Teren działań: Egham i okolice
Czas operacji: 39 godzin
Niedziela, 8:00
Wstaję.
Niedziela, 11:00 - 12:00
Msza. Ksiądz z ambony zaczyna kazanie. Mówi, że był kiedyś w Hiszpanii i widział, że na Wszystkich Świętych ludzie tłumnie zbierają się na cmentarzach, zapalają znicze, przyozdabiają groby kwiatami, modlą się; że to jest prosta, ale prawdziwa wiara. "Anglo-Saxons do not do that kind of things, do they?" - kończy sarkastycznie.
Niedziela, 14:00 - 15:30
Karate. Ćwiczymy jednoczesny blok i uderzenie. Staram sie jak mogę, ale kiedy współćwiczący boi się mnie lekko nawet uderzyć, nic z tego nie wychodzi. Przecież nie o to w karate chodzi, żeby się głaskać...
Niedziela, 16:00 - 16:30
Obiad. Ponownie próbuję przepisu Chrisa. Ugotowany makaron i rozdrobnione babcine pulpety wrzucam na patelnię, zalewam jajkiem i posypuję przyprawami. Bardzo dobre. I bardzo sycące.
Niedziela, 16:30 - 20:00
Nauka. Czytam trochę książki, powtarzam ekonomię i zaczynam esej. Jest zaskakująco łatwy. Piszę połowę (ok. 500 słów + wykresy) i zostawiam resztę na jutro. Muszę zapytać Saszę odnośnie formy.
Niedziela, 20:00 - 20:10
Chris. Poszedłem do niego zapytać czy chce piec, ale okazało się, że ma świeżo kupione Neverwinter Nights 2. Którko pokazał mi różnice w porównaniu do pierwszej części.
Niedziela, 20:10 - 20:15
Zbieramy ludzi. Właściwie tylko Wan Yung ma ochotę piec. Właściwie to nie ma prawie nikogo innego, bo wszyscy wyjechali na weekend.
Niedziela, 20:15 - poniedziałek, 01:00
Welsh Cakes. Mieszamy odmierzone składniki, ale tutejsza miara sprawia nam kłopoty. Nawet Chris, rodowity Bryton, nie ma pojęcia, ile to jest 8oz. Wtedy właśnie mówi po raz pierwszy "It's gonna be a total disaster". W międzyczasie przynoszę laptopa, a Chris płyty z muzyką poważną. Robi się bardzo miło. Zauważa też, że nasze ciasto nie powinno był półpłynne i lepkie, ale "firm". Dodajemy mąki. 2 razy."It's gonna be a total disaster" wtrąca Chris. Istotnie, ciasto staje się "firm", ale wtedy okazuje się, że należy je rozwałkować. "It's gonna be a total disaster" dodaje znów Chris. Rozgrzewamy patelnię i zaczynamy smażyć ciasteczka. W tym czasie kończą się płyty i Wan Yung mówi, żebym puścił cos polskiego. Ponieważ 80% mojej muzyki to Kaczmarski, wybór był oczywisty...jak miło usłyszeć w kuchi potężną Obławę, Mury i wszystkie inne bliskie sercu pieśni! Pierwsze "ciasteczko" nieco się przypala. Smakuje jak mały słodki racuch z rodzynkami. Wan Yung, która wcześniej jak zwykle krytykowała ów przepis (a tym bardziej "haniebne" stosowanie się do podanych ilości) zaczuna zmieniać swoją opinię. Chris jednak, z uporem maniaka, powtarza "It's gonna be a total disaster" po czym żegna się mówiąc, iż ma na 9:00 wykład i idzie spać.
Poniedziałek, 01:00 - 02:00
Ja i Wan Yung kontynuowaliśmy pracę. Ponieważ wcześniej podwoiliśmy składniki, ciasta wciąż było dużo. Na szczęście późne godziny sprzyjają myśleniu i po kilku minutach zauważamy, że na patelni mieszczą się więcej niż 2 ciaasteczka naraz. Poza tym odkrywamy jeszcze, że do ich przewracania można użyć dwóch noży, nie jednego (plaskowa łopatka Chrisa nie wytrzymała atmosfery i zaczęła wymiękać...może dlatego, że kosztowała 12p?). Po 30 minutach cichej pracy przy akompaniamencie Kosmopolaka kończymy pracę. Zasiadamy przy stole: na talerzu wielki stos ciasteczek, obok słoik z dżemem, miodem, cukier i cynamon. Po kolei próbuję różnych kombinacji. Wan Yung nie lubi innowacji, więc zjada je na sucho.
Poniedziałek, 02:00 - 04:35
Kończy się płyta. Zbieramy się już do wyjścia, ale oboje swierdzamy, że można jeszcze porozmawiać. Otwieram przepastny folder ze zdjęciami i pokazuję co ciekawsze albumy - wyjazdy, szkołę czy wakacje. Robi się zimno i Wan Yung idzie po sweter. Ja w tym czasie przynoszę z pokoju Ptasie Mleczko. Okazuję się, że jest to "marshmellow" i że już to kiedyś jadła. Kończą się zdjęcia, ale nie rozmowa. Opowieści o Malezji i Polsce na przemian wypełniają dialog. W końcu mówię, że mam dziś wykład na 9:00 i czas już iść spać.
