwili było jej dużo lepiej. Tim w odpowiedzi wcisnął jej butelkę z wodą i kazał wypić, żeby nie miała rano wspomnień po zaglądaniu do butelki. I poszły sobie.

Tim wzdrygnął się, kiedy wspomniałem całą sprawę. "All this things start to be really annoying" - rzekł - "Especially that this was one of the last bottles I have". Miło z jego strony - pomyślałem. "But this one has been standing in my room for two weeks...but it won't make any difference to her"...

Sądzicie, że to koniec historii? O nie! Rzeczy w naszym akademiku nie kończą się nigdy tak łatwo.

Ok. 22 znów usłyszałem pukanie. Po krótkiej walce z samym sobą wstałem i otworzyłem drzwi. To Wan Yung - tym razem ona potrzebuje pomocy. Sharina i Louis są u niej w pokoju. Pierwsza znów płacze, druga pokrzykuje po pijanemu. Aarti i Wan Yung szły odprowadzić Sharinę do Kingswood (inny campus, nieopodal), ale ktoś musiał mieć oko na Louis. Chrześcijańska moralność* znów wzięła górę - po raz kolejny zgodziłem się.

Nie wiem czy kiedyś mieliście przyjemność pilnować kogoś pijanego. Dziwicie się, dlaczego piszę przyjemność? A czy wiecie, jak bardzo adrenalina buzuje w żyłach, kiedy ów "podopieczny" nagle otwiera okno na piętrze, wychyla się niebezpiecznie i wykrzykuje dziwne frazy? Albo też - kiedy stara się usmażyć sobie wegański bekon?

Trwało dobre pół godziny, zanim Wan Yung i Aarti wróciły z Kingswood. W tym czasie Louis postanowiła sobie wyjść - cóż miałem zrobić, jeśli nie podążyć?

Jak zatem widzicie, na angielskim campusie każdy dzień jest pełen przygód.

____________________
*razem z Wan Yung i Aarti zaczęliśmy się zastanawiać nad salomonowym rozwiązaniem; nie można przecież zostawić pijanej Louis zupełnie samej sobie, bo może mieć to bardzo bolesne i smutne konsekwencje, ale z drugiej strony to już drugi miesiąc, a historia ta powtarza się przynajmniej raz na tydzień...wszelkie dziewczyn prośby i moje próby tłumaczenia, że to jest chociażby nie w porządku wobec nas spełzają na niczym, a nie możemy przecież niańczyć jej cały rok...czy macie jakieś rozsądne wnioski bądź porady?

Dzień 59 - poniedziałek

Ranek był ciężki.
Poniedziałki zaczynają się wykładem z filozofii myśli politycznej o 9. Nie jest to najlepsza pora, kiedy spać posżło się znów ok. drugiej. Co gorsza, jak już kiedyś zostało tu powiedziane, sala wykładowa jest wybitnie nieprzyjazna - ogrzewana i duszna. Nie ma takiej siły, która powstrzymałaby mój organizm od przełączania się na Stand-by.

Niestety podobnie było też na wykładzie z ekonomii. Może to maksymalizacja zysków tak na mnie działa, może ciepły i wygodny fotel nowoczesnej sali wykładowej...przykre, a zarazem nieco zabawne było to, że siedziałem w zupełnie pierwszym rzędzie...mam nadzieję że głowa mi przynajmniej nie opadała...za często...

Na obiedzie Constanza nie miała pieniędzy. Chciałem jej pożyczyć, ale odmawiała. Miała nadzieję, że za pozostałem miedziaki kupi sobie banana. Niestety nawet na to nie wystarczyło, więc w końcu poprosiła mnie o kartę.

Wieczorem znalazłem się na próbie Absolute Harmony. Jak sama nazwa wskazuje, jest to chór dla śpiewających i nieśpiewających (dzięki temu miałem tam w ogóle wstęp). Podzieliliśmy się na głosy i zaczęliśmy próbę. Nie wiem czy wiecie, że tu nie używa się do podawania dźwięku kamertonu, ale laptopa trzymanego na przedramieniu. W każdym razie jakoś udawało mi się trafiać w dźwięki basów. Śpiewaliśmy bowiem "Somebody to love" Queenów. Na koniec poszliśmy do kaplicy uniwersytetu i tam wykonaliśmy to razem z innym chórem.

Polityka Żelaznej Ręki

Dziś płomień chęci zapala się, by objąć ogniem całe połacie czasu! Podążają za nią zjednoczone ludy Dyscypliny i Konsekwencji, by zająć i zamieszkać na wypalonych terenach. Nie pozostanie z dawnej cywilizacji kamień na kamieniu i już nigdy nie wróci panowanie Antywoli.

Ogłaszamy panowanie rządów absolutnych! Nie będzie odtąd kompromisów! Nie będzie wahań, które wkradają się niczym wąż i jak trucizna powoli zatruwają całe państwo! Niech tak znaczy zawsze tak, a nie niech oznacza nie! Niech w niepamięć odejdą czasy, kiedy stawiano nieokreślony i rozmyty ustrój wyżej niż szlachetne idee wzrostu i wiedzy!

***

Krok za krokiem, ramię w ramię wiedzie jego szlak
I za tobą po grani idzie bez wahania
Skacząc po kamieniach zwinnie niczym łania
Choć na co dzień nie doceniasz - zawsze wierny tak

W świetle dnia wciąż tańczy, lecz przed nocą się wzbrania
I gdy zmierz ogarnia ziemię, chowa się pod krzak
Boi się ciemności, bo mu światła wiecznie brak
Więc w ukryciu cierpliwie czeka dnia świtania

Ale w końcu odkryjesz w wędrówce samotnej
Pośród dróg zagubiony i pogody słotnej
Zrozumiesz, że On marny najbliższy jest tobie

Lecz u kresu drogi, w ostatniej życia dobie
Gdy będziesz się wybierał do jego krainy
On odejdzie, uleci w świat bez cienia winy.

Dzień 58 - niedziela

Dziś pokazałem Benedine drogę do kościoła. Drogę pieszą. Wcześniej bowiem jechała autobusem, co zabierało jej 2 razy więcej czasu. Cóż.

Zaraz po mszy było karate - bardzo sensownie. Ale niestety to tylko wyjątkowa zmiana. Niestety znowu miałem wątpliwą przyjemność ćwiczyć z dziewczętami, które o zaangażowaniu słyszały chyba tylko przypadkiem.

Po powrocie zrobiłem sobie tradycyjny Mój Obiad, czyli smażone mrożone dorsze, gotowane mrożone warzywa i gotowany niełuskany ryż amerykański. Naturalnie pod banderą Tesco. I oto stała się ciekawa rzecz: jadłem powoli, kęs po kęsie, delektując się każdym kawałkiem. Trwało to dobre 15 minut. Wprawdzie nie była to wielka porcja, ale nasyciła mnie tak, jak uczta w chińskiej restauracji dnia poprzedniego. Pomyślałem wtedy o Tacie Jacka i jego metodzie by nie być na głodzie. Powinno się to raczej nazywać Dietą Studencką. W każdym razie:

Tato Jacka, dziękuję za inspirację.

Popołudniu postawiłem na dotychczasowym tu pobycie grubą kreskę, przewróciłem kartę i zacząłem nowy rozdział: Polityka Żelaznej Ręki (--> ..:://Polityka Żelaznej Ręki\\::..).

Dzień 57 - sobota

Dziś wybraliśmy się do Londynu. Wycieczka była miła, ale męcząca. Jest w tym mieście coś, co męczy, niezależnie od tego, jak bardzo zachwyca swoim ogromem, wielością czy urokiem. Czy to te tłumy na ulicach, czy może duszne, zatłoczone metro i ludzie, którzy już nie zwracają na siebie uwagi? A może ciasne ulice i wąskie chodniki? Nie wiem. Dość, że po jednym dniu tam spędzonym zawsze mam dość.

Odwiedziliśmy razem Natural History Museum. Była to dla mnie jednocześnie podróż w świat dzieciństwa, kiedy fascynowałem się dinozaurami i składałem ich szkielety bądź lepiłem je z plasteliny. O dziwo, wspomnienia nie zatarły się do końca - kiedy zobaczyłem roślinożerną bestię z charakterystycznym pancernym grzebieniem wokół szyi, instynktownie pomyślałem - triceratops! I rzeczywiście! Potem zobaczyłem szkielet brachiozaura w skali 1:1 - 26 metrów od ogona do głowy. Wierzcie mi, to robi wrażenie!

Następnie przyszedł czas na obiad. Zabrałem Rodziców do Soho, gdzie dosłownie na każdym kroku natknąć się można na orientalny bar lub restaurację. Często spotkać można korzystne oferty, np. zapłać 8.50 i jedz ile chcesz. Tak też zrobiliśmy...potrzebowałem 3 talerzy, żeby skosztować po trochu każdego z kilku rodzajów kurczaków, warzyw, makaronów i owoców. Wszystko to podane z łagodną jaśminową herbatą. Że też ten Londyn jest tak daleko...

Później wybraliśmy się na Oxford Street. Ta ulica jest chyba - tak jak Harrod's - symbolem brytyjskiego imperium, pozostałością jego dawnej wielkości i symbolem oplatającej najdalsze krańce ziemi handlowej potęgi. Idąc tą ulicą, napotkać można sklepy z całego świata - Arabii, Indii, Ameryki. Większość przechodniów to jednak oglądacze - niewielu z nich może sobie pozwolić na to, żeby kupować "on the high street".

Przez cały czas rozglądałem się za Kendal Mint Cake (jeden z Was powinien wiedzieć o czym mówię). Myślałem bowiem - gdzie to znajdę, jeśli nie w Londynie? Sklep po sklepie przekonywałem się, że nie jest to jednak tak znane, jak sądziłem. Nawet ogromny Selfridges, największy i najbardziej prestiżowy dom handlowy na Oxford Street, z przykrością powiedział, że już tego nie sprzedaje. Dostałem jednak namiar: Fortnam&Mason, nieopodal Ritza. Miałem 25 minut, żeby się tam dostać. Przebijając się przez tłumy w metrze i na ulicach, przeciskając się między stojącymi w korkach czerwonymi piętrowymi autobusami, za 5 szósta dotarłem na miejsce. Warto było. Wyobraźcie sobie dużą halę, która wypełniona jest elegancko rozlokowanymi półkami z wszelkiego rodzaju słodyczami. Wszelkiego rodzaju słodyczami...

Nawet Kendal Mint Cake tam było.
By dopełnić angielskiego dnia, wieczorem odwiedziliśmy pub "The Holly Tree" w Egham.

Dzień 56 - piątek

Gmach Royal Holloway to drugi najbardziej łątwopalny budynek w Wielkiej Brytanii. W XIX wieku, kiedy wznoszono jego mury, budowniczowie postanowili dodatkowo ocieplić wnętrza. W tym celu przestrzeń między ścianami a elewacją uszczelniono - słomą. Pech chciał, że po pewnym czasie w słomie zagnieździły się szczury. Żeby się ich pozbyć, słomę nasączono parafiną...

