Limeryk
Wojtkowi
Nasz studencina spod Londynu
zbierać poczyna się do czynu.
Wiązaną mową tusz zaryczy,
gdy z słowem słowo zlimeryczy
— po lytrze tambylszego gynu.
Relacje z frontu na Wyspach.
Powrót
wam
Lecz nie ma tam śniegu i ani śladu nie ma
Wszystko znika we mgle
Z każdym krokiem na nowy szlak wchodzi w nieznane
A Itaka daleko
Bo nadeszła godzina próby i próba pamięci
Czy odnajdzie stary płomień w nowym czasie?
Czy z bielmem na oku rozpozna prawdziwe światło?
_______________________________________
Lotnisko nocą jest zupełnie inne. Wszystko cichnie i uspokaja się – jak gdyby ten wielki, gwarny ul szedł spać. Orkiestra świąteczna grała niestety tylko do północy – potem atmosfera zrobiła się senna. Zjadłem jeszcze przygotowany wcześniej ryż na słodko i śladem innych podróżników przeszedłem stan spoczynku. Śpiąc w półgodzinnych odstępach między zmianą pozycji na sztywnym fotelu dotrwałem do piątej. Potem co 10 minut szedłem sprawdzić, czy zaczęło się już nadawanie bagażu. Po pół godzinie nadeszła upragniona chwila, kiedy przy napisie Poznań zaczął na zielono migać znak bagażu. Chwilę później cały sens nocnego oczekiwania i porannego czuwania został zniszczony. Pani wręczyła mi talon na
W tej chwili jest 7.45. Miałem wylatywać do Polski. Cóż, powroty do korzeni są, jak widać, najtrudniejsze.
Ale przynajmniej obiad był – jak co tydzień – przyjemną częścią dnia. Dałem Costanzy i Saszy kartkę świąteczną (pozostałe 10 dostarczyłem rano sąsiadom przez ogromne szpary, jakie mamy we wszystkich drzwiach).
Po południu zacząłem się pakować. Zajęło mi to chyba półtorej godziny, bo połączone było ze świątecznym sprzątaniem. W końcu udało mi się zamknąć walizkę i plecak. Pożyczyłem od Fanny wagę i z niepokojem postawiłem na niej plecak.
Na deser znów była kuchnia malezyjska. Tym razem były to Mung Beans (coś a la soczewica) ugotowane w słodkiej wodzie. Całkiem smaczne to było. Mam wrażenie, że jeszcze pół roku i będę mógł otworzyć w Polsce lokal z kuchnią orientalną…
Później przekazałem dziewczynom resztki zapasów z lodówki – pasztet, kabanosy i trochę serka Tartare. Zbliżają się święta, niech mają trochę dobrego jedzenia…
Wyruszyłem w podróż powrotną o 19.30. Może to trochę za wcześnie, ale w obliczu całej nocy na lotnisku jedna godzina i tak niknie…
Wieczorem wykorzystałem ostatni bigos, który posłużył za mocną walutę w międzynarodowym handlu wymiennym. W zamian mogłem smakować chińskich pierożków Dim Sum na parze oraz mieszanki mielonego mięsa, sera Tofu, grzybów Shintagi i sosu ostrygowego. Mogę śmiało powiedzieć, że był to interes dnia.
Zbudziłem się o 6.30 i nie byłem szczególnie zmęczony. Może to dzięki temu, że zostawiłem na noc lekko uchylone okno.
Tematem przedpołudniowego wykładu z matematyki okazała się optymalizacja ograniczona – temat ciekawy, ale w sensie ekonomicznym stosunkowo łatwy – ot, jedno dodatkowe równanie do zapamiętania. Nie sądzę, że potrzeba 2 godzin na jego wyjaśnienie. A już na pewno nie trzech.
Na ćwiczeniach z Podstaw Ekonomii na większość pytań odpowiadał Sasza. 5 lat ekonomii i fakt, że właściwie chce mu się aktywnie uczestniczyć w lekcji sprawił, że był niemal jedynym, który odpowiadał nauczycielowi.
