Dzień 53 - wtorek
Dzień, wbrew oczekiwaniom, nie był nerwowy. Wręcz przeciwnie - spokój był aż podejrzany. Tak, jak gdyby nikt nie przejmował się testami...
Przedpołudniowy wykład otoczył mnie mgiełką nudy i senności. Ile razy bowiem można w ciągu 3 lat przerabiać podstawy ciągów arytmetycznych i geometrycznych? Ani myślałem jednak marnować tej godziny: zrobiłem w tym czasie zadanie domowe o gospodarkach transformacji na popołudniowe ćwiczenia.
Test z podstaw ekonomii nie był zaskakująco prosty. Po próbnych pytaniach z internetu spodziewałem się, że będzie aż tak łatwy. Po 25 minutach byłem już w bibliotece.
Podczas ćwiczeń z International Economic Policy mieliśmy właściwie powtórkę z gospodarki transformacji. Grupy, które prezentowały odpowiedzi były iście godne pożałowania - jedni czytali z kartki niczym przeciętni gimnazjaliści, inni mruczeli pod nosem tak cicho, że chyba sami się swoim głosem usypiali. Nie będę pisał, jak bardzo mnie to irytuje, bo przecież wszyscy dobrze mnie znacie...
Przed wykładem siedzieliśmy jeszcze z Saszą i Constanzą w bibliotece, powtarzając razem migrację, transformację, korupcję i wolny rynek. Było spokojnie i bardzo pewnie. Mam nadzieję, że przed następnymi testami uda się powtórzyć ową pełną nauki atmosferę. Kluczem jest chyba to, że każdy z nas przynajmniej rozumie o czym mówi...
Test z International Economic Policy. 2 strony pytań i 50 minut. Po 25 minutach byłem przy szóstym pytaniu, sądząc, że zdążę w sam raz na czas. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po następnych dwóch zadaniach i 5 minutach odwróciłem kartkę i zobaczyłem...pustą stroną! Ogólnie rzecz biorąc test był za prosty. Właściwie wymagał tylko garści wiedzy, nawet nie szczypty myślenia. Ale, jak to mawia moja babcia, "co wiesz Wojtusiu, to twoje".
Później zaczął się Dzień Właściwy. Razem z Saszą, Constanzą i Chrisem (sąsiadem) poszliśmy do Tesco. Musieliśmy się zaopatrzyć w:
ja i Chris: składniki na flapjacks (herbatniki z płatkami owsianymi), które miały być upieczone na urodziny Wan Yung dnia następnego
Sasza: składniki do Banicy...nie mógł znaleźć odpowiednio cienkich płatów ciasta, więc kupił zamiast tego płaty do lazanii...później okazało się, że to jednak nie zadziała...
Constanza: ogólnie pojęte jedzenie. Każdy produkt opatrzony był stosownym komentarzem i porównaniem do smaku kuchni włoskiej...cóż, skoro gotowa była wydać po kilka funtów na najlepsze makarony i oliwę, to znaczy że naprawdę jej tu nie smakuje...
Po powrocie z Tesco mieliśmy chwilę przerwy. Chris ma bowiem problemy z sercem wskutek wydarzeń w Czernobylu (ma za słabe krążenie) i kilometrowe podejście trochę go wykończyło. Potem zaczęliśmy przyrządzać flapjacks. Mój sąsiad miał przepis od mamy, zdobyliśmy kuchenną wagę i mieliśmy wszystkie potrzebne składniki. Musiało się udać. I rzeczywiście się udało. Sam zapach był prawdziwie upajający...a smak? Zobaczymy jutro...
Późnej postanowiłem, że zrobię szybko galaretki w różnych kolorach według przepisu Katarzyny W. Nie wziąłem jednak pod uwagę, że galaretka zastyga w lodówce nie 2 minuty, ale 2 godziny...a warstw ma być 5...
W międzyczasie przyszedł James i zaczęliśmy rozmawiać. Oprócz Chrisa James jest zdecydowanie najsympatyczniejszym sąsiadem. Może dlatego, że najwięcej z nim rozmawiam? Wpadłem na pomysł, żeby zebrać grupę i zamówić zakupy z Tesco przez internet z dowozem do domu. Sprawdziłem i znalazłem: 4 - 6 dowód pod sam dom. Ekonomia skali podpowiada, że im więcej osób, tym ów transport staje się bardziej darmowy...
Później zacząłem uzupełniać bloga.
Zastanawiacie się pewnie, która była godzina, kiedy skończyłem mój dzień? Mnie też to nurtowało. Potem spojrzałem na zegarek...powiem tylko, że mogłem sobie zaśpiewać: "może sen przyjdzie..."
Przedpołudniowy wykład otoczył mnie mgiełką nudy i senności. Ile razy bowiem można w ciągu 3 lat przerabiać podstawy ciągów arytmetycznych i geometrycznych? Ani myślałem jednak marnować tej godziny: zrobiłem w tym czasie zadanie domowe o gospodarkach transformacji na popołudniowe ćwiczenia.
Test z podstaw ekonomii nie był zaskakująco prosty. Po próbnych pytaniach z internetu spodziewałem się, że będzie aż tak łatwy. Po 25 minutach byłem już w bibliotece.
Podczas ćwiczeń z International Economic Policy mieliśmy właściwie powtórkę z gospodarki transformacji. Grupy, które prezentowały odpowiedzi były iście godne pożałowania - jedni czytali z kartki niczym przeciętni gimnazjaliści, inni mruczeli pod nosem tak cicho, że chyba sami się swoim głosem usypiali. Nie będę pisał, jak bardzo mnie to irytuje, bo przecież wszyscy dobrze mnie znacie...