Z tego właśnie powodu cały budynek i wszyscy jego mieszkańcy co tydzień przechodzą test przeciwpożarowy - alarm zaczyna wyć, a oni wychodzą i czekają na straż pożarną. Niektórzy ponoć zostają w pokojach i śpią dalej. Czasem ma to miejsce w dzień, czasem nocą. Przez pół godziny życie w budynku zamiera.

Nie mam właściwie nic przeciwko temu, żeby mieszkańcy Founders (bo tak się nazywa główny gmach) dalej bawili się w tę grę. Ale dziś moja wyrozumiałość została poważnie nadszarpnięta.

Ok. 11:30, kiedy byliśmy w najciekawszym momencie wykładu o dobrach publicznych, rozległa się syrena. Minęło przeszło 15 minut, zanim mogliśmy wejść i kontynuować wykład - właściwie nie miał to już większego sensu.

Po wykładzie poszliśmy na obiad. Miałem już tacę w ręce i czekałem w kolejce, szukając wzrokiem co smaczniejszych potraw. Na próżno.
Drażniące wycie alarmu rozległo się w starych korytarzach, odbijało się echem od wysokich, zdobionych sklepień i wracało do uszu ze zdwojoną siłą. Wszyscy musieli wyjść.

Czekaliśmy na wietrze i zimnie 20 minut. Wtedy przestało dzwonić. Chciałem wejść, ale usłyszałem, że czekamy wciąż na straż pożarną...20 minut...lepiej było by czekać na ekipę sprzątającą gruzy...

Po pół godzinie kupiłem wreszcie obiad. Złe wrażenie jednak pozostało.

Po powrocie do pokoju zacząłem piec chleb na przyjazd rodziców. Właściwie to pierwszy chleb, jaki upiekłem sam. Myślę, że się udał.


Późnym wieczorem przyjechali Rodzice. Nastąpiła wymiana towarów - produkty polskie w zamian za wypieki angielskie. Moja Słodka Szuflada się zapełniła, a Rodzice kosztowali flapjacks oraz scottish shortbread. Kuchenne szafki ledwo pomieściły zagraniczne racje żywnościowe - 4 różne chleby zajęły zaszczytne miejsce na najwyższych półkach. Natomiast w jednoosobowym pokoju zrobiło się ciasno, ale bardzo miło i wesoło.

Rozmowa wieczorna

Wróciłem z treningu i poszedłem do kuchni zrobić sobie obiad. Zastałem tam Jamesa i koleżankę z korytarza. Zaczęliśmy rozmawiać o tym, że różne rzeczy czasem znikają z lodówki, a sztućce znajduje się brudne w zlewie. James skarżył się, że ktoś podkrada mu jego ulubione pikle. Ja powiedziałem, że mnie raczej nic nie znika. Koleżanka miała na to bardzo proste wytłumaczenie:

[koleżanka] - Look James, would you take stuff from someone like yourself if you were to steal?
[James]- Yes, I think I would...
[koleżanka]- You see! But would you ever steal anything from an angel? You'd go to hell for that straightaway...
[ja] - ...

Walka

Podzielono nas na grupy - tym razem nie według stopni, a zgodnie ze wzrostem. Tym sposobem znalazłem się na pierwszym miejscu w szeregu. Za mną stał rząd Czarnych Pasów.

- Split into four groups and make a line.

Moja grupa miała, prócz mnie, inne białe pasy - czarna farba po kilkunastu latach ćwiczeń też się ściera.

- One of you should face the other and defend himself. Attackers may strike any way they like: kicks, punches etc. And remember the golden rule: don't get hit! Hajime!

Po każdej rundzie następowała zmiana broniącego się. Przyszedł czas na mnie. Ukłoniłem się i stanąłem w pozycji. Zaczęli atakować...nie było czasu na to, by nawet mrugnąć, nie mówiąc już o zastanowieniu się nad techniką. Nie było czasu na nic. Kilka razy cios jednak trafił do celu - w ferworze walki nie czułem pięści, które lądowały na torsie i kopnięcia na głowie. Całe szczęście.

- Yame! Now we'll make it slightly more difficult. The defender's task is to make his way through the attackers. You may dodge, strafe, block - whatever you like. Just try to get from the corners to the middle of the room...this is close-quarter combat - you may use different techniques - elbows, knees and so on. Start!

Twarze przede mną zmieniały się co sekundę. Cios, blok, krok naprzód. I jeszcze raz...udało się. Zmiana.

- Ok folks! Now the last one. Make two long lines, simply match two groups. Now you have to face twice that many opponents. Attack however you like. Defend however you like. Go!

Każdy po kolei, niczym skała, o którą rozbijają się fale, odpierał ataki 20 przeciwników. Niestety (a może na szczeście) ja nie zdążyłem wcielić się w broniącego.

Kilka sińców i zmęczenie to bardzo mała cena za taki trening.

Dzień 55 - czwartek

Minęły urodziny. Miałem się wziąć do pracy. Tak na serio. Serio serio. Ale życie wie lepiej czego mi potrzeba. Zamiast czytać wieczorem książkę, która doszła mi dziś do spisu lektur, zostałem wciągnięty w pieczenie brownies oraz oglądanie filmu. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że ciasto szybko się skończyło, a film był najbardziej beznadziejną produkcją, jaką zdarzyło mi się w życiu oglądać. Jest to o tyle nietypowe, że Chris uznaje ów film za najfajniejszy jaki zna...cóż, angielskie poczucie humoru.

Czy zatem był to dzień stracony? W żadnym wypadku! Wykład i ćwiczenia z Economic Philosophy znów raziły mój światopogląd - w dyskusji przegrałem bowiem, pokonany logicznymi argumentami na rzecz nieingerowania państw obcych w politykę wewnętrzną obcych krajów. Nawet, jeśli tam się źle dzieje. Nawet, jeśli tam się zabijają. W wątpliwość poddano nawet to, czy warto ingerować, jeśli ma to zapobiec ludobójstwu (omawianym przykładem była wojna domowa w Rwandzie - konflikt Tutsi i Hutu)...

Oczywiście był jeszcze trening. Trening bardziej wyjątkowy niż zwykle (--> ..:://Walka\\::..)

wtorek, listopada 21, 2006

Impreza

Nie napisano o tym w gazetach. Dzwony nie biły na trwogę. Ziemia nie zatrzęsła się i gwiazdy nie spadły. Świat rzeczy nie stanął na zrębie. Księżyc dalej świecił zza chmur, a wody falowały jak co dzień. Ale i tak było wesoło.

Na wieży zegarowej budynku uniwersyteckiego, wybudowanej przeszło 100 lat temu przez Thomasa Hollowaya, wybiła 18. Wojtek, niosąc bezcenny talerz z ciasteczkami, niepewnym krokiem udał się na piętro - na talerzu wszystko się ślizgało i niebezpiecznie zbliżało do krawędzi. W kuchni jednak nie było nikogo. No tak - pomyślał - w końcu to dziewczyny...

Minęło pół godziny. W kuchni numer 216 znalazło się wszystko, co potrzebne do typowej imprezy: jedzenie, picie i ludzie.

Suto zastawiony stół

(od lewej: Aarti, Louis, Ashvin, Wan Yung, Benedine, Pardis; poniżej Ben i ja)

Świeczki płonęły na czekoladowym torcie, wprawiając wszystkich w szczególny nastrój.

Tort urodzinowy - made by Louis

Wojtek zafałszował: Happy birthday to..." i pozostali pociągnęli ton. Zaczęło się. Znaczy się picie. Stół podzielony był na pijących i pijących. Alkoholowo i nie. Wojtek i Benedine dotrzymywali kroku pozostałym, opróżniając kolejne szklanki Tesco Coli. Louis nie przebierała w środkach i bez pardonu zaglądała do butelki z wódką.

Pardis i Ben

Trunki. W tle Ashvin i Wan Yung

Później przyszedł czas na drinking games. Karty krążyły po stole, a alkohol w szklanicach, przyprawiając towarzystwo o coraz lepszy humor. Kto przegrał - pił. A gry były krótkie. Bardzo. Zgadywanie imion wciąż miało w sobie trochę emocji.


Ashvin i Wan Yung

Ashvin

Wan Yung i Aarti

Benedine

Przegrany za każdym razem pił. Piła Wan Yung. Piła swoją karę Ashvin. Ale Wojtek nie. Aarti też nie. Louis piła za nich obu.


Karą była 50-ka, więc Louis szybko zrobiła się "happy". W tym czasie Wan Yung zrobiła się czerwona niczym homar. Gracze postanowili, że to nie fair, gdy jedni piją a inni nie, więc Wojtek i Aarti mieli za karę wykonywać "dares". Aarti przegrała i miała wejść do kosza.

Aarti

Wan Yung miała natomiast iść na dół, gdzie przebywał właśnie Chris z kolegami i powiedzieć, że chce go poślubić. Nie wahała się ani przez moment.

Wan Yung przed pokojem Chrisa

W tym czasie Louis zniknęła gdzieś z butelką wódki. Pełną. No, prawie. Widziano potem puste już szkło, Louis natomiast krążyła bez wyraźnego celu po korytarzu, zadając zaskakujące, choć wciąż te same pytania. "Wojtek, do you hate me? Do you wish that I die?"

Louis

Później towarzystwo poszło na spacer. Ben, Chris, Ashvin, Wan Yung, Aarti, Wojtek i Louis. Ta ostatnia trójka szła razem, podtrzymując swą wesołą towarzyszkę. Mimo to kołysało nimi jak okrętem podczas burzy. Grupa obeszła cały campus, bo Ashvin - przyjaciółka Wan Yung - przyjechała z Manchesteru specjalnie na jej urodziny. Należało więc pokazać jej wszystko po kolei - od recepcji aż po pralnię.

Późniejszą porą, w mniejszej jeszcze grupie (Aarti dla bezpieczeństwa została z Louis w pokoju) przewędrowali przez pole golfowe. Wracając, zbłądzili w kolczaste zarośla. Tej nocy jednak nic nie mogło ich powstrzymać. Choć powietrze było zimne, a wiatr kąsał mrozem, tryskali wciąż energią. Nie minęło wiele czasu, kiedy znaleźli się przed niewielką drewnianą bramą R.A.F. Memorial. Brama była zamknięta. Ale zaledwie 100 metrów dalej rozciągał się uroczy widok na Londyn rozjaśniony nocną łuną świateł. Wojtek przeskoczył. Ben przeszedł. Chris przewalił się przez bramę. Dziewczyny nie mogły przedostać się same, więc Wojtek podniósł je i przeniósł. Pod pachy, jak niemowlaki. Wolno podeszli do zbocza i przez chwilę podziwiali światła Wielkiego Miasta.

Ben, Ashvin, Wan Yung i Chris. Londyn w tle.

Uwagę ich przykuła urocza ławka, stojąca samotnie na środku przystrzyżonego idealnie trawnika.

Ben, Wan Yung, Chris i Ashvin

Nagle nocną rozmowę przerwał niespodziewany, niski głos: "Bugger off or I'll call the police!". Towarzystwo posłusznie udało się z powrotem do pokoju. Po drodze jednak Wan Yung odebrała telefon. To Aarti dzwoniła po pomoc, gdyż Louis zwracała właśnie nadmiar swojego środka na "happiness". Rzygała.

