The Conquest of England

Relacje z frontu na Wyspach.

Nazwa:
Lokalizacja: Poland

niedziela, listopada 05, 2006

Dzień 41 - czwartek

Z samego rana, gdy cały akademik jeszcze pewnie drzemał o kolejnych imprezach i nadchodzącym weekendzie, udałem się na mszę za dusze zmarłe. I, muszę szczerze przyznać, zimno było! Zaskoczył mnie przede wszystkim szron na trawnikach i para, która wydobywała się z moich ust. Na szczęście oprócz swetra wziąłem kurtkę, a msza nie była długa.

Już w drodze powrotnej myślałem o płatkach, które zjem - tym razem wybierałem je sam i mieszanka - płaki owsiane, miód, kawałki migdałów, rodzynki- okazała się bardzo dobra. Niestety nie było mi dane zjeść ich po bożemu. Płatki już czekały nasypane w miseczce, łyżka ochoczo czekała, gotowa do akcji, kiedy moja ręka - sięgając do lodówki - natrafiła na próżnię! Mleka nie było! Wprawdzie płatki zjadłem z jogurtem, ale zły humor pozostał na kilka następnych godzin...

Potem naprawdę chciałem zrobić porządek. Ale przypomniałem sobie, że mam rano wykłady z matematyki, na których już powinienem zacząć się pojawiać. Przedkładając obowiązek nad fizyczną koniecznośc, wymanerowałem jakoś z pokoju i udałem się na wykład. Po namyśle stwierdzam, że porządki byłyby lepszym spożytkowaniem czasu.

Podczas obiadu postanowiłem zjesć ostatniego ziemniaka. Zapewne czekal na to z niecierpliwością, bo od kilku tygodniu leżał już w szafce sam. Postanowiłem, że przyrządzę z niego Jacked Potato z moja ulubioną tu fasolką. James doradził, żeby na górę utrzeć trochę żółtego sera - rzeczywiście, warto było. W międzyczasie zdążyłem zrobić 2 babcine polskie pulpety (--> ..:://W poszukiwaniu straconego kraju\\::..) z warzywami. Ziemniak piekł się przeszło 40 minut, ale chyba warto było. James, chcąć odwdzięczyć się za polskie piwo, dał mi do spróbowania 2 typowe angielskie przyprawy - sosy, które podobno najlepiej pasują właśnie do ziemniaka z fasolką. Istotnie, smakowały całkiem dobrze.

Popołudniowe zajęcia okazały się odwołane (właściwie odrabialiśmy je wcześniej, ale zapomniałem o tym). Był więc czas na kilka stron Financial Timesa. Był też czas na coś, o czym dzień wcześniej wspiminał James - że podobno za 20 funtów można znaleźć samolot w obie strony do Edynburga...a że mam w nadchodzącym tygodniu parę dni wolnych, w głowie zaczął powstawać szalony pomysł. Niestety, mój sąsiad musiał się mylić - najtańsze, co znalazłem, to 87 funtów. Plan upadł równie szybko jak się narodził, ale w jego miejsce wstąpił inny, bardziej realny. Szybko sprawdziłem połączenie w National Railway - 12 funtów w jedną stronę - drogo. W obie strony - również 12 funtów! Nie mogłem w to uwierzyć, ale Ben siedzący obok potwierdził, że to co widzę to nie iluzja. Pozostało tylko przejrzeć kilka witryn i sensownie rozplanować dzień...

Tak też upłynął czas do Investment Club. Tam podzielono nas na grupy zajmujące się różnymi rynkami - ja trafiłem do grupy międzynarodowej. Będziemy na razie inwestować w kilka spośródf największych amerykańskich spółek. Ja wziąłem sektor IT. Przy okazji usłyszałem rzucone przez kogoś "Cześć!". Instynktownie odpowiedziałem tym samym. Trzy głowy podniosły się na mój głos, trzy pary oczy spojrzały w moją stronę. "Ty też jesteś z Polski?" - zapytał jeden z nich. I w ten sposób poznałem 3 nowych, pierwszorocznych rodaków.

Karate było o tyle ciekawe, że po raz kolejny szkolił nas inny czarny pas. Wydaje mi się, że ma to głęboki sens, bo każdy zwraca uwagę na inny aspekt karate, podkreśla inne rzeczy. Kiedy łączę to wszystko, powstaje spójny obraz tego, czego muszę się jeszcze nauczyć.

Po powrocie obiecałem Wan Yung, że pomogę jej przy robieniu ciasteczek, które zabiera dla koleżanki do Londynu (--> ..:://Ciasteczka pieczone rozumnie\\::..).