Dzień 56 - piątek
Gmach Royal Holloway to drugi najbardziej łątwopalny budynek w Wielkiej Brytanii. W XIX wieku, kiedy wznoszono jego mury, budowniczowie postanowili dodatkowo ocieplić wnętrza. W tym celu przestrzeń między ścianami a elewacją uszczelniono - słomą. Pech chciał, że po pewnym czasie w słomie zagnieździły się szczury. Żeby się ich pozbyć, słomę nasączono parafiną...
Z tego właśnie powodu cały budynek i wszyscy jego mieszkańcy co tydzień przechodzą test przeciwpożarowy - alarm zaczyna wyć, a oni wychodzą i czekają na straż pożarną. Niektórzy ponoć zostają w pokojach i śpią dalej. Czasem ma to miejsce w dzień, czasem nocą. Przez pół godziny życie w budynku zamiera.
Nie mam właściwie nic przeciwko temu, żeby mieszkańcy Founders (bo tak się nazywa główny gmach) dalej bawili się w tę grę. Ale dziś moja wyrozumiałość została poważnie nadszarpnięta.
Ok. 11:30, kiedy byliśmy w najciekawszym momencie wykładu o dobrach publicznych, rozległa się syrena. Minęło przeszło 15 minut, zanim mogliśmy wejść i kontynuować wykład - właściwie nie miał to już większego sensu.
Po wykładzie poszliśmy na obiad. Miałem już tacę w ręce i czekałem w kolejce, szukając wzrokiem co smaczniejszych potraw. Na próżno.
Drażniące wycie alarmu rozległo się w starych korytarzach, odbijało się echem od wysokich, zdobionych sklepień i wracało do uszu ze zdwojoną siłą. Wszyscy musieli wyjść.
Czekaliśmy na wietrze i zimnie 20 minut. Wtedy przestało dzwonić. Chciałem wejść, ale usłyszałem, że czekamy wciąż na straż pożarną...20 minut...lepiej było by czekać na ekipę sprzątającą gruzy...
Po pół godzinie kupiłem wreszcie obiad. Złe wrażenie jednak pozostało.
Po powrocie do pokoju zacząłem piec chleb na przyjazd rodziców. Właściwie to pierwszy chleb, jaki upiekłem sam. Myślę, że się udał.

Późnym wieczorem przyjechali Rodzice. Nastąpiła wymiana towarów - produkty polskie w zamian za wypieki angielskie. Moja Słodka Szuflada się zapełniła, a Rodzice kosztowali flapjacks oraz scottish shortbread. Kuchenne szafki ledwo pomieściły zagraniczne racje żywnościowe - 4 różne chleby zajęły zaszczytne miejsce na najwyższych półkach. Natomiast w jednoosobowym pokoju zrobiło się ciasno, ale bardzo miło i wesoło.
Z tego właśnie powodu cały budynek i wszyscy jego mieszkańcy co tydzień przechodzą test przeciwpożarowy - alarm zaczyna wyć, a oni wychodzą i czekają na straż pożarną. Niektórzy ponoć zostają w pokojach i śpią dalej. Czasem ma to miejsce w dzień, czasem nocą. Przez pół godziny życie w budynku zamiera.
Nie mam właściwie nic przeciwko temu, żeby mieszkańcy Founders (bo tak się nazywa główny gmach) dalej bawili się w tę grę. Ale dziś moja wyrozumiałość została poważnie nadszarpnięta.
Ok. 11:30, kiedy byliśmy w najciekawszym momencie wykładu o dobrach publicznych, rozległa się syrena. Minęło przeszło 15 minut, zanim mogliśmy wejść i kontynuować wykład - właściwie nie miał to już większego sensu.
Po wykładzie poszliśmy na obiad. Miałem już tacę w ręce i czekałem w kolejce, szukając wzrokiem co smaczniejszych potraw. Na próżno.
Drażniące wycie alarmu rozległo się w starych korytarzach, odbijało się echem od wysokich, zdobionych sklepień i wracało do uszu ze zdwojoną siłą. Wszyscy musieli wyjść.
Czekaliśmy na wietrze i zimnie 20 minut. Wtedy przestało dzwonić. Chciałem wejść, ale usłyszałem, że czekamy wciąż na straż pożarną...20 minut...lepiej było by czekać na ekipę sprzątającą gruzy...
Po pół godzinie kupiłem wreszcie obiad. Złe wrażenie jednak pozostało.
Po powrocie do pokoju zacząłem piec chleb na przyjazd rodziców. Właściwie to pierwszy chleb, jaki upiekłem sam. Myślę, że się udał.

Późnym wieczorem przyjechali Rodzice. Nastąpiła wymiana towarów - produkty polskie w zamian za wypieki angielskie. Moja Słodka Szuflada się zapełniła, a Rodzice kosztowali flapjacks oraz scottish shortbread. Kuchenne szafki ledwo pomieściły zagraniczne racje żywnościowe - 4 różne chleby zajęły zaszczytne miejsce na najwyższych półkach. Natomiast w jednoosobowym pokoju zrobiło się ciasno, ale bardzo miło i wesoło.

0 Comments:
Prześlij komentarz
<< Home