Wojtek i Ben pobiegli co sił do pokoju 214. Było już po wszystkim - przy łóżku stał kosz, wokół niego na podłodze walały się gazety pokoju trochę śmierdziało. Louis leżąc na łóżku, wypowiadała kwestie nie powiązane żadnym ciągiem przyczynowo skutkowym. Krótka narada zaowocowała dwoma oczywistymi wnioskami:

1. Nie można zostawić jej samej,
2. Ktoś musi z nią zostać.

Aarti miała wykłady dnia następnego. Poza tym odbyła już swoją "służbę". Wojtek nie. Tym logicznym tokiem rozumowania przez kolejne 20 minut Wojtek czuwał, czytając, czy z Louis nie będzie się działo nic groźnego.

Później najwytrwalsi udali się do pokoju solenizantki, dokładnie naprzeciwko kuchni. Tam czekała już mata do Twistera. Zabawa jednak znudziła się i około 2 Chris zaczął pokazywać pozostałym filmy na YouTube.

Balonik, laptop i Chris

Wojtek, znużony długim dniem, wieczornym stresem, późną porą i angielskim humorem, udał się na spoczynek.


Dzień 54 - środa

Jakże odległy wydaje mi się ten dzień, chociaż zaledwie 6 wschodów minęło od tego czasu. Z coraz dalszej perspektywy rzeczy wydają mi się bardziej zatarte, kolorowe wspomnienia zlewają się w pamięci w niejasne wrażenie niecodziennego przeżycia.

Staram się przedrzeć w pamięci do tego wszystkiego, co miało miejsce tydzień temu. Czy zapomnienie oznacza, że żyję tylko dniem dzisiejszym, czy może jedynie słabą pamięć? Albo też - przesyt przeżyć i emocji?

Coraz bardziej jednak dni stają się podobne do siebie. Pierwsze wrażenie powoli zanika, a codzienność, choć staram się ją urozmaicać, przybiera jeden dominujący kolor. Nie oczekuję, że cały czas tu spędzony będzie w każdej chwili niezwykły, ale chciałbym, żeby z okresu studiów pozostała mi nie tylko wiedza, ale też obrazy w duszy wyryte.

Wróćmy zatem do środy.

Od kilku dni udaje mi się wprowadzać w życie zwyczaj porannego "Śniadanka z Panem Bogiem", czyli czytania Biblii przy śniadaniu. Choć może się to wydawać nieco dziwne, są dwa powody, dla których ten zwyczaj ma sens:
1. Oszczędzam trochę czasu, jedząc i czytając jednocześnie, a co więcej - jest to bardzo przyjemne,
2. Śniadanie jest codziennym rytuałem, od którego nie ma wyjątku - jeśli zatem uda mi się na dobre włączyć w to lekturę Pisma Świętego, może wreszcie uda mi się je przeczytać.

Zaczynałem już bowiem Biblię 3 razy. Z marnym skutkiem. Może tym razem się uda.

Spotkanie z Ojcem Vladem było jeszcze bardziej inspirujące - to bez wątpienia najciekawsze wykłady na zachód od Londynu. Tym razem mówiliśmy o Maxa Webera definicji motywacji i światopoglądu oraz teoriach mojego ulubionego myśliciela Nietzschego. Dosłownie uczta intelektualna. Gdybyście chcieli obejrzeć prezentacje, na których opierają się wykłady, zgłoście się po adres.

Wczesnym popołudniem zrobiłem dwie ostatnie warstwy galaretki, którą przygotowywałem na urodziny Wan Yung. Dziś bowiem obchodzi ona swoje 18 urodziny. Galaretka ma 5 warstw - każda innego koloru i smaku. Ponalewałem je do kubeczków po jogurtach, które gromadziłem przez przeszło miesiąc. Niestety, zapomniałem zabrać ich na górę i miałby być niespodzianką dopiero po 3 dniach, kiedy spostrzegłem je na dnie lodówki...

Inaczej jednak miała się rzecz z flapjacks. Ułożone na talerzu, otoczone sezamkami, sprawiały wrażenie iście...takie oto wrażenie:


Później przyszedł czas na imprezę. Na początku było nas 8 osób. Zaczęło się (--> ..:://Impreza\\::..).

środa, listopada 15, 2006

OGŁOSZENIA PARAFIALNE

- do grona Honorowych Czytelników dodaję Piotra Grygiela

- zdjęcia z wyprawy do Peak District pojawią się w weekend
- do grona Honorowych Czytelników dodaję Agnieszkę Pawłowską i Andrzeja Pawłowskiego
- przepraszam za opóźnienia
- ten post zniknie za klika dni

Dzień 53 - wtorek

Dzień, wbrew oczekiwaniom, nie był nerwowy. Wręcz przeciwnie - spokój był aż podejrzany. Tak, jak gdyby nikt nie przejmował się testami...

Przedpołudniowy wykład otoczył mnie mgiełką nudy i senności. Ile razy bowiem można w ciągu 3 lat przerabiać podstawy ciągów arytmetycznych i geometrycznych? Ani myślałem jednak marnować tej godziny: zrobiłem w tym czasie zadanie domowe o gospodarkach transformacji na popołudniowe ćwiczenia.

Test z podstaw ekonomii nie był zaskakująco prosty. Po próbnych pytaniach z internetu spodziewałem się, że będzie aż tak łatwy. Po 25 minutach byłem już w bibliotece.

Podczas ćwiczeń z International Economic Policy mieliśmy właściwie powtórkę z gospodarki transformacji. Grupy, które prezentowały odpowiedzi były iście godne pożałowania - jedni czytali z kartki niczym przeciętni gimnazjaliści, inni mruczeli pod nosem tak cicho, że chyba sami się swoim głosem usypiali. Nie będę pisał, jak bardzo mnie to irytuje, bo przecież wszyscy dobrze mnie znacie...

Przed wykładem siedzieliśmy jeszcze z Saszą i Constanzą w bibliotece, powtarzając razem migrację, transformację, korupcję i wolny rynek. Było spokojnie i bardzo pewnie. Mam nadzieję, że przed następnymi testami uda się powtórzyć ową pełną nauki atmosferę. Kluczem jest chyba to, że każdy z nas przynajmniej rozumie o czym mówi...

Test z International Economic Policy. 2 strony pytań i 50 minut. Po 25 minutach byłem przy szóstym pytaniu, sądząc, że zdążę w sam raz na czas. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po następnych dwóch zadaniach i 5 minutach odwróciłem kartkę i zobaczyłem...pustą stroną! Ogólnie rzecz biorąc test był za prosty. Właściwie wymagał tylko garści wiedzy, nawet nie szczypty myślenia. Ale, jak to mawia moja babcia, "co wiesz Wojtusiu, to twoje".

Później zaczął się Dzień Właściwy. Razem z Saszą, Constanzą i Chrisem (sąsiadem) poszliśmy do Tesco. Musieliśmy się zaopatrzyć w:

ja i Chris: składniki na flapjacks (herbatniki z płatkami owsianymi), które miały być upieczone na urodziny Wan Yung dnia następnego

Sasza: składniki do Banicy...nie mógł znaleźć odpowiednio cienkich płatów ciasta, więc kupił zamiast tego płaty do lazanii...później okazało się, że to jednak nie zadziała...

Constanza: ogólnie pojęte jedzenie. Każdy produkt opatrzony był stosownym komentarzem i porównaniem do smaku kuchni włoskiej...cóż, skoro gotowa była wydać po kilka funtów na najlepsze makarony i oliwę, to znaczy że naprawdę jej tu nie smakuje...

Po powrocie z Tesco mieliśmy chwilę przerwy. Chris ma bowiem problemy z sercem wskutek wydarzeń w Czernobylu (ma za słabe krążenie) i kilometrowe podejście trochę go wykończyło. Potem zaczęliśmy przyrządzać flapjacks. Mój sąsiad miał przepis od mamy, zdobyliśmy kuchenną wagę i mieliśmy wszystkie potrzebne składniki. Musiało się udać. I rzeczywiście się udało. Sam zapach był prawdziwie upajający...a smak? Zobaczymy jutro...

Późnej postanowiłem, że zrobię szybko galaretki w różnych kolorach według przepisu Katarzyny W. Nie wziąłem jednak pod uwagę, że galaretka zastyga w lodówce nie 2 minuty, ale 2 godziny...a warstw ma być 5...

W międzyczasie przyszedł James i zaczęliśmy rozmawiać. Oprócz Chrisa James jest zdecydowanie najsympatyczniejszym sąsiadem. Może dlatego, że najwięcej z nim rozmawiam? Wpadłem na pomysł, żeby zebrać grupę i zamówić zakupy z Tesco przez internet z dowozem do domu. Sprawdziłem i znalazłem: 4 - 6 dowód pod sam dom. Ekonomia skali podpowiada, że im więcej osób, tym ów transport staje się bardziej darmowy...

Później zacząłem uzupełniać bloga.

Zastanawiacie się pewnie, która była godzina, kiedy skończyłem mój dzień? Mnie też to nurtowało. Potem spojrzałem na zegarek...powiem tylko, że mogłem sobie zaśpiewać: "może sen przyjdzie..."

Dzień 52 - poniedziałek

Tydzień zaczynamy od czegoś miłego dla ducha. Wykład z filozofii o 9.00 naprawdę dobrze wprowadza w nadchodzący tydzień. Tym razem mówiliśmy o Biblii i różnych sposobach wykorzystywania jej do celów politycznych: symboliczne ilustracje, przypisy i komentarze...włos się na głowie jeży...

Obiad w stołówce był międzynarodowy: zaszalałem i zaserwowałem sobie grecką mousakę, tajski makaron z warzywami i pudding czekoladowy. Nie ma to jak kuchnie świata...

Na ćwiczeniach z Economic Workshop rozmawialiśmy o ekonomii edukacji. Nie wiem czy wiecie, ale tutaj jest zupełnie inaczej niż u nas. Większość moich rówieśników jest obecnie zadłużona na kilka tysięcy funtów, bo studia są płatne, a oni żyją już praktycznie na własną rękę...perspektywa takiej samodzielności trochę mnie przeraża...ale może to kwestia wychowania...albo czasu...

Jeśli natomiast mielibyście kiedyś ochotę na Godzinę Prawdziwej Nudy, serdecznie zapraszam na ćwiczenia z matematyki. Jest to idealne miejsce, żeby zrobić powtórkę do matury z matematyki (podstawowej), wsłuchiwać się we włosko-angielski akcent pani wykładowczyni lub po prostu zwracać jej uwagę na błędy, które popełnia na tablicy.

Po powrocie wziąłem się za powtórkę. Tak na serio.

Tak minął wieczór i poranek dnia poniedziałkowego.

Pochwała

Podczas śniadania Mike mówi:
- Voyteck, after making this crumble pie you should be named the domestic goddess...
- ...

