Dzień 57 - sobota
Dziś wybraliśmy się do Londynu. Wycieczka była miła, ale męcząca. Jest w tym mieście coś, co męczy, niezależnie od tego, jak bardzo zachwyca swoim ogromem, wielością czy urokiem. Czy to te tłumy na ulicach, czy może duszne, zatłoczone metro i ludzie, którzy już nie zwracają na siebie uwagi? A może ciasne ulice i wąskie chodniki? Nie wiem. Dość, że po jednym dniu tam spędzonym zawsze mam dość.
Odwiedziliśmy razem Natural History Museum. Była to dla mnie jednocześnie podróż w świat dzieciństwa, kiedy fascynowałem się dinozaurami i składałem ich szkielety bądź lepiłem je z plasteliny. O dziwo, wspomnienia nie zatarły się do końca - kiedy zobaczyłem roślinożerną bestię z charakterystycznym pancernym grzebieniem wokół szyi, instynktownie pomyślałem - triceratops! I rzeczywiście! Potem zobaczyłem szkielet brachiozaura w skali 1:1 - 26 metrów od ogona do głowy. Wierzcie mi, to robi wrażenie!
Następnie przyszedł czas na obiad. Zabrałem Rodziców do Soho, gdzie dosłownie na każdym kroku natknąć się można na orientalny bar lub restaurację. Często spotkać można korzystne oferty, np. zapłać 8.50 i jedz ile chcesz. Tak też zrobiliśmy...potrzebowałem 3 talerzy, żeby skosztować po trochu każdego z kilku rodzajów kurczaków, warzyw, makaronów i owoców. Wszystko to podane z łagodną jaśminową herbatą. Że też ten Londyn jest tak daleko...
Później wybraliśmy się na Oxford Street. Ta ulica jest chyba - tak jak Harrod's - symbolem brytyjskiego imperium, pozostałością jego dawnej wielkości i symbolem oplatającej najdalsze krańce ziemi handlowej potęgi. Idąc tą ulicą, napotkać można sklepy z całego świata - Arabii, Indii, Ameryki. Większość przechodniów to jednak oglądacze - niewielu z nich może sobie pozwolić na to, żeby kupować "on the high street".
Przez cały czas rozglądałem się za Kendal Mint Cake (jeden z Was powinien wiedzieć o czym mówię). Myślałem bowiem - gdzie to znajdę, jeśli nie w Londynie? Sklep po sklepie przekonywałem się, że nie jest to jednak tak znane, jak sądziłem. Nawet ogromny Selfridges, największy i najbardziej prestiżowy dom handlowy na Oxford Street, z przykrością powiedział, że już tego nie sprzedaje. Dostałem jednak namiar: Fortnam&Mason, nieopodal Ritza. Miałem 25 minut, żeby się tam dostać. Przebijając się przez tłumy w metrze i na ulicach, przeciskając się między stojącymi w korkach czerwonymi piętrowymi autobusami, za 5 szósta dotarłem na miejsce. Warto było. Wyobraźcie sobie dużą halę, która wypełniona jest elegancko rozlokowanymi półkami z wszelkiego rodzaju słodyczami. Wszelkiego rodzaju słodyczami...
Nawet Kendal Mint Cake tam było.
By dopełnić angielskiego dnia, wieczorem odwiedziliśmy pub "The Holly Tree" w Egham.
Odwiedziliśmy razem Natural History Museum. Była to dla mnie jednocześnie podróż w świat dzieciństwa, kiedy fascynowałem się dinozaurami i składałem ich szkielety bądź lepiłem je z plasteliny. O dziwo, wspomnienia nie zatarły się do końca - kiedy zobaczyłem roślinożerną bestię z charakterystycznym pancernym grzebieniem wokół szyi, instynktownie pomyślałem - triceratops! I rzeczywiście! Potem zobaczyłem szkielet brachiozaura w skali 1:1 - 26 metrów od ogona do głowy. Wierzcie mi, to robi wrażenie!
Następnie przyszedł czas na obiad. Zabrałem Rodziców do Soho, gdzie dosłownie na każdym kroku natknąć się można na orientalny bar lub restaurację. Często spotkać można korzystne oferty, np. zapłać 8.50 i jedz ile chcesz. Tak też zrobiliśmy...potrzebowałem 3 talerzy, żeby skosztować po trochu każdego z kilku rodzajów kurczaków, warzyw, makaronów i owoców. Wszystko to podane z łagodną jaśminową herbatą. Że też ten Londyn jest tak daleko...
Później wybraliśmy się na Oxford Street. Ta ulica jest chyba - tak jak Harrod's - symbolem brytyjskiego imperium, pozostałością jego dawnej wielkości i symbolem oplatającej najdalsze krańce ziemi handlowej potęgi. Idąc tą ulicą, napotkać można sklepy z całego świata - Arabii, Indii, Ameryki. Większość przechodniów to jednak oglądacze - niewielu z nich może sobie pozwolić na to, żeby kupować "on the high street".
Przez cały czas rozglądałem się za Kendal Mint Cake (jeden z Was powinien wiedzieć o czym mówię). Myślałem bowiem - gdzie to znajdę, jeśli nie w Londynie? Sklep po sklepie przekonywałem się, że nie jest to jednak tak znane, jak sądziłem. Nawet ogromny Selfridges, największy i najbardziej prestiżowy dom handlowy na Oxford Street, z przykrością powiedział, że już tego nie sprzedaje. Dostałem jednak namiar: Fortnam&Mason, nieopodal Ritza. Miałem 25 minut, żeby się tam dostać. Przebijając się przez tłumy w metrze i na ulicach, przeciskając się między stojącymi w korkach czerwonymi piętrowymi autobusami, za 5 szósta dotarłem na miejsce. Warto było. Wyobraźcie sobie dużą halę, która wypełniona jest elegancko rozlokowanymi półkami z wszelkiego rodzaju słodyczami. Wszelkiego rodzaju słodyczami...
Nawet Kendal Mint Cake tam było.By dopełnić angielskiego dnia, wieczorem odwiedziliśmy pub "The Holly Tree" w Egham.

0 Comments:
Prześlij komentarz
<< Home