Dzień 40 - środa
Chciałem rano zrobić porządki. Nie udało się. Znowu. Ale porządek nie ucieknie.
Na 12 poszedłem do kościoła - wszak to Dzień Wszystich Świętych. Wiernych mółbym jednak policzyć na palcach. Udałem się też na cmentarz. Chciałem kupić znicz i zapalić na współnym grobie lub pod krzyżem - nikt jednak zniczy nie sprzedawał. Cmentarz był zimny, ciemny i pusty. Przykro mi się zrobiło, kiedy wspomniałem nasze świetliste łuny świec i ludzkiej pamięci...
Potem przyszedł czas na spotkanie z Ojcem Vladem. Okazało się, że wszystkie religie, od tych najdawniejszych, posługują się różnego rodzaju totemami - symbolami czczonymi zarówno ze względu na przypisywaną im symbolikę jak i na nie same. I że właściwie główną cechą religii jest to, że tworzy ona i spaja społeczność. Nie jest zaś główną cechą religii Bóg. Ludzie właściwie czczą totemy, które odzwierciedlają społeczeństwo, a więc - czczą własną, uświęconą grupę. Dyskusyjne - ale czy mnie wolno dyskutować z Durkheimem?
Później, czekając na kolejne zajęcia udało mi się przejrzeć Financial Timesa. Cieszę cię, bo udaje mi się przeglądać ten dziennik przynajmniej 2-3 razy w tygodniu - może kiedyś w pełni zrozumiem o czym tam piszą? Może kiedyś będę go czytał szybciej niż 10 stron na godzinę?
Wykład z filozofii okazał się być czymś zgoła innym. Po tym, jak po raz drugi znalazłem się sam jeden w kilkudziesięcioosobowym gronie profesorów i wykładowców, zacząłem mieć pewne wątpliwoście - czy jestem właściwą osobą na właściwym miejscu? Moje wątpliwości rozwiał jeden z siedzących obok nauczycieli - okazało się że jest to History and Arts Research Centre. Ich spotkania dotyczą szeroko pojętego rozważania problemów filozoficzno-społecznych. Na szczęście ów pan powiedział też: "The more the merrier", więc z przyjemnością zostałem. Tym sposobem dowiedziałem o tym, czym jest doświadczenie oglądania telewizji od strony fenomenologicznej, jaka jest relacja między przekazem telewizyjnym a widzem.
Na koniec dnia - karate. Było ciekawie, bo ćwiczyliśmy kilka technik obrony przed uderzeniem. Było też lepiej niż w zeszłym tygodniu, bo ćwiczyłem z Azjatą o Niejasnym Angielskim Akcencie. Nie miał jednak w sobie ducha Bruce'a Lee - uderzenia i kopnięcia zadawał jakoś tak niemrawo...
Wieczorem poszedłem do Jamesa i ofiarowałem mu przywiezionego z Polski Lecha i Żywca. Zaskoczony był chyba moim gestem, bo dziękował mi ze 3 razy. Cieszę się, że mu smakowało. Poza tym rozmawialiśmy o tym, co warto zobaczyć w Londynie: opery, przedstawienia "Westerns" czy galerie. James razem z dziewczyną - Charlie - zaplanowali sobie "na kiedyś" wizytę w Polsce. Wtedy też po raz pierwszy rzucone zostały okruchy szalonego planu...
Na 12 poszedłem do kościoła - wszak to Dzień Wszystich Świętych. Wiernych mółbym jednak policzyć na palcach. Udałem się też na cmentarz. Chciałem kupić znicz i zapalić na współnym grobie lub pod krzyżem - nikt jednak zniczy nie sprzedawał. Cmentarz był zimny, ciemny i pusty. Przykro mi się zrobiło, kiedy wspomniałem nasze świetliste łuny świec i ludzkiej pamięci...
Potem przyszedł czas na spotkanie z Ojcem Vladem. Okazało się, że wszystkie religie, od tych najdawniejszych, posługują się różnego rodzaju totemami - symbolami czczonymi zarówno ze względu na przypisywaną im symbolikę jak i na nie same. I że właściwie główną cechą religii jest to, że tworzy ona i spaja społeczność. Nie jest zaś główną cechą religii Bóg. Ludzie właściwie czczą totemy, które odzwierciedlają społeczeństwo, a więc - czczą własną, uświęconą grupę. Dyskusyjne - ale czy mnie wolno dyskutować z Durkheimem?
Później, czekając na kolejne zajęcia udało mi się przejrzeć Financial Timesa. Cieszę cię, bo udaje mi się przeglądać ten dziennik przynajmniej 2-3 razy w tygodniu - może kiedyś w pełni zrozumiem o czym tam piszą? Może kiedyś będę go czytał szybciej niż 10 stron na godzinę?
Wykład z filozofii okazał się być czymś zgoła innym. Po tym, jak po raz drugi znalazłem się sam jeden w kilkudziesięcioosobowym gronie profesorów i wykładowców, zacząłem mieć pewne wątpliwoście - czy jestem właściwą osobą na właściwym miejscu? Moje wątpliwości rozwiał jeden z siedzących obok nauczycieli - okazało się że jest to History and Arts Research Centre. Ich spotkania dotyczą szeroko pojętego rozważania problemów filozoficzno-społecznych. Na szczęście ów pan powiedział też: "The more the merrier", więc z przyjemnością zostałem. Tym sposobem dowiedziałem o tym, czym jest doświadczenie oglądania telewizji od strony fenomenologicznej, jaka jest relacja między przekazem telewizyjnym a widzem.
Na koniec dnia - karate. Było ciekawie, bo ćwiczyliśmy kilka technik obrony przed uderzeniem. Było też lepiej niż w zeszłym tygodniu, bo ćwiczyłem z Azjatą o Niejasnym Angielskim Akcencie. Nie miał jednak w sobie ducha Bruce'a Lee - uderzenia i kopnięcia zadawał jakoś tak niemrawo...
Wieczorem poszedłem do Jamesa i ofiarowałem mu przywiezionego z Polski Lecha i Żywca. Zaskoczony był chyba moim gestem, bo dziękował mi ze 3 razy. Cieszę się, że mu smakowało. Poza tym rozmawialiśmy o tym, co warto zobaczyć w Londynie: opery, przedstawienia "Westerns" czy galerie. James razem z dziewczyną - Charlie - zaplanowali sobie "na kiedyś" wizytę w Polsce. Wtedy też po raz pierwszy rzucone zostały okruchy szalonego planu...

0 Comments:
Prześlij komentarz
<< Home