Dzień 50 i 51 - sobota i niedziela

Obudziłem się, po średnio przespanej nocy. Wieczorem graliśmy w "I have never..." żeby poznać nowych Bootsów i gra przedłużyła się długo w noc. Kiedy wszyscy pochowali się już w śpiwory, rozległ się nagły łomot i huk...to tylko Tom sturlał się z ławy. Obudził tym chyba wszystkich w pokoju - oprócz siebie samego...ja budziłem się raz po raz, jako że spałem na szerokiej na łokieć ławie tuż pod oknem, przykryty lekkim kocem.

Pomknąłem do kuchni, żeby być jednym z tych, którzy mają luksus wyboru tego, co zjedzą na śniadanie. W ten sposób załapałem się na trochę gumowe płatki (pamiętałem je z wyprawy do Walii) oraz kanapki z masłem orzechowym i czekoladą.

O 10.15 wyruszyliśmy - najpierw busem, a potem już pieszo - zdobywać Peak District. Było nas 25 osób, więc z konieczności posuwaliśmy się raczej wolno. Wzgórza przed nami, pokryte zielonymi jeszcze łąkami i połaciami brązowych, wyschniętych wrzosów oraz zachmurzone tajemniczo niebo sprawiały ponure, niegościnne wrażenie. Zaraz jednak było w tych wzniesieniach coś niezwykłego, jakby pradawna moc drzemiąca wewnątrz, pochowana pod pastwiskami i kamiennymi murkami. Wrażenie to potęgował wzmagający się z każdym krokiem świszczący w uszach wicher. Kiedy wbiegliśmy na grzbiet łańcucha wzgórz, wiatr stał się jeszcze silniejszy - musiałem skoncentrować się na stawianiu kroków.

Potem zaczęliśmy wchodzić na niewielki szczyt górujący nad okolicą. Na odsłoniętej ścieżce trudno było już stawiać kroki - musiałem uginać nogi i pomagać sobie rękami. Przenikliwy wiatr chłodził bardziej niż bym tego pragnął.

Po godzinnej wędrówce wietrznym grzbiecie rozpoczęliśmy podejście na ostatni tego dnia wierzchołek. Komuś zwiało z głowy czapkę - poszybowała ona daleko w dolinę. Tuż pod szczytem wiejący wściekle wiatr przenikał do szpiku kości. Już nie tylko moje dłonie były zimne, ale nawet przedramiona. Właściwie nie czułem już zimna, kiedy zdrętwiałym palcem robiłem zdjęcia. Kiedy chciałem podejść do najwyższego punktu, moje stopy ślizgały się po podłożu, nogi były dosłownie spychane wstecz...dopiero na czworakach udało mi się pokonać wszechpotężny powietrzny żywioł. Próbowałem się też położyć na wietrze - czułem się, jakbym szybował w powietrzu: potworny świst w uszach, mięśnie twarzy, które zastygają z zimna i to niesamowite uczucie, że jest się dosłownie niesionym przez wiatr...jeszcze nigdy nie doświadczyłem czegoś takiego.

Zeszliśmy do miasteczka w dolinie. Trafiliśmy go "Wędrowca" - ciepłej i przyjaznej gospody. W środku wesoło płonął ogień i roznosiła się woń świeżego jadła. Nie nam jednak przeznaczone były te wygody. Czekała nas jeszcze jedna droga - pętla, która pod wieczór miała nas doprowadzić w to samo miejsce.

Wyruszyliśmy całą grupą. Wkrótce zaczęło padać. Właściwie był to grad, który wskutek wiatru padał niemal poziomo, wdzierając się między kurtki i płaszcze. Grupa się podzieliła - połowa wróciła do "Wędrowca", pozostali szli dalej mimo deszczu i wiatru. Po dwóch godzinach, znużeni nieco i ociekający wodą, dotarliśmy z powrotem do gospody. Tam ogrzaliśmy się przy płomieniach i czekaliśmy na transport.

W schronisku nadszedł czas na drugą, ale równie fascynującą część wyprawy. Przygotowanie obiadu znów spoczęło w (między innymi) moich rękach. Ciężar odpowiedzialności i brzemię głodu 25 towarzyszy nie przygniotło mnie jednak do ziemi. Przeciwnie, dodało mi energii i entuzjazmu. Być to już wcześniejsza tradycja, być może zwyczaj, który właśnie się rodzi - dość rzec, że tym razem znów przygotowywaliśmy spaghetti z papryką, pomidorem i boczkiem. Tym razem dodaliśmy jeszcze grzyby i szynkę. Część porcji podana została zaraz po ugotowaniu, część natomiast - po zapieczeniu razem z sosem warzywnym i serem. Poza tym w ogromnej porcji ukryliśmy 1 orzeszka pistacjowego. Ku naszemu zaskoczeniu znalazła i zachowała go Lucy - dostała za to nagrodę - drink w kieliszku udekorowanym czekoladą.

Moment wieczoru, na który wszyscy czekali, nadszedł po zmroku. Przyszedł czas na sztuczne ognie. Mimo wcześniejszego deszczu i bardzo silnego wiatru wyszliśmy na zewnątrz i marznąć podziwialiśmy kolorowe feerie na niebie. Ostatnie rzymskie ognie zaczęły strzelać w różne strony - raz w drzewo, innym znów razem - w podziwiający je tłumek...

Po obiedzie Lucy właśnie przygotowała galaterkę tylko dla dorosłych - każdy litr galaretki zawierał bowiem 2 'setki'. Była też część bezalkoholowa, którą zjadłem ze smakiem.

Moment wieczoru, na który wszyscy czekali, nadszedł po zmroku. Przyszedł czas na sztuczne ognie. Mimo wcześniejszego deszczu i bardzo silnego wiatru wyszliśmy na zewnątrz i marznąć podziwialiśmy kolorowe feerie na niebie. Ostatnie rzymskie ognie zaczęły strzelać w różne strony - raz w drzewo, innym znów razem - w podziwiający je tłumek...

Później zaczęliśmy realizować rozpoczęty dnia poprzedniego plan. Emily zamierzyła bowiem zrobić dla wszystkich ciasto owocowe z kruszonką. Dlatego też w piątek po drodze każdy zaczerpnał garść saszetek cukru z Burger Kinga i kawiarni na stacji. Zgromadziliśmy chyba ok. 0,7kg cukru. Po demokratycznym głosowaniu poświęciliśmy resztki margaryny i rozpoczęliśmy przyrządzanie. Nadzorował wszystko Paul, jako że był już doświadczony w tej materii. Po ok. godzinie wyjęliśmy z piekarnika jedyne w swoim rodzaju (zawierało rozpuszczone M&Ms'y dodane z mojej czystej fantazji) i wspaniale pachnące. Rozeszło się ono w mig, a status kilku śmiałków, którzy podjęli się pieczenia wzrósł niepomiernie...

W międzyczasie wykorzystaliśmy jeszcze zimne ognie. Zapalaliśmy je od palnika w kuchni. Jednak zanim zdążyliśmy dobiec do drzwi, płonące pałeczki zaczęły mocno dymić. Kiedy ja przekraczałem próg, usłyszałem nieznośne wycie dobiegające z wnętrza budynku - to tylko alarm przeciwpożarowy radośnie popierał naszą zabawę...

Na koniec Lee przygotował trochę Bird's Custard, częściowo na moją prośbę - chciałem bowiem poznać, czym jest owa tajemnicza nazwa (szczerze mówiąc - nie chciało mi się wcześniej sprawdzić w słowniku). Okazało się że to po prostu najzwyklejszy w świecie...budyń!

Późnym wieczorem pomogłem jeszcze w dokańczaniu puzzli - trochę opornie mi szło. Poza tym dzięki temu wszyscy mogliśmy iść wcześniej spać. Tak też ponownie po 2 znalazłem się pod kocem. Tym razem nie było już tak zimno.

Rano obudziła nas miła muzyka z głośników Phila. Rzeczywiście miły sposób, by rozproszyc resztki snu. Rano ponownie wykorzystałem przewagę, jaką daje wczesne wstawanie. Po spakowaniu wszystkiego i posprzątaniu w schronisku znów wyruszyliśmy w drogę. Mike wyraził przy okzaji swoją aprobatę dla wczorajszego ciasta (--> ..:://Pochwała\\::..)

Tym razem nasz szlak wiódł po zboczach wzgórz otaczających niewielkie jezioro. Pogoda ponownie pokazała swoją angielską twarz i wędrowaliśmy jakiś czas w deszczu. Niektórzy chcieli iść brzegiem, ale szybko okazało się, że ścieżka zamienia się w kamienistą dróżkę, która stopniowo zwęża się aż do porośniętych krzewami skał. Nie powstrzymało nas to jednak i po pół godzinie znaleźliśmy się wyżej i dalej - z powrotem na szlaku.

Kiedy wracałem, byłem zadowolony. Chociaż to tylko 2 dni, dużo się wydarzyło. Zobaczyłem ładny kawałek Anglii. Byłem i rozmawiałem z ludźmi, którzy tak jak ja lubią podróżować i podróżują. Tak, to był dobry weekend.

Dzień 49 - piątek

Plan na dziś był jasny jak kartka, na której się znajdował - czytanie, nauka, obiad, czytanie, nauka. Podobnie plan na nadchodzący weekend - przecież we wtorek 2 pierwsze testy!

W samo południe coś mnie tknęło. Pomyślałem o wycieczce do Peak District - ludziach, którzy za kilka godzin wyjadą, żeby zobaczyć kolejny piękny kawałek Anglii, przejść razem kilka mil i wspólnie miło spędzić czas. Coś mnie tknęło i sięgnąłem po komórkę. Coś mnie tknęło i beztrosko napisałem do Phila - szefa Boots Club - czy nie ma może przypadkiem wolnego miejsca. Było.

"Yeah, there is a place. We leave from the Student Union at 6 p.m. Just take a sleeping bag as there are no beds left."

Nie miałem tego czasu. Nie miałem śpiwora. Ale to za mało, żeby mnie powstrzymać.

W ciągu pięciu godzin zrobiłem wszystkie konieczne notatki, ugotowałem obiad. Spakowałem się w tak zwanym międzyczasie - wrzuciłem ręcznik, kilka słodyczy, koszula na zmianę i butelka wody. I jeszcze koc - zamiast śpiwora, który jest w Polsce.

6 wieczór. Równo z biciem dzwonu z wieży uczelnianej stawiłem się na miejscu. Jako jeden z pierwszych. Ale to wszystko nie miało w tym momencie znaczenia. Jechałem i tylko to było ważne.

Tak to właśnie, moi drodzy, nawet najbardziej trwałe ludzkie postanowienia zmieniają się z godziny na godzinę. Są jak płomyk na wietrze lub kropla rosy na liściu - ot, lekki powiew i już ich nie ma...

Krzepki Staruszek

Trening karate. Dobraliśmy się w pary - mi przydzielony został siwy, łysiejący staruszek z brzuszkiem, w dresie i okularach. "Cóż" - pomyślałem - "czasem trzeba się poświęcić i uczyć początkujących". Kiedy przysżło do blokowania ciosów, po 3 minutach bolały mnie przedramiona do tego stopnia, że nie mogłem już silnie uderzać...ciosy wymierzone we mnie były duzo bardziej wyrafinowane niż te, które dotychczas poznałem...żaden mój cios nie trafił w cel.

