The Conquest of England

Relacje z frontu na Wyspach.

Nazwa:
Lokalizacja: Poland

środa, listopada 15, 2006

Dzień 50 i 51 - sobota i niedziela

Obudziłem się, po średnio przespanej nocy. Wieczorem graliśmy w "I have never..." żeby poznać nowych Bootsów i gra przedłużyła się długo w noc. Kiedy wszyscy pochowali się już w śpiwory, rozległ się nagły łomot i huk...to tylko Tom sturlał się z ławy. Obudził tym chyba wszystkich w pokoju - oprócz siebie samego...ja budziłem się raz po raz, jako że spałem na szerokiej na łokieć ławie tuż pod oknem, przykryty lekkim kocem.

Pomknąłem do kuchni, żeby być jednym z tych, którzy mają luksus wyboru tego, co zjedzą na śniadanie. W ten sposób załapałem się na trochę gumowe płatki (pamiętałem je z wyprawy do Walii) oraz kanapki z masłem orzechowym i czekoladą.

O 10.15 wyruszyliśmy - najpierw busem, a potem już pieszo - zdobywać Peak District. Było nas 25 osób, więc z konieczności posuwaliśmy się raczej wolno. Wzgórza przed nami, pokryte zielonymi jeszcze łąkami i połaciami brązowych, wyschniętych wrzosów oraz zachmurzone tajemniczo niebo sprawiały ponure, niegościnne wrażenie. Zaraz jednak było w tych wzniesieniach coś niezwykłego, jakby pradawna moc drzemiąca wewnątrz, pochowana pod pastwiskami i kamiennymi murkami. Wrażenie to potęgował wzmagający się z każdym krokiem świszczący w uszach wicher. Kiedy wbiegliśmy na grzbiet łańcucha wzgórz, wiatr stał się jeszcze silniejszy - musiałem skoncentrować się na stawianiu kroków.

Potem zaczęliśmy wchodzić na niewielki szczyt górujący nad okolicą. Na odsłoniętej ścieżce trudno było już stawiać kroki - musiałem uginać nogi i pomagać sobie rękami. Przenikliwy wiatr chłodził bardziej niż bym tego pragnął.

Po godzinnej wędrówce wietrznym grzbiecie rozpoczęliśmy podejście na ostatni tego dnia wierzchołek. Komuś zwiało z głowy czapkę - poszybowała ona daleko w dolinę. Tuż pod szczytem wiejący wściekle wiatr przenikał do szpiku kości. Już nie tylko moje dłonie były zimne, ale nawet przedramiona. Właściwie nie czułem już zimna, kiedy zdrętwiałym palcem robiłem zdjęcia. Kiedy chciałem podejść do najwyższego punktu, moje stopy ślizgały się po podłożu, nogi były dosłownie spychane wstecz...dopiero na czworakach udało mi się pokonać wszechpotężny powietrzny żywioł. Próbowałem się też położyć na wietrze - czułem się, jakbym szybował w powietrzu: potworny świst w uszach, mięśnie twarzy, które zastygają z zimna i to niesamowite uczucie, że jest się dosłownie niesionym przez wiatr...jeszcze nigdy nie doświadczyłem czegoś takiego.

Zeszliśmy do miasteczka w dolinie. Trafiliśmy go "Wędrowca" - ciepłej i przyjaznej gospody. W środku wesoło płonął ogień i roznosiła się woń świeżego jadła. Nie nam jednak przeznaczone były te wygody. Czekała nas jeszcze jedna droga - pętla, która pod wieczór miała nas doprowadzić w to samo miejsce.

Wyruszyliśmy całą grupą. Wkrótce zaczęło padać. Właściwie był to grad, który wskutek wiatru padał niemal poziomo, wdzierając się między kurtki i płaszcze. Grupa się podzieliła - połowa wróciła do "Wędrowca", pozostali szli dalej mimo deszczu i wiatru. Po dwóch godzinach, znużeni nieco i ociekający wodą, dotarliśmy z powrotem do gospody. Tam ogrzaliśmy się przy płomieniach i czekaliśmy na transport.

W schronisku nadszedł czas na drugą, ale równie fascynującą część wyprawy. Przygotowanie obiadu znów spoczęło w (między innymi) moich rękach. Ciężar odpowiedzialności i brzemię głodu 25 towarzyszy nie przygniotło mnie jednak do ziemi. Przeciwnie, dodało mi energii i entuzjazmu. Być to już wcześniejsza tradycja, być może zwyczaj, który właśnie się rodzi - dość rzec, że tym razem znów przygotowywaliśmy spaghetti z papryką, pomidorem i boczkiem. Tym razem dodaliśmy jeszcze grzyby i szynkę. Część porcji podana została zaraz po ugotowaniu, część natomiast - po zapieczeniu razem z sosem warzywnym i serem. Poza tym w ogromnej porcji ukryliśmy 1 orzeszka pistacjowego. Ku naszemu zaskoczeniu znalazła i zachowała go Lucy - dostała za to nagrodę - drink w kieliszku udekorowanym czekoladą.