Podobnie na, ostatnich nota bene, ćwiczeniach z Międzynarodowej Polityki Ekonomicznej. Tym razem ja i kilka innych osób włączyło się do debaty i tak pośród 30 ludzkich posągów utworzyło się małe koło dyskusyjne.
Popołudniowa godzina matematyki była nietypowa – wokół mnie siedziało kilku studentów pochodzenia Indyjskiego, Pakistańskiego i Bengalskiego. Z typową dla ciemnoskórych werwą komentowali przebieg lekcji i bieżące wydarzenia. Potem wmówili sobie, że się na nich obraziłem, bo zabrali Saszy segregator. Ot, takie typowe zabawy ze szkolnej ławy.
W chwilę później byłem już w budynku Students Union. W każdy wtorek odbywa się tam mały targ warzywno-owocowy. Dziś jednak po raz pierwszy zauważyłem, że w dalszej części hali mieszczą się długie stoły z orientalnym jedzeniem. Z pomocą Wan Yung i Benedine poznawałem zawartość zapisanych dziwnymi znaczkami opakowań, a duch mój leciał daleko na wschód, otwierając wyobraźni drogę do azjatyckiego świata…Czy można kupić sobie chociaż namiastkę podróży? Nie wiem. Ale spróbować warto.
Po ostatnim wykładzie cała nasza czwórka – Costanza, Asif, Sasza i ja – zaczęliśmy przygotowania do międzynarodowej kolacji. Po 1,5 h składniki były na miejscu i rozpoczęliśmy gotowanie.
Na początku kuchnię wypełnił szlachetny, staropolski zapach. Jak pięknie pisze poeta:
„W kociołkach bigos grzano; w słowach wydać trudno
Bigosu smak przedziwny, kolor i woń cudną;
Słów tylko brzęk usłyszy i rymów porządek,
Ale treści ich miejski nie pojmie żołądek.
Aby cenić litewskie pieśni i potrawy,
Trzeba mieć zdrowie, na wsi żyć, wracać z obławy.
Przecież i bez tych przypraw potrawą nie lada
Jest bigos, bo się z jarzyn dobrych sztucznie składa.
Bierze się doń siekana, kwaszona kapusta,
Która, wedle przysłowia, sama idzie w usta;
Zamknięta w kotle, łonem wilgotnem okrywa
Wyszukanego cząstki najlepsze mięsiwa;
I praży się, aż ogień wszystkie z niej wyciśnie
Soki żywne, aż z brzegów naczynia war pryśnie
I powietrze dokoła zionie aromatem.
Bigos już gotów. Strzelcy z trzykrotnym wiwatem,
Zbrojni łyżkami, biegą i bodą naczynie,
Miedź grzmi, dym bucha, bigos jak kamfora ginie,
Zniknął, uleciał; tylko w czeluściach saganów
Wre para jak w kraterze zagasłych wulkanów.”
Zaspokoiwszy pierwszy głód, Sasza i Costanza przystąpili do tworzenia swoich specjałów. Najpierw uraczyliśmy się włoską przystawką z bakłażanów zapiekanych z pomidorami i serem. Trudno przecenić ich niezwykły smak i zapach, który przywodzi na myśl słoneczne wzgórza Toskanii, porośnięte winogronami stoki Umbrii i urocze włoskie restauracje, w których roznosi się zapach parmezanu.
Niedługo później przyszedł czas na główne danie wieczoru. Na stole pojawiła się, przygotowana wedle tradycyjnego przepisu Bułgarskich kobiet, banica. Delikatne ciasto i subtelny smak cytryny to wszystko, czego potrzeba, żeby zaspokoić nawet największych smakoszy. Tym przepysznym akcentem zakończyliśmy międzynarodowy obiad. Przyszedł bowiem czas na deser.
W tradycyjny sposób pieczony, podany został piernik z orzechami i polewą czekoladową. W ten to sposób uczta rozpoczęła się i jednocześnie zakończyła polskim specjałem.Nieoczekiwanie rozmowa zeszła na tory religii.