Nie mogłem uwierzyć. Po treningu zapytałem - jak długo już ćwiczysz? Okazało się, że nie ćwiczył przez ostatnie 30 lat. Ale wcześniej...jest posiadaczem drugiego kyu (prawie najwyższy stopnień uczniowski, przynajmniej kilka lat ćwiczeń).

Spokorniałem.

wtorek, listopada 14, 2006

Czwartek - dzień 48

Cóż mogę napisać - dzień jak codzień. Zatem skupimy się na ciekawszych wydarzeniach.

Popołudniu udałem się na spotkanie Investment Club. Nie odbyło się ze względu na zamieszanie na wyższych szczeblach. Cóż, raport tygodniowy trzeba będzie zrobić na nowo...

W zamian za to znów poczytałem Financial Timesa. Chyba zaczyna mi to wchodzić w nawyk, z czego się bardzo cieszę - to moja pierwsza gazeta, którą czytam regularnie (od czasów Świata Gier Komputerowych...).

Karate było bardzo zaskakujące niż sądziłem (--> ..:://Krzepki Staruszek\\::..). Oprócz tego znowu trening powoli zbliżał się do realnej walki - jest to dużo bardziej nieprzewidywalne i wymagające niż sądziłem.

Po powrocie do byłem z Chrisem i Wan Yung na pieczenie. Po 2 godzinach stworzyliśmy aromatyczne obwarzanki, a z pozostałego białka zaczęliśmy robić bezy...przepis podawał 45 minut suszenia. Niestety przepis mylił się - zajęło to conajmniej półtorej godziny...Pierwsze ciasteczka były bardzo smaczne,natomiast bezy - dobre, bo własne.

Znów poszełdem spać póżno...ale tym samym zakończyłem tygodniowy maraton pieczenia słodkości.

czwartek, listopada 09, 2006

Dzień 47 - środa

Na 11 poszedłem na spotkanie Investment Club. Okazało się jednak, że zostało przełożone na następny dzień. Nie ma jednak tego złego: w bibliotece zawsze czeka na mnie Financial Times (którego przejrzenie i przeczytanie tego, co mnie dotyczy zajmuje mi już tylko pół godziny). Potem zaczęła się walka z książką Tobina. Ten stary Keynesista powołuje się na teorie swojego mistrza, których ja niestety jeszcze nie znam...stąd też powrót do dawnego tempa czytania...

Religions and conflicts jak zawsze ciekawe - szkoda tylko, że nie mam czasu czytać wszystkich tych książek, które Ojciec Vlad poleca.

Potem wróciłem do campusu i dodałem sobie energii makaronem na słodko, po raz kolejny wspominając czasy utraconego dzieciństwa na Chopina 17...resztę makaronu zostawiłem w lodówce z myślą o zupie mlecznej, kolejnym kwiatku z Ogrodu Wspomnień...

Chciałem wyjść o właściwej godzinie, żeby nie spieszyć się na spotkanie HARCu (History and Arts Research Centre) - tego środowego wykładu. Z nieznanych mi powodów jednak czas między spojrzeniem na zegarek, a wyjściem z pokoju jest 3 razy dłuższy, niż być powinien. Toteż (po raz kolejny) biegłem. Może to i dobrze? W końcu sport to zdrowie...

Wykład okazał się decyzją absurdalną. Tematem była twórczość kobiet w Afryce na przykładzie Nigerii po uzyskaniu niepodległości; ponadto prezentowała go anglistka z Nigerii właśnie - jaj akcent pozostawiał jednak wiele do życzenia, a co gorsza - zrozumienia; i wreszcie - swój wykład odczytała, nie przedstawiała...cóż mogłem na to, że mój zbuntowanu umysł po 30 minutach zaczął się wyłączać? Że głowa, w geście protestu, opadała na dół?

W oczekiwaniu na karate po raz kolejny zmierzyłem się z Tobinem. Jeśli będziemy się zmagać po 30 stron dziennie, to może tą walkę da się wygrać...

Trening był naprawdę satysfakcjonujący. Nie będę się rozpisywał, podam tylko listę powodów:
- naprawdę się zmęczyłem
- porządnie się rozciągnąłem
- ćwiczyliśmy cos nowego: 2 rodzaje kopnięć
- robiliśmy niesamowite pompki: z przyklaskiem i podrzuceniem nóg jednocześnie (Staszek, pozdrawiam!): wprawdzie tylko 10, ale wystarczyło.

A reszta niech spoczywa w mrokach dziejów. I haven't done no aromatic rings. Neither haven't I done meringues.

Dzień 46 - wtorek

Zbudziłem się po ósmej. Wyspany jak rzadko kiedy. Mam tendencję do popadania w ekstrema - po 2 dniach prawie-nie-spania śpię przeszło 9 godzin. Muszę się trochę ustabilizować.

Przed południem obejrzałem "Aguirre, Gniew Boży". Następne filmy Herzoga czekają na swoją kolej. Potem czytałem co nieco. Wieczorem przyszedł Vinnie - sąsiad - żeby pożyczyć podręcznik z ekonomii. Okazało się, że jego egzemplarz jeszcze nie doszedł. Okazało się też, że nie czytał wcześniej zupełnie nic. Przypomniałem mu delikatnie, że za tydzień jest sprawdzian. Poza tym rozmawialiśmy o eseju, który jawił mi się jako bardzo łatwy. Mimo, że Vinnie miał rozszerzoną ekonomie w liceum, uparcie twierdził, że jest to bardzo trudne.

W skutek tego w głowie pojawiły mi się 2 możliwości:
1. Jestem tak niedouczony, że nawet nie rozumiem pytania i wydaje mi się ono dużo prostsze, niż jest w rzeczywistości.
2. Oni wszyscy nic nie robią i nie wiedzą, bo temat jest banalny.

Jako że podstaw ekonomii uczyłem się systematycznie, skłaniam się ku rozwiązaniu nr 2.

Później przyszedł czas na kolację. Minął 10 dzień, od kiedy przywiozłem tutaj Polski Chleb. Tego wieczora skończyłem ostatni bochenek. 6 kanapek przepełnionych polskością leżało przede mną na talerzu. Na czas jedzenia poszedłem do Chrisa popatrzeć, jak gra w Neverwinter Nights 2. W pierwszej chwili poczułem dawny, tak bardzo porzucony Zew, ale po pół godzinie rozsądek wtrącił swoje 3 grosze i bez żalu odszedłem od komputera.

Reszta jest milczeniem. Nie wolno mi tego ujawniać, bo to tajemnica państwowa. Mogę tylko powiedzieć, że były bardzo smaczne...

wtorek, listopada 07, 2006

Dzień 44 i 45 - niedzieloponiedziałek

Teren działań: Egham i okolice
Czas operacji: 39 godzin

Niedziela, 8:00

Wstaję.

Niedziela, 11:00 - 12:00

Msza. Ksiądz z ambony zaczyna kazanie. Mówi, że był kiedyś w Hiszpanii i widział, że na Wszystkich Świętych ludzie tłumnie zbierają się na cmentarzach, zapalają znicze, przyozdabiają groby kwiatami, modlą się; że to jest prosta, ale prawdziwa wiara. "Anglo-Saxons do not do that kind of things, do they?" - kończy sarkastycznie.

Niedziela, 14:00 - 15:30

Karate. Ćwiczymy jednoczesny blok i uderzenie. Staram sie jak mogę, ale kiedy współćwiczący boi się mnie lekko nawet uderzyć, nic z tego nie wychodzi. Przecież nie o to w karate chodzi, żeby się głaskać...

Niedziela, 16:00 - 16:30

Obiad. Ponownie próbuję przepisu Chrisa. Ugotowany makaron i rozdrobnione babcine pulpety wrzucam na patelnię, zalewam jajkiem i posypuję przyprawami. Bardzo dobre. I bardzo sycące.

Niedziela, 16:30 - 20:00

Nauka. Czytam trochę książki, powtarzam ekonomię i zaczynam esej. Jest zaskakująco łatwy. Piszę połowę (ok. 500 słów + wykresy) i zostawiam resztę na jutro. Muszę zapytać Saszę odnośnie formy.

Niedziela, 20:00 - 20:10

Chris. Poszedłem do niego zapytać czy chce piec, ale okazało się, że ma świeżo kupione Neverwinter Nights 2. Którko pokazał mi różnice w porównaniu do pierwszej części.

Niedziela, 20:10 - 20:15

Zbieramy ludzi. Właściwie tylko Wan Yung ma ochotę piec. Właściwie to nie ma prawie nikogo innego, bo wszyscy wyjechali na weekend.

Niedziela, 20:15 - poniedziałek, 01:00

Welsh Cakes. Mieszamy odmierzone składniki, ale tutejsza miara sprawia nam kłopoty. Nawet Chris, rodowity Bryton, nie ma pojęcia, ile to jest 8oz. Wtedy właśnie mówi po raz pierwszy "It's gonna be a total disaster". W międzyczasie przynoszę laptopa, a Chris płyty z muzyką poważną. Robi się bardzo miło. Zauważa też, że nasze ciasto nie powinno był półpłynne i lepkie, ale "firm". Dodajemy mąki. 2 razy."It's gonna be a total disaster" wtrąca Chris. Istotnie, ciasto staje się "firm", ale wtedy okazuje się, że należy je rozwałkować. "It's gonna be a total disaster" dodaje znów Chris. Rozgrzewamy patelnię i zaczynamy smażyć ciasteczka. W tym czasie kończą się płyty i Wan Yung mówi, żebym puścił cos polskiego. Ponieważ 80% mojej muzyki to Kaczmarski, wybór był oczywisty...jak miło usłyszeć w kuchi potężną Obławę, Mury i wszystkie inne bliskie sercu pieśni! Pierwsze "ciasteczko" nieco się przypala. Smakuje jak mały słodki racuch z rodzynkami. Wan Yung, która wcześniej jak zwykle krytykowała ów przepis (a tym bardziej "haniebne" stosowanie się do podanych ilości) zaczuna zmieniać swoją opinię. Chris jednak, z uporem maniaka, powtarza "It's gonna be a total disaster" po czym żegna się mówiąc, iż ma na 9:00 wykład i idzie spać.

Poniedziałek, 01:00 - 02:00

Ja i Wan Yung kontynuowaliśmy pracę. Ponieważ wcześniej podwoiliśmy składniki, ciasta wciąż było dużo. Na szczęście późne godziny sprzyjają myśleniu i po kilku minutach zauważamy, że na patelni mieszczą się więcej niż 2 ciaasteczka naraz. Poza tym odkrywamy jeszcze, że do ich przewracania można użyć dwóch noży, nie jednego (plaskowa łopatka Chrisa nie wytrzymała atmosfery i zaczęła wymiękać...może dlatego, że kosztowała 12p?). Po 30 minutach cichej pracy przy akompaniamencie Kosmopolaka kończymy pracę. Zasiadamy przy stole: na talerzu wielki stos ciasteczek, obok słoik z dżemem, miodem, cukier i cynamon. Po kolei próbuję różnych kombinacji. Wan Yung nie lubi innowacji, więc zjada je na sucho.