Przed wykładem siedzieliśmy jeszcze z Saszą i Constanzą w bibliotece, powtarzając razem migrację, transformację, korupcję i wolny rynek. Było spokojnie i bardzo pewnie. Mam nadzieję, że przed następnymi testami uda się powtórzyć ową pełną nauki atmosferę. Kluczem jest chyba to, że każdy z nas przynajmniej rozumie o czym mówi...
Test z International Economic Policy. 2 strony pytań i 50 minut. Po 25 minutach byłem przy szóstym pytaniu, sądząc, że zdążę w sam raz na czas. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po następnych dwóch zadaniach i 5 minutach odwróciłem kartkę i zobaczyłem...pustą stroną! Ogólnie rzecz biorąc test był za prosty. Właściwie wymagał tylko garści wiedzy, nawet nie szczypty myślenia. Ale, jak to mawia moja babcia, "co wiesz Wojtusiu, to twoje".
Później zaczął się Dzień Właściwy. Razem z Saszą, Constanzą i Chrisem (sąsiadem) poszliśmy do Tesco. Musieliśmy się zaopatrzyć w:
ja i Chris: składniki na flapjacks (herbatniki z płatkami owsianymi), które miały być upieczone na urodziny Wan Yung dnia następnego
Sasza: składniki do Banicy...nie mógł znaleźć odpowiednio cienkich płatów ciasta, więc kupił zamiast tego płaty do lazanii...później okazało się, że to jednak nie zadziała...
Constanza: ogólnie pojęte jedzenie. Każdy produkt opatrzony był stosownym komentarzem i porównaniem do smaku kuchni włoskiej...cóż, skoro gotowa była wydać po kilka funtów na najlepsze makarony i oliwę, to znaczy że naprawdę jej tu nie smakuje...
Po powrocie z Tesco mieliśmy chwilę przerwy. Chris ma bowiem problemy z sercem wskutek wydarzeń w Czernobylu (ma za słabe krążenie) i kilometrowe podejście trochę go wykończyło. Potem zaczęliśmy przyrządzać flapjacks. Mój sąsiad miał przepis od mamy, zdobyliśmy kuchenną wagę i mieliśmy wszystkie potrzebne składniki. Musiało się udać. I rzeczywiście się udało. Sam zapach był prawdziwie upajający...a smak? Zobaczymy jutro...
Późnej postanowiłem, że zrobię szybko galaretki w różnych kolorach według przepisu Katarzyny W. Nie wziąłem jednak pod uwagę, że galaretka zastyga w lodówce nie 2 minuty, ale 2 godziny...a warstw ma być 5...
W międzyczasie przyszedł James i zaczęliśmy rozmawiać. Oprócz Chrisa James jest zdecydowanie najsympatyczniejszym sąsiadem. Może dlatego, że najwięcej z nim rozmawiam? Wpadłem na pomysł, żeby zebrać grupę i zamówić zakupy z Tesco przez internet z dowozem do domu. Sprawdziłem i znalazłem: 4 - 6 dowód pod sam dom. Ekonomia skali podpowiada, że im więcej osób, tym ów transport staje się bardziej darmowy...
Później zacząłem uzupełniać bloga.
Zastanawiacie się pewnie, która była godzina, kiedy skończyłem mój dzień? Mnie też to nurtowało. Potem spojrzałem na zegarek...powiem tylko, że mogłem sobie zaśpiewać: "może sen przyjdzie..."

5 Comments:
Niektóre fragmenty zaczynają przypominać mi najlepsze kawałki Chandlera. Wszyscy widzimy jak Wojtka opowieści stają sie coraz bardziej wzorem dla nowego nurtu literatury...... Brawo. jeszcze trochę i na nowego bloga po wycieczce będziemy czekac jak na nowego Bonda ( premiera w Londynie chyba dziś, w Polsce w piątek .
z drugiej strony pewnie zauważyliście, iż nawet w dniach najwazniejszych testów część gastronomiczna nie ustępuje relacjom z sal wykładowych i biblioteki....
Is it gonna be also one of the best High Gastronomy School...? TS
Widzisz Wojtku, bo ta Katarzyna W. już taka jest, poda Ci niby łatwy przepis, a potem się okazuje dlaczego jest taki łatwy- bo nudny i długoterminowy. Ale jest jeden plus tych galaretek- możesz sobie wyrabiać cierpliwość ;P
Cóż. Normalni studenci po testach czy kolokwiach sięgają po butelkę. Wojtek sięga po mąkę i masło;> może dlatego, że nie ma specjalnie ludzi, z którymi można na poziomie porozmawiać (przynajmniej nie ma ich pod ręką...)
Galaretki już zrobiłem, jutro spróbuję. Ale wyglądają całkiem ładnie.
zawsze uważałem, że jestem raczej samoukiem. Poza tymgotowanie i pieczenie nie jest wcale trudne - trzeba się po prostu nie bać eksperymentować, a z tym problemów nie mam:)
no to ja też nie jestem normalnym studentem- bo po butelkę nie sięgam :D... no to Wojtek za parę latek przyjedzie z dyplomem z ekonomii i... otworzy restauracje ;P
Nice to see and hear how cooking is becoming your ( second ? ) passion. However I can hardly recall your similar behaviours when you were at home....
Anxiously waiting to see in the kitchen at home before Christmas...
Prześlij komentarz
<< Home