Palce wzniesione ku górze, podniesione głosy i blask w oczach! Asif, Muzułmanin, który z pamięci cytował fragmenty Ewangelii – razem z numerem rozdziału i wersetu. Constanza, chrześcijanka, z internetową Biblią po włosku, grecku i angielsku na kolanach, tłumacząca z oryginalnego tekstu właściwe znaczenie. Sasza, ateista, słuchający i coraz bardziej śpiący. I ja – zachwycony i zagubiony – wtrącając od czasu do czasu argument i starając się chłodzić gorącą dyskusję.
Weź proszę kartkę. I coś do pisania. Nie żartuję. Masz? Dobrze.
Rozwiąż takie zadanie:
Wieczorem przygotowałem piernik na międzynarodową kolację dnia następnego. Niestety nie wyszedł taki, jakim chciałem go upiec – za niski i zbyt mocno przypieczony. Ale Benedine i Wan Yung oceniły go pozytywnie, więc może Saszy, Costanzy i Asifowi tez zasmakuje. Dorobiłem polewę czekoladową i zawinąłem piernik w folię.
Później przyszedł czas na kolację. Rozłożyłem sobie uroczyście japońską miseczkę i pałeczki na bambusowej macie, przygotowałem nieco ryżu po babcinemu (z cukrem i cynamonem) i rozkoszowałem się każdym kęsem nabranego pałeczkami dania.
Wreszcie pierwsze promienie jutrzenki rozproszyły ciemność. W szarym świetle świtania płynęliśmy w stronę groźnego, najeżonego skałami brzegu.
W końcu wiatr rozsunął chmurną zasłonę i naszym oczom ukazał się zamek. Osadzony dumnie na dwóch bliźniaczych skałach, strzegł północnego wybrzeża Kornwalii. Most, który łączył przedzamcze z właściwą budowlą był zawieszony nad przepaścią. Poniżej wściekle szumiały fale. Niczym brama do innego świata, most prowadził tam właśnie, gdzie źródło mają opowieści i legendy o królu naszym Arturze i jego rycerzach, o Świętym Kielichu Pana oraz mędrcu Merlinie.
Gdy byliśmy bliżej, rozpętał się sztorm. Fale rzucały nas w górę i w dół, a błyskawice przecinały ciemne niebo. Każdy modlił się, klął i pomagał jak tylko potrafił.
Po chwili zamek ukazał nam się już w całej okazałości. Gdzieś z wnętrza wychylała się wieża kościoła. Mury wzmocnione basztami i główną wieżą wychodziły bezpośrednio ze skalistego podłoża. Żadna siła ziemska nie ma takiej mocy, żeby zdobyć tę twierdzę.
Opłynęliśmy zamek od zachodniej strony i otworzyła się przed nami mała, spokojna przystań, odcięta od rozszalałego morza.
Schronisko położone było na skraju klifu. Z okien rozciągał się widok na ocean i zachmurzone niebo. Było wietrzenie i deszczowo – na szczęście tylko na zewnątrz. Ciepłe i przytulne wnętrze sprawiło, że wszyscy szybko zapomnieli o nużącej podróży.
W sobotę wybraliśmy się na południe. Szlak Nadbrzeżny wił się na krawędzią, prowadząc to w górę, to w dół – do plaży.
Pogoda była zaskakująco dobra, jak gdyby Kornwalia chciała odsłonić przed nami swoje najpiękniejsze oblicze.
Jak za każdym razem, napotkaliśmy po drodze zwierzęta. Tym razem były to konie i byki.
Po powrocie do schroniska dałem się wciągnąć w Ryzyko. 5 imperiów rozpoczęło walkę o panowanie nad światem.
W tym czasie kilka osób zajęło się obiadem – po godzinie podano „curry”, czyli kurczaka z ryżem.