Poniedziałek, 02:00 - 04:35

Kończy się płyta. Zbieramy się już do wyjścia, ale oboje swierdzamy, że można jeszcze porozmawiać. Otwieram przepastny folder ze zdjęciami i pokazuję co ciekawsze albumy - wyjazdy, szkołę czy wakacje. Robi się zimno i Wan Yung idzie po sweter. Ja w tym czasie przynoszę z pokoju Ptasie Mleczko. Okazuję się, że jest to "marshmellow" i że już to kiedyś jadła. Kończą się zdjęcia, ale nie rozmowa. Opowieści o Malezji i Polsce na przemian wypełniają dialog. W końcu mówię, że mam dziś wykład na 9:00 i czas już iść spać.

Poniedziałek, 04:40 - 04:45

Włączam komputer i piszę na Gadu-Gadu do Marianny, żeby sprawdzić czy już wstała.

Poniedziałek, 04:45 - 04:55

Przypominam sobie, że o 23:00 miałem się połączyć z rodzicami na Skypie. Jedyne wyjście to rozmowa rano. Przeliczam w głowie godziny i piszę wiadomość do Taty: "Możemy się połączyć rano, ok.7". Zastanawiam się, czy jest sens iść spać. Chwilę później drżącą ręką nastawiam budzik na 6:00.

Poniedziałek, 06:00 - 06:05

Wstaję. Budzi mnie sygnał telefonu. To Tata daje znać, że już jest online. Dobrze, że wcześniej przezornie nastawiłem profil na "głośny". Łączymy się, ale w Poznaniu praktycznie mnie nie słychać. Przekładamy rozmowę na wieczór.

Poniedziałek, 06:05 - o6:07

Mój kciuk krąży nad przyciskami telefonu. W końcu zrezygnowany nastawiam alarm na za pięć ósma.

Poniedziałek, 07:55 - 09:00

Pobudka. Wstaję i przecieram oczy. Jeszcze raz, mocniej. Nie pomaga, więc automatycznymi ruchami sięgam po ręcznik, szampon i klapki. W drodze do łazienki skręcam raz na ścianę...woda nie pomaga, a zimnej nie chcę puszczać za względu na energoegooszczędność. Ubieram się, zjadam śniadanie, biorę rzeczy, które przezornie przygotowałem przed pójściem spać, żeby teraz o nich nie myśleć. W drodze niewyspanie przechodzi, zimne powietrze orzeźwia lepiej niż wszystko inne. Po drodze oddaję "Parcifala" i równo z dzwonem zegarowym zjawiam się na wykładzie Filozofii myśli politycznej.

Poniedziałek, 09:00 - 10:00

Wykład. Długowłosy profesor-filozof omawia polityczną doktrynę św. Tomasza z Akwinu. Notuję, przypominam sobie poprzedni wykład i porównuję go z dzisiejszym. Ale w sali jest ciepło. I duszno. Robię co mogę, ale ręka mimowolnie zaczyna podpierać ciążącą głowę. W końcu, po półgodzinnej walce, czas robi mi przysługę i zaczyna wskazywać 10:00.

Poniedziałek, 10:00 - 10:05
Bibioteka. Korzystam z okazji i pożyczam "Aguirre, Gniew Boży" Wernera Herzoga. To na wieczór.

Poniedziałek, 10:25 - 15:00

Tesco. Spotykam się tam z Saszą, bo na umówiliśmy się, że dziś zrobimy sobie na obiad bułgarskie danie bez nazwy. Kupujemy potrzebne skłądniki: ziemniaki, płaty wieprzowiny, pomidory i białe wino. Już w domu kriomy wszytko do formy do pieczenia, zalewamy kolejno olejem, wodą i winem i wkładamy do piekarnika. Potem zajmujemy się ekonomią - pytaniami do testu oraz moim esejem. Sasza mówi, że jest dobry. Czuję się spokojny. Niestety, wylała mi sie na podłogę Dr. Pepper (tutejsza "hop-cola"). Niestety, na podłodze była wykładzina. Niestety, wykładzina była biała. Niestety, Sasza powiedział, że plamy z tego są jednymi z najtrudniejszych do usunięcia. Pomimo wszystkich tych przytłaczających przeszkód zaczęliśmy czyścić. Nie w ferworze walki Sasza spryskał wykładzinę chyba płynem do umywalek. Dość, że pomogło. Po 15 minutach plama stała się praktycznie niewidoczna. Przez ten czas w kuchni stało się jednak coś dużo gorszego. Właśnie kwardrans wystarczył, żeby nasze danie się przypaliło. I tak też się stało. Ziemniaki miały na czubku czarne skorupki, a mięso utwardziło się aż za bardzo. Sam smak był jednak niczego sobie, więc w zaistniałych okolicznościach uznaliśmy potrawę za sukces.

16:00 - 21:30

Czytam. Trochę tego co muszę, trochę tego, co chcę. Poza tym uzupełniam zaległości w kontaktach przez internet. Poza tym udaje mi się dokończyć mój pierwszy esej. Pewnie jeszcze go wygładzę, ale 98% już jest gotowe.

21:30 - 22:00

Film. Robię sobie kolację, zaciągam story, zaparzam gorącą herbatę waniliową i zaczynam. Aguirre zaczyna się ciekawie, ale po 20 minutach łapię się na tym, że po raz trzeci cofam scenę, żeby zobaczyć to, co przespałem. Wyłączam i przekładam to na poranek. Idę spać.

22:30 - 22:45

Byłem już jedną nogą u Morfeusza, kiedy jakby w oddali usłyszałem znajome głosy i pukanie do drzwi. Pokonując racjonalne opory, wstałem i otworzyłem. To Fanny i Shabika przyszły poprosić mnie o trochę chleba, bo Fanny kupiła laptopa i obecnie nie ma pieniędzy (tak przynajmniej twierdzi). Kroję 3 skibki (czyli połowę tego, co zostało), mówię dobranoc i idę spać.

23:00

Zasypiam

niedziela, listopada 05, 2006

100 (nie tylko post)

Jeszcze jeden powód, dla którego ten post jest wyjątkowy:

Tata przebiegł dziś maraton w Atenach.
Ten najprawdziwszy z maratonów.
W świetnym dla siebie czasie 4 godzin i 15 minut.

Jeśli chcecie wyrazić swoje uznanie dla niego, najlepiej chyba zrobić to jako komentarz.

________________________________________________

Z radością informuję was o tym, że wytrzymaliście już 100 postów mojego autorstwa. Myślę, że należy się Wam jakaś nobilitacja...o wiem - wszyscy, o których wiem, że czytają mojego bloga, otrzymają tytuł Honorowego Czytelnika.

Zatem nieniejszym ogłaszam, że tytuł Honorowego Czytelnika otrzymują:

Rodzina Szymczaków (Mama i Tata, wujek Grzegorz, ciocia Ilona, Babcia, Julian, Mateusz, Dominika)
Rodzina Sulików (Babcia i Dziadek)
Rodzina Urbańców (ciocia Ewa, wujek Janusz, Łukasz)
Znajomi Dziadka (pan Rudek, pan i pani Malejkowie)
Marianna Łakomy
Piort Andrzejewski
Aleksandra Ciążela
Stanisław Krawczyk
Magda Twardowska
Katarzyna Werner
Julian Dąbrowski
Mateusz Piotrowski
Krzysztof Kabaciński
Jan Zwierzyński
Inez Beszterda
Sylwia Błaszczyk
Barbara Nowacka
Mikołaj Kondej
Michał Styczeń
Anna Stroynowska
Dobrosława Piasecka
Zofia Adamska
Monika Wilde
Andrzej Wilde
Ula
Zofia
Agnieszka Pawłowska
Andrzej Pawłowski
Piotr Grygiel

Lista nie jest wg żadnej konkretnej kolejności.
Jeśli kogoś pominąłem, niech koniecznie da mi o tym znać!

_____________________________________________

A tej nocy błysk i huk,
Runął mój bezpieczny próg,
Gdy na ręce opadł cały ciężar mój.
I choć ledwie radę dałem,
Choć w ostatniej się złamałem,
To mych ramion się ukazał setny krój.

W poszukiwaniu straconego smaku

...kiedy poczułem w ustach smak babcinego pupleta, przed oczyma ukazał mi się obraz mojego dzieciństwa. Raz w tygodniu, po powrocie z przedszkola, jadłem je razem z ziemniakami i sosem. W wyobraźni ujrzałem cały ten sielski okres dzieciństwa, z jego pięknymi chwilami i dramatami: pierwszymi wystąpieniami na Dzień Dziadka i Babci, staniem w kącie za rozrabianie czy walką o klocki. Smak pulpetów to smak Polski, który powraca do mnie w tym dalekim kraju, przynosząc ze sobą cząstki tego, co pozostawiłem w ojczyźnie i chrząstki wspomnień. W tym delikatnym smaku zawiera się praca ludzka, w kawałkach cebuli - uczucie tych, którzy przygotowywali to jedzenie z myślą o mnie. Gdy zatem rozmrażam i jem je, przyjmuję jednocześnie i wyrażam wdzieczność za ten dar z materii, uczuć i tradycji. Dziwne a zaraz niezwykłe jest myśleć, że tak wiele wyraża się poprzez babcine pulpety...

Royal Holloway

Nie są to pewnie najładniejsze zdjęcia. Są one jednak moje i właśnie dlatego je tu zamieszczam. Oto jak wygląda główny budynek mojego uniwersytetu:

pierwszy wewnętrzny dziedziniec: na środku posąg królowej Wiktorii

drugi wewnętrzny dziedziniec


front za dnia: nad bramą widać wieżę zegarową

front nocą

Dzień 43 - sobota

6.33 - 7 minut przed budzikiem. Zawsze wierzyłem w swój biologiczny zegar. Prysznic zmył ze mnie resztki snu, a zimne płatki z mlekiem pobudziły do działania. Ubrałem polar, kurtkę i opaskę, wrzuciłem do plecaka prowiant (banan, jabłko, chałwa i 2 kanapki z miodem i małsem orzechowym) i ruszyłem na stację. Blady świt wstawał dopiero, kiedy ja czekałem juz na pociąg. Chłód poranka orzeźwiał i budził.



"Welcome aboard on the South West Train Service to Weybridge. This train terimnates at Weybridge".



Weybridge. Zabrakło mi 30 sekund, żeby zdążyć na pociąg do Basingstoke. Następny za pół mroźnej godziny.

"Welcome aboird on the South West Train Service to Basingstoke. Calling at: Woking, Brokewood, Famborough, Fleet, Winchfield, Hook and Basingstoke."

Basingstoke. Za 10 minut pociąg. Dobrze, bo na dworze wciąż chłodno.

"Welcome aboard on the South West Train Service to Salisbury. [...] This is Salisbury. Please mind the gap between the train and the platform edge."

A więc jestem. Ale to jeszcze nie koniec podróży. Przeszedłem przez miasteczko, które budziło się dopiero do życia.


