The Conquest of England

Relacje z frontu na Wyspach.

Nazwa:
Lokalizacja: Poland

środa, listopada 15, 2006

Dzień 49 - piątek

Plan na dziś był jasny jak kartka, na której się znajdował - czytanie, nauka, obiad, czytanie, nauka. Podobnie plan na nadchodzący weekend - przecież we wtorek 2 pierwsze testy!

W samo południe coś mnie tknęło. Pomyślałem o wycieczce do Peak District - ludziach, którzy za kilka godzin wyjadą, żeby zobaczyć kolejny piękny kawałek Anglii, przejść razem kilka mil i wspólnie miło spędzić czas. Coś mnie tknęło i sięgnąłem po komórkę. Coś mnie tknęło i beztrosko napisałem do Phila - szefa Boots Club - czy nie ma może przypadkiem wolnego miejsca. Było.

"Yeah, there is a place. We leave from the Student Union at 6 p.m. Just take a sleeping bag as there are no beds left."

Nie miałem tego czasu. Nie miałem śpiwora. Ale to za mało, żeby mnie powstrzymać.

W ciągu pięciu godzin zrobiłem wszystkie konieczne notatki, ugotowałem obiad. Spakowałem się w tak zwanym międzyczasie - wrzuciłem ręcznik, kilka słodyczy, koszula na zmianę i butelka wody. I jeszcze koc - zamiast śpiwora, który jest w Polsce.

6 wieczór. Równo z biciem dzwonu z wieży uczelnianej stawiłem się na miejscu. Jako jeden z pierwszych. Ale to wszystko nie miało w tym momencie znaczenia. Jechałem i tylko to było ważne.

Tak to właśnie, moi drodzy, nawet najbardziej trwałe ludzkie postanowienia zmieniają się z godziny na godzinę. Są jak płomyk na wietrze lub kropla rosy na liściu - ot, lekki powiew i już ich nie ma...