Moment wieczoru, na który wszyscy czekali, nadszedł po zmroku. Przyszedł czas na sztuczne ognie. Mimo wcześniejszego deszczu i bardzo silnego wiatru wyszliśmy na zewnątrz i marznąć podziwialiśmy kolorowe feerie na niebie. Ostatnie rzymskie ognie zaczęły strzelać w różne strony - raz w drzewo, innym znów razem - w podziwiający je tłumek...

Po obiedzie Lucy właśnie przygotowała galaterkę tylko dla dorosłych - każdy litr galaretki zawierał bowiem 2 'setki'. Była też część bezalkoholowa, którą zjadłem ze smakiem.

Moment wieczoru, na który wszyscy czekali, nadszedł po zmroku. Przyszedł czas na sztuczne ognie. Mimo wcześniejszego deszczu i bardzo silnego wiatru wyszliśmy na zewnątrz i marznąć podziwialiśmy kolorowe feerie na niebie. Ostatnie rzymskie ognie zaczęły strzelać w różne strony - raz w drzewo, innym znów razem - w podziwiający je tłumek...

Później zaczęliśmy realizować rozpoczęty dnia poprzedniego plan. Emily zamierzyła bowiem zrobić dla wszystkich ciasto owocowe z kruszonką. Dlatego też w piątek po drodze każdy zaczerpnał garść saszetek cukru z Burger Kinga i kawiarni na stacji. Zgromadziliśmy chyba ok. 0,7kg cukru. Po demokratycznym głosowaniu poświęciliśmy resztki margaryny i rozpoczęliśmy przyrządzanie. Nadzorował wszystko Paul, jako że był już doświadczony w tej materii. Po ok. godzinie wyjęliśmy z piekarnika jedyne w swoim rodzaju (zawierało rozpuszczone M&Ms'y dodane z mojej czystej fantazji) i wspaniale pachnące. Rozeszło się ono w mig, a status kilku śmiałków, którzy podjęli się pieczenia wzrósł niepomiernie...

W międzyczasie wykorzystaliśmy jeszcze zimne ognie. Zapalaliśmy je od palnika w kuchni. Jednak zanim zdążyliśmy dobiec do drzwi, płonące pałeczki zaczęły mocno dymić. Kiedy ja przekraczałem próg, usłyszałem nieznośne wycie dobiegające z wnętrza budynku - to tylko alarm przeciwpożarowy radośnie popierał naszą zabawę...

Na koniec Lee przygotował trochę Bird's Custard, częściowo na moją prośbę - chciałem bowiem poznać, czym jest owa tajemnicza nazwa (szczerze mówiąc - nie chciało mi się wcześniej sprawdzić w słowniku). Okazało się że to po prostu najzwyklejszy w świecie...budyń!

Późnym wieczorem pomogłem jeszcze w dokańczaniu puzzli - trochę opornie mi szło. Poza tym dzięki temu wszyscy mogliśmy iść wcześniej spać. Tak też ponownie po 2 znalazłem się pod kocem. Tym razem nie było już tak zimno.

Rano obudziła nas miła muzyka z głośników Phila. Rzeczywiście miły sposób, by rozproszyc resztki snu. Rano ponownie wykorzystałem przewagę, jaką daje wczesne wstawanie. Po spakowaniu wszystkiego i posprzątaniu w schronisku znów wyruszyliśmy w drogę. Mike wyraził przy okzaji swoją aprobatę dla wczorajszego ciasta (--> ..:://Pochwała\\::..)

Tym razem nasz szlak wiódł po zboczach wzgórz otaczających niewielkie jezioro. Pogoda ponownie pokazała swoją angielską twarz i wędrowaliśmy jakiś czas w deszczu. Niektórzy chcieli iść brzegiem, ale szybko okazało się, że ścieżka zamienia się w kamienistą dróżkę, która stopniowo zwęża się aż do porośniętych krzewami skał. Nie powstrzymało nas to jednak i po pół godzinie znaleźliśmy się wyżej i dalej - z powrotem na szlaku.

Kiedy wracałem, byłem zadowolony. Chociaż to tylko 2 dni, dużo się wydarzyło. Zobaczyłem ładny kawałek Anglii. Byłem i rozmawiałem z ludźmi, którzy tak jak ja lubią podróżować i podróżują. Tak, to był dobry weekend.

4 Comments:

Anonymous Anonimowy said...

Ty to się masz dobrze- niby studia, a pozna ładny kawałek Anglii ;)... a ja muszę iść na jakąś sekcje AZS bo inaczej się zasiedzę przez te studia, bo na biwak na razie nie ma co liczyć :)... pozdrowienia ;)

8:47 AM  
Anonymous Anonimowy said...

Góry... ehh...
ja chcę też w góry.

-
http://www.studentix.pl - Znajdź swoich przyjaciół i odnów stare znajomości!.

9:49 AM  
Blogger Wojtek said...

Skoro chcesz - to jedź. Ludzie zawsze się znajdą, a gdyby nie - samotna wędrówka tez ma swój urok. I - wierz mi lub nie - opłaca się jechać nawet kilka godzin, żeby 2 dni pobyć w górach.

1:13 PM  
Blogger Unknown said...

wiesz co, opowiadasz i opowiadasz mowisz o robieniu zdjec ale zadnego nie "opublikujesz" ma nam wystarczyc wyobraznia??:P prosze wyslij mi choc czasc na maila:) z gory dzieki

3:30 PM  

Prześlij komentarz

<< Home