Trafiłem do informacji - okazało się, że autobus odchodzi za 3 minuty. Biegiem puściłem się po wąskim chodniku, pędęm wymijając zdziwionych ludzi. Po 2,5 godzinach siedzenia i czekania na peronach moje ciało z ochotą zaczęło się ruszać, więc zdążyłem na duży, piętrowy, czerwony angielski autobus, który w pół godziny zabrał mnie do ostatecznego celu tej szalonej podróży:


Przez prawie godzinę chodziłem wokół, robiąc zdjęcia i zastanawiając się, dlaczego Celtowie mieliby tutaj stawiać coś takiego. Nie jest to przecież żadne szczególne miejsce pod względem strategicznym ani handlowym. Zatem musi w nim być coś innego - może, tak jak nasze kościoły, stanęło po prostu w miejscu, gdzie ludzie spotykali się na modlitwie? Albo, z drugiej strony, zbudowano je tam w tym właśnie celu, żeby stało się czymś w rodzaju świętego miejsca? Ale obszar ten (przynajmniej obecnie) niczym się nie wyróżnia: wokół same płaskie pola, a na horyzoncie las. Po co ktoś zadawałby sobie tyle trudu i sprowadzał tu wielkie kamienie z odległych o setki kilometrów krain?




Te i inne pytania chodziły mi jeszcze po głowie, kiedy wracałem do Salisbury. W miasteczku zwiedziłem starą gotycką katedrę.


Była ładna, jak wszystkie gotyckie budowle, jednak nie tak piękna jak świątynie we Florencji czy Sienie.

Wnętrze udekorowane było wyłącznie tablicami pamiątkowymi po zmarłych wielkich tej krainy - lordach, generałach i księciach.



Napotkałem też wewnątrz dwa ciekawe eksponaty: średniowieczny zegar oraz małą, cichą fontannę.


(na powierzchni wody widać odbicie witrażu)

Później przeszedłem sie po głównej uliczce ze sklepami i oraz kilku sąsiednich uliczkach i parku. Podoba mi się w Anglii to, że nawet duże sklepy nie stawiają sobie wielkich matalowych hal, ale mieszczą się w obrębie kamienic i miejskich zabudowań. Dzięki temu wszystko ma w miarę jednolity, określony styl.







W jednym ze sklepów chciałem kupić coś typowo angielskiego. Pani ekspedientka zastanowiła się i nieco zakłopotana powiedziała, że nie wie. Poprosiła o pomoc koleżankę. Ta z kolei wskazała na Turkish Delight - słodkie tureckie galaratki z cukrem. Nie chciałem wtrącać, że, jak sama nazwa wskazuje, tureckie galaretki są raczej z Turcji niż z Anglii...

Na koniec zacząłem wędrować Riverside Walk, która wyprowadziła mnie z centrum miasta na ładne pola położone za miastem.




W końcu nadszedł czas powrotu. Tym razem jechałem inną drogą. Pociągi jednak były takie same: "Welcome aboard to the South West Train Service to London Waterloo. Calling at: Earling, Vinnersh Triangle, Vinnersh, Wokingham, Bracknell, Martins Herem, Ascot, Sunningdale, Virginia Water, Egham, Staines, Feltham, Twickenham, Richmond, Clapham Junction and London Waterloo."...

Podróż rozpoczęła się przez świtem i zakończyła po zachodzie słońca.

Tekst tygodnia

Pieczemy ciasteczka. Louis przychodzi, zjada lody używając łyżki. Wstaje, wyrzuca opakowanie po lodach do kosza, zaś brudną łyżkę do szuflady:

- This is my way of washing up.

Dzień 42 - piątek

Dziś był naprawdę piękny dzień.

Jeden mało obciążający wykład o ekonomii edukacji był dopiero wstępem do dnia właściwego.
Pogoda znów była wspaniała - chłodna, ale słoneczna aura sprzyjała uśmiechom i napawała radością. Smaczny obiad w miłym towarzystwie Asifa i Saszy sprawił, że zapomniałem o tym wszystkim, co tak bardzo i tu przeszkadza (kiepskiej matematyce, małych wymaganiach na pierwszym roku itd.).



Potem poszedłem na popołudniowy koncert - studenci Muzyki dają którkie koncerty w piątki. Tym razem był to fortepian oraz kilka pieśni klasycznych. Jakże pięknie brzmiały te tony, odbijając się od zabytkowych ścian w Picture Gallery, ożywiając wiszące rzędy wielkich malowideł! Tak muzycznie nastrojony udałem się do biblioteki muzycznej i wypożyczyłem dzieło Ryszarda Wagnera. Był to Parcifal, gdyż tylko ta nazwa w spisie cos mi mówiła. Zaniepokoiłem dopiero w domu, kiedy zamiast jednej płyty z muzyką odkryłem 4 płyty dramatu muzycznego...zapowiada się ciekawy weekend.

Po powrocie do pokoju zabrałem się wreszcie za porządek. Na początek prasowanie nowym malutkim żelazkiem. Zobaczcie sami:

przed:
po:

Wydaje mi się, że to najlepsze co można osiągnąć przy taki oto warsztacie pracy:


Później odkurzyłem jeszcze pokój i zabrałem się za czytanie. Oprócz tego skrystalizował się szalony plan na dzień jutrzejszy...spać poszedłem wcześnie, bo o północy. Muszę wstać jutro wcześniej niż zwykle...

Ciasteczka pieczone rozumnie

Opowieść o tym, jak potęga ludzkiego rozumu ułatwia życie.

Była 22. gdy zaczęliśmy pieczenie. Wan Yung jak zwykle nie chciała używać żadnych przepisów ani odmierzonych proporcji, bo to jest przecież "no fun" tak piec według czyiś zaleceń. Jako że tym razem te ciasteczka były wyłącznie na jej potrzebę, nie spierałem się o to. W garnku znalazło się jakieś 12 łyżek mąki, 6 łyżek cukru i pół kostki masła. Wiedzieliśmy tylko, że ciasteczka mają być raczej kruche niż delikatne i tłuste, więc stopniowo dodawaliśmy mąki, a później jeszcze mleka. Ciasto przeszło chyba przez wszystkie możliwe konsystencje, żeby w końcu osiągnąć postać, jaką Wan Yung uznała za satysfakcjonującą. Nie chciałem się wtrącać, ale odniosłem nieodparte wrażenie, że zamiast półgodzinnego kombinowania można było po prostu skorzystać z przepisu...

W tym samym czasie Wan Yung rozpuściła czekoladę, która miała śłużyć za polewę. Trzeba Wam jednak wiedzieć, że czekolada ma tę irytującą właściwość, iż oddaje pewną ilość wody i po pewnym czasie zastyga. Jak się zapewne już domyślacie, zdążyła zastygnąć przynajmniej 2 razy, zanim w ogóle uporaliśmy się z ciastem. W końcu czekolada została odstawiona na bok, a my skupiliśmy się na formowaniu ciasteczek.

Minęło kolejne pół godziny, kiedy stwierdziłem, że trochę za długo trwa to pieczenie i podkręciłem gaz. Pomogło. Po kolejnych 15 minutach i porcji ciasteczek uderzyła mnie jedna myśl - dlaczego korzystamy z jednej blachy, skoro pod ręką są dwie?

Wan Yung przez 10 minut starała się rozpuścić zastygłą już czekoaldę. Dopiero później uderzyła ją myśl, by czekoladę nieco rozmiękczyć. Użyła do tego oleju.

Kolejny przełom nadszedł, kiedy po trzeciej blasze Wojtek odkrył, że nie trzeba trzymać folii z upieczonymi ciasteczkami na blasze - można je bowiem przełożyć w inne miejsce, a blachę dalej używać do pieczenia kolejnych porcji...

Czekolada z olejem nie dawała najlepszych rezultatów, bo była bardzo tłusta, a poza tym szybko zastygała. Dopiero Benedine, 3 i, jak się później okazało, największy umysł całej operacji, zasugerowała użycie mleka zamiast oleju. Rezultaty były oszałamiające - czekolada była nie tylko nie tak ciemna, ale też na długo pozostawała ciekła. Poza tym nie była tłusta ani nie miała posmaku oleju.



Wojtek, mgliście wspominając lekcje fizyki, postanowił używać najwyższych partii piekarnika. Pomysł ten nie przyszedł jednak tak szybko, jak moglibyście sądzić. Później otworzył jeszcze okno i położył tam polane już czekoladą ciasteczka, żeby polewa szybciej zastygła. Jednak to dopiero Benedine, prawdziwy Mózg tego przedsięwzięcia (jednak też dopiero na koniec pieczenia) doznała oświecenia: włożyła polane już ciasteczka do zamrażalnika. Dzięki temu zamiast 15 minut czekaliśmy 1,5.

Wszystko to niech śłuzy za przykład przyszłym pokoleniom i stanowi dowód potęgi ludzkiego umysłu.

Dzień 41 - czwartek

Z samego rana, gdy cały akademik jeszcze pewnie drzemał o kolejnych imprezach i nadchodzącym weekendzie, udałem się na mszę za dusze zmarłe. I, muszę szczerze przyznać, zimno było! Zaskoczył mnie przede wszystkim szron na trawnikach i para, która wydobywała się z moich ust. Na szczęście oprócz swetra wziąłem kurtkę, a msza nie była długa.

Już w drodze powrotnej myślałem o płatkach, które zjem - tym razem wybierałem je sam i mieszanka - płaki owsiane, miód, kawałki migdałów, rodzynki- okazała się bardzo dobra. Niestety nie było mi dane zjeść ich po bożemu. Płatki już czekały nasypane w miseczce, łyżka ochoczo czekała, gotowa do akcji, kiedy moja ręka - sięgając do lodówki - natrafiła na próżnię! Mleka nie było! Wprawdzie płatki zjadłem z jogurtem, ale zły humor pozostał na kilka następnych godzin...

Potem naprawdę chciałem zrobić porządek. Ale przypomniałem sobie, że mam rano wykłady z matematyki, na których już powinienem zacząć się pojawiać. Przedkładając obowiązek nad fizyczną koniecznośc, wymanerowałem jakoś z pokoju i udałem się na wykład. Po namyśle stwierdzam, że porządki byłyby lepszym spożytkowaniem czasu.

Podczas obiadu postanowiłem zjesć ostatniego ziemniaka. Zapewne czekal na to z niecierpliwością, bo od kilku tygodniu leżał już w szafce sam. Postanowiłem, że przyrządzę z niego Jacked Potato z moja ulubioną tu fasolką. James doradził, żeby na górę utrzeć trochę żółtego sera - rzeczywiście, warto było. W międzyczasie zdążyłem zrobić 2 babcine polskie pulpety (--> ..:://W poszukiwaniu straconego kraju\\::..) z warzywami. Ziemniak piekł się przeszło 40 minut, ale chyba warto było. James, chcąć odwdzięczyć się za polskie piwo, dał mi do spróbowania 2 typowe angielskie przyprawy - sosy, które podobno najlepiej pasują właśnie do ziemniaka z fasolką. Istotnie, smakowały całkiem dobrze.