Poniedziałek, 04:40 - 04:45
Włączam komputer i piszę na Gadu-Gadu do Marianny, żeby sprawdzić czy już wstała.
Poniedziałek, 04:45 - 04:55
Przypominam sobie, że o 23:00 miałem się połączyć z rodzicami na Skypie. Jedyne wyjście to rozmowa rano. Przeliczam w głowie godziny i piszę wiadomość do Taty: "Możemy się połączyć rano, ok.7". Zastanawiam się, czy jest sens iść spać. Chwilę później drżącą ręką nastawiam budzik na 6:00.
Poniedziałek, 06:00 - 06:05
Wstaję. Budzi mnie sygnał telefonu. To Tata daje znać, że już jest online. Dobrze, że wcześniej przezornie nastawiłem profil na "głośny". Łączymy się, ale w Poznaniu praktycznie mnie nie słychać. Przekładamy rozmowę na wieczór.
Poniedziałek, 06:05 - o6:07
Mój kciuk krąży nad przyciskami telefonu. W końcu zrezygnowany nastawiam alarm na za pięć ósma.
Poniedziałek, 07:55 - 09:00
Pobudka. Wstaję i przecieram oczy. Jeszcze raz, mocniej. Nie pomaga, więc automatycznymi ruchami sięgam po ręcznik, szampon i klapki. W drodze do łazienki skręcam raz na ścianę...woda nie pomaga, a zimnej nie chcę puszczać za względu na energoegooszczędność. Ubieram się, zjadam śniadanie, biorę rzeczy, które przezornie przygotowałem przed pójściem spać, żeby teraz o nich nie myśleć. W drodze niewyspanie przechodzi, zimne powietrze orzeźwia lepiej niż wszystko inne. Po drodze oddaję "Parcifala" i równo z dzwonem zegarowym zjawiam się na wykładzie Filozofii myśli politycznej.
Poniedziałek, 09:00 - 10:00
Wykład. Długowłosy profesor-filozof omawia polityczną doktrynę św. Tomasza z Akwinu. Notuję, przypominam sobie poprzedni wykład i porównuję go z dzisiejszym. Ale w sali jest ciepło. I duszno. Robię co mogę, ale ręka mimowolnie zaczyna podpierać ciążącą głowę. W końcu, po półgodzinnej walce, czas robi mi przysługę i zaczyna wskazywać 10:00.
Poniedziałek, 10:00 - 10:05
Bibioteka. Korzystam z okazji i pożyczam "Aguirre, Gniew Boży" Wernera Herzoga. To na wieczór.
Poniedziałek, 10:25 - 15:00
Tesco. Spotykam się tam z Saszą, bo na umówiliśmy się, że dziś zrobimy sobie na obiad bułgarskie danie bez nazwy. Kupujemy potrzebne skłądniki: ziemniaki, płaty wieprzowiny, pomidory i białe wino. Już w domu kriomy wszytko do formy do pieczenia, zalewamy kolejno olejem, wodą i winem i wkładamy do piekarnika. Potem zajmujemy się ekonomią - pytaniami do testu oraz moim esejem. Sasza mówi, że jest dobry. Czuję się spokojny. Niestety, wylała mi sie na podłogę Dr. Pepper (tutejsza "hop-cola"). Niestety, na podłodze była wykładzina. Niestety, wykładzina była biała. Niestety, Sasza powiedział, że plamy z tego są jednymi z najtrudniejszych do usunięcia. Pomimo wszystkich tych przytłaczających przeszkód zaczęliśmy czyścić. Nie w ferworze walki Sasza spryskał wykładzinę chyba płynem do umywalek. Dość, że pomogło. Po 15 minutach plama stała się praktycznie niewidoczna. Przez ten czas w kuchni stało się jednak coś dużo gorszego. Właśnie kwardrans wystarczył, żeby nasze danie się przypaliło. I tak też się stało. Ziemniaki miały na czubku czarne skorupki, a mięso utwardziło się aż za bardzo. Sam smak był jednak niczego sobie, więc w zaistniałych okolicznościach uznaliśmy potrawę za sukces.
16:00 - 21:30
Czytam. Trochę tego co muszę, trochę tego, co chcę. Poza tym uzupełniam zaległości w kontaktach przez internet. Poza tym udaje mi się dokończyć mój pierwszy esej. Pewnie jeszcze go wygładzę, ale 98% już jest gotowe.
21:30 - 22:00
Film. Robię sobie kolację, zaciągam story, zaparzam gorącą herbatę waniliową i zaczynam. Aguirre zaczyna się ciekawie, ale po 20 minutach łapię się na tym, że po raz trzeci cofam scenę, żeby zobaczyć to, co przespałem. Wyłączam i przekładam to na poranek. Idę spać.
22:30 - 22:45
Byłem już jedną nogą u Morfeusza, kiedy jakby w oddali usłyszałem znajome głosy i pukanie do drzwi. Pokonując racjonalne opory, wstałem i otworzyłem. To Fanny i Shabika przyszły poprosić mnie o trochę chleba, bo Fanny kupiła laptopa i obecnie nie ma pieniędzy (tak przynajmniej twierdzi). Kroję 3 skibki (czyli połowę tego, co zostało), mówię dobranoc i idę spać.
23:00
Zasypiam