Potrawa prosta acz smaczna – w sam raz na masowe gotowanie. W chwilę później przyszedł mikołaj. Właściwie był to Phil, główny Boot, ale przecież nie o to chodzi.
Najpierw rozdano prezenty, a w chwilę później – ciepłe mince pies. Naprawdę trudno powiedzieć, które były lepsze.
Same prezenty trochę mnie rozczarowały – oprócz kilku przypadków każdy dostał jakąś czekoladę albo cukierki – wszak to najprostsze i najtańsze. Ale kątem oka spojrzałem na Particie, kiedy otworzyła torbę z łosiem. Zaskoczony uśmiech to chyba znak, że się cieszyła…
Resztę wieczoru spędziliśmy grając w znalezioną na półce grę – Booze Cruise – quiz alkoholowy.
Jak się możecie domyśleć, nie szło mi najlepiej. Wygrał Anglik, który do czasu zakończenia gry zdążył już być „pod wpływem”…
Na plaży morze wydrążyło przesmyk, dosłownie odcinając zamek od lądu.
Stał teraz na wyspie, zrujnowany w rzeczywistości i okazały w naszej wyobraźni, niczym mityczna Atlantyda.
Razem z Benem skorzystaliśmy z wodospadu, który wpadał tu bezpośrednio do oceanu.
Kilka chwil później siedzieliśmy już w ciepłym pubie, susząc kurtki i włosy.
W drodze powrotnej zjadłem kupione wcześniej „cornish pastie”. Jest to tradycyjna potrawa kornwalijska, którą tutejsi górnicy przez wieki zabierali ze sobą pod pracy pod ziemią. Zapieczone w bułce ziemniaki, mięso, cebula i brukiew smakowały naprawdę dobrze, zwłaszcza po wędrówce w deszczu, wietrze i chłodzie brytyjskiego wybrzeża.
Podróż nie skończyła się jednak wraz z powrotem do pokoju. O 3.00 razem z Saszą zjedliśmy jeszcze kornwalijską słodką bułkę z tradycyjną gęstą śmietaną.Później udałem się do Egham w poszukiwaniu prezentu dla dziewczyny z Boots Club. Na wycieczce ma być drzewko choinkowe i prezenty.
We wszystkich sklepach można było poczuć świąteczny nastrój: świąteczne piosenki i kolędy, przystrojone witryny i ludzie życzący sobie wesołych świąt. Włóczyłem się między półkami, powoli chłonąc spokojną atmosferę jak dobrą herbatę w zimowy wieczór. Czy to pięknie zapakowane, cieszące oko pudełka, czy może przekreślone ceny z narysowanym prezentem skłoniły mnie do tego, żeby kupić kilka rzeczy? Prezent dla koleżanki też się znalazł – pluszowy łoś, o którym Benedine powiedziała „cute”.
Kiedy wróciłem w południe z wykładów, zaskoczył mnie alarm pożarowy. Włączył się na moment, kiedy wybierałem kod wejściowy. Otwierając pokój , usłyszałem krótki, głośny sygnał. Nie bardzo wiedziałem co się dzieje. Po pięciu minutach sprawa się wyjaśniła – alarm piszczał dosłownie co kilkanaście sekund. Tim, którego spotkałem na korytarzu, miał już gotowe wyjaśnienie: „Some retard at the reception is randomly pressing a buton…”. Po 10 minutach przyszedł do mnie i zrezygnowany powiedział: „I wanna shoot someone”. Ja też byłem już mocno zirytowany, więc następny dzwonek podziałał jak impuls do działania. Wskoczyłem w klapki i jak stałem, ruszyłem do recepcji powiedzieć co o tym myślę. Usłyszałem jeszcze na odchodnym: „Go and get’em Wojtek!”. Niestety nie udało mi się wiele zdziałać – dowiedziałem się tyle tylko, że trwa testowanie alarmu (jak gdyby w tym mokrym kraju było jakieś zagrożenie pożarowe…) i trzeba nam uzbroić się w cierpliwość. Na szczęście niebawem wyszedłem na zajęcia.
„Wait, is