Popołudniowe zajęcia okazały się odwołane (właściwie odrabialiśmy je wcześniej, ale zapomniałem o tym). Był więc czas na kilka stron Financial Timesa. Był też czas na coś, o czym dzień wcześniej wspiminał James - że podobno za 20 funtów można znaleźć samolot w obie strony do Edynburga...a że mam w nadchodzącym tygodniu parę dni wolnych, w głowie zaczął powstawać szalony pomysł. Niestety, mój sąsiad musiał się mylić - najtańsze, co znalazłem, to 87 funtów. Plan upadł równie szybko jak się narodził, ale w jego miejsce wstąpił inny, bardziej realny. Szybko sprawdziłem połączenie w National Railway - 12 funtów w jedną stronę - drogo. W obie strony - również 12 funtów! Nie mogłem w to uwierzyć, ale Ben siedzący obok potwierdził, że to co widzę to nie iluzja. Pozostało tylko przejrzeć kilka witryn i sensownie rozplanować dzień...

Tak też upłynął czas do Investment Club. Tam podzielono nas na grupy zajmujące się różnymi rynkami - ja trafiłem do grupy międzynarodowej. Będziemy na razie inwestować w kilka spośródf największych amerykańskich spółek. Ja wziąłem sektor IT. Przy okazji usłyszałem rzucone przez kogoś "Cześć!". Instynktownie odpowiedziałem tym samym. Trzy głowy podniosły się na mój głos, trzy pary oczy spojrzały w moją stronę. "Ty też jesteś z Polski?" - zapytał jeden z nich. I w ten sposób poznałem 3 nowych, pierwszorocznych rodaków.

Karate było o tyle ciekawe, że po raz kolejny szkolił nas inny czarny pas. Wydaje mi się, że ma to głęboki sens, bo każdy zwraca uwagę na inny aspekt karate, podkreśla inne rzeczy. Kiedy łączę to wszystko, powstaje spójny obraz tego, czego muszę się jeszcze nauczyć.

Po powrocie obiecałem Wan Yung, że pomogę jej przy robieniu ciasteczek, które zabiera dla koleżanki do Londynu (--> ..:://Ciasteczka pieczone rozumnie\\::..).

Dzień 40 - środa

Chciałem rano zrobić porządki. Nie udało się. Znowu. Ale porządek nie ucieknie.

Na 12 poszedłem do kościoła - wszak to Dzień Wszystich Świętych. Wiernych mółbym jednak policzyć na palcach. Udałem się też na cmentarz. Chciałem kupić znicz i zapalić na współnym grobie lub pod krzyżem - nikt jednak zniczy nie sprzedawał. Cmentarz był zimny, ciemny i pusty. Przykro mi się zrobiło, kiedy wspomniałem nasze świetliste łuny świec i ludzkiej pamięci...

Potem przyszedł czas na spotkanie z Ojcem Vladem. Okazało się, że wszystkie religie, od tych najdawniejszych, posługują się różnego rodzaju totemami - symbolami czczonymi zarówno ze względu na przypisywaną im symbolikę jak i na nie same. I że właściwie główną cechą religii jest to, że tworzy ona i spaja społeczność. Nie jest zaś główną cechą religii Bóg. Ludzie właściwie czczą totemy, które odzwierciedlają społeczeństwo, a więc - czczą własną, uświęconą grupę. Dyskusyjne - ale czy mnie wolno dyskutować z Durkheimem?

Później, czekając na kolejne zajęcia udało mi się przejrzeć Financial Timesa. Cieszę cię, bo udaje mi się przeglądać ten dziennik przynajmniej 2-3 razy w tygodniu - może kiedyś w pełni zrozumiem o czym tam piszą? Może kiedyś będę go czytał szybciej niż 10 stron na godzinę?

Wykład z filozofii okazał się być czymś zgoła innym. Po tym, jak po raz drugi znalazłem się sam jeden w kilkudziesięcioosobowym gronie profesorów i wykładowców, zacząłem mieć pewne wątpliwoście - czy jestem właściwą osobą na właściwym miejscu? Moje wątpliwości rozwiał jeden z siedzących obok nauczycieli - okazało się że jest to History and Arts Research Centre. Ich spotkania dotyczą szeroko pojętego rozważania problemów filozoficzno-społecznych. Na szczęście ów pan powiedział też: "The more the merrier", więc z przyjemnością zostałem. Tym sposobem dowiedziałem o tym, czym jest doświadczenie oglądania telewizji od strony fenomenologicznej, jaka jest relacja między przekazem telewizyjnym a widzem.

Na koniec dnia - karate. Było ciekawie, bo ćwiczyliśmy kilka technik obrony przed uderzeniem. Było też lepiej niż w zeszłym tygodniu, bo ćwiczyłem z Azjatą o Niejasnym Angielskim Akcencie. Nie miał jednak w sobie ducha Bruce'a Lee - uderzenia i kopnięcia zadawał jakoś tak niemrawo...

Wieczorem poszedłem do Jamesa i ofiarowałem mu przywiezionego z Polski Lecha i Żywca. Zaskoczony był chyba moim gestem, bo dziękował mi ze 3 razy. Cieszę się, że mu smakowało. Poza tym rozmawialiśmy o tym, co warto zobaczyć w Londynie: opery, przedstawienia "Westerns" czy galerie. James razem z dziewczyną - Charlie - zaplanowali sobie "na kiedyś" wizytę w Polsce. Wtedy też po raz pierwszy rzucone zostały okruchy szalonego planu...

sobota, listopada 04, 2006

Dzień 39 - wtorek

Od samego rana dało się zauważyć, że dzisiejszy dzień będzie szczególny. Kiedy zbudziłem się po regularnym już, 5-godzinnym śnie, za oknem świeciło słońce, a ptaki na bezchmurnym niebie śpiewały radosne tony. "O nie!" pomyślałem, przekonany, że po raz pierwszy w życiu zaspałem do szkoły. Ale otóż - nie! Zegarek wskazywał 8.30 - jeszcze 10 minut do alarmu. Wszystko dzięki podwójnemu przestawieniu czasu, ktorego doświadczyłem w weekend.

Pierwszy poważny wykład z Metod Ilościowych okazał się być...lekcją organizacyjną. Tyle z tego dobrego, że pozwoliło mi to ocenić wykładowcę - pani wie czego chce i sprawia wrażenie wymagającej. To dobrze wróży. Drugi, popołudniowy wykład był już na temat...temat układu 2 równań...cóż, przebolałem.

Dzień stawał się coraz bardziej absurdalny - przed ćwiczeniami z Międzynarodowej Polityki Ekonomicznej pojawił się przede mną stwór:


Na szczęście odstraszyłem go fleszem.

Po zajęciach razem z Saszą poszliśmy na Finance Career Evening - 2 godzinną prezentację. 4 osoby w eleganckich garniturach roztaczały przed nami wspaniały świat biznesu i finansów. 4 ludzi sukcesu opowiadało o wspaniałych pespektywach kariery, jakie oferują ich korporacje. 4 istnienia ludzkie wchłoniętę przez potężnego Pieniądza. W pierwszej chwili czułem do tego wszystkiego odrazę - jakże można skupić swoje zycie na finansach, pasjonować się czymś takim jak podatki?! Potem zrobiło mi się ich żal - czy dla nich w życiu istnieje coś innego niż praca, która wypełnia im całość egzystencji? Ale w chwilę później zacząłem dostrzegać pewne zalety takiej pracy: jedna z osób mówiła o pracy w banku - przez kilka lat pracowała w kilku różnych oddziałach banku...na świecie. Na świecie...praca w tygodniu - a w weekend - poznawanie kraju! Skłoniło mnie to do zadania pytania: ile właściwie wolnego czasu daje ta "wspaniała" praca, o której opowiadają. Okazało się, że "to zależy". Jeśli "chcę" zarabiać 35000 funtów rocznie - mam tydzień wypełniony od 7 do 23 przez 6 dni w tygodniu. Ale jeśli "satysfakcjonuje" mnie 20000 funtów rocznie, to mam pracę 9-5 od poniedziałku do piątku. Brzmi nieźle. Ale to i tak tylko czysta spekulacja - może założę własną piekarnię zamiast bawić się w jakieś księgowości?

Po powrocie, na korytarzu, spotkałem Jamesa. Wybierał się na Halloween party:


Minęło kilka godzin, wiele stron zostało przeczytanych. Około północy usłyszałem pukanie w okno - to Louis przyszła. Jak zwykle, kiedy puka w okno - była "happy". Potwierdzała to, lekko kołysząc się na boki. Pytała mnie o różne dziwne rzeczy - czy dzisiaj umrze, czy jestem na nią zły, czy lubię Halloween. Później, około drugiej, kiedy już układałem się do snu, posłyszałem zza okna dziwne krztuszenie. Zaniepokojony, wyjrzałem na zewnątrz. To James pozbywał się nadmiernych ilości alkoholu po zabawie...

środa, listopada 01, 2006

Dzień 38 - poniedziałek

Dziś wyszedłem wcześniej - Henry powiedział mi w środę, że mają w poniedziałki wykłady z filozofii myśli politycznej. Punktualnie o 9 zjawiłem się w sali wykładowej, z niepokojem czekając no to, co będzie dalej. Chwilę później wkroczył wykładowca-filozof. długie włosy dumnie powiewały, kiedy schodził po schodach w kierunku katedry. Wyglądało to jak w starożytnym greckim teatrze. Kiedy zaczął mówić, od razu wiedziałem, że dobrze trafiłem. Dziś zajmowaliśmy się św. Augustynem i jego Państwem Bożym. Lektura - wybrane rozdziały wspomnianiego wyżej dzieła. Mam nadzieję, że uda mi się chociaż rzucić okiem...

Na wykładzie z ekonomii Anthony zrobił małą powtórkę i wstęp do zaganień podaży. Żeby zachęcić nas do odpowiedzi, przyniósł puszkę cukierków, którymi w nagrodę miotał po sali. Podziałało natychmiast...Sam Anthony westchnął w pewnym momencie: "This is like kind of a zoo"...
Później mówił jeszcze o teście przypadającym za 2 tygodnie. Zapewniał, że jest bardzo prosty: "You need 6 out of 15 to pass...a monkey choosing random would get 4..."

Podczas obiadu spotkałem Asifa z Bangladeszu (ale właściwie to z Belgii). Stoczyliśmy krótką, ale bardzo interesującą rozmowę o religiach - Islamie i Chrześcijaństwie.

Po wieczorem wróciłem i czytałem "artykuł" o korupcji (40 stron). W międzyczasie zrobiłem sobie kolację z Polskiego Chleba (podobnie jak i śniadanie) oraz zrealizowałem przepis na ciasteczka z kaszki dla dzieci . Ciasteczka były trochę nierówno wypieczone, ale ogólnie chyba się udały - nawet Fanny, Francuzka, powiedziała, że są tak dobre, że powinienem je sprzedawać...


Wieczorem (właściwym wieczorem) przysżła jeszcze Wan Yung i powiedziała, że jej się nudzi...że chętnie by coś upiekła, np. shortbread (maślane ciasteczka). Jakże mogłem odmówić? Znleźliśmy w internecie przepis i zabraliśmy się (powoli) do dzieła. Zanim jednak zaczęlismy właściwe pieczenie, zrobiła się północ. Tym sposobem uzyskaliśmy pyszne ciasteczka maślane o 2 w nocy. Polecam.