The Conquest of England

Relacje z frontu na Wyspach.

Nazwa:
Lokalizacja: Poland

czwartek, grudnia 28, 2006

Limeryk

Stanisław Krawczyk

Wojtkowi

Nasz studencina spod Londynu
zbierać poczyna się do czynu.
Wiązaną mową tusz zaryczy,
gdy z słowem słowo zlimeryczy
— po lytrze tambylszego gynu.

czwartek, grudnia 21, 2006

Kontekst

Piotr Andrzejewski

***
Czemuż milczysz?
Gdzie naturalny śmiech?
Czemuż patrzysz
ukradkiem? - to nie grzech.

Chłoniesz, tak swojski
lepki każdy dech,
Jesteś TUM!
Niebo tam, tutaj mech.

Takie same wszędzie
radość, los i pech.

Niebo nie myśli odmienia.

poniedziałek, grudnia 18, 2006

Powrót

Powrót
wam

Przemierzył obce krainy, góry i lasy tak inne
Lecz nie ma tam śniegu i ani śladu nie ma
Wszystko znika we mgle

Homo viator w podróżach się spala, zatraca zupełnie
Z każdym krokiem na nowy szlak wchodzi w nieznane
A Itaka daleko

Teraz kiedy przyszedł czas przyszedł strach
Bo nadeszła godzina próby i próba pamięci
Czy odnajdzie stary płomień w nowym czasie?
Czy z bielmem na oku rozpozna prawdziwe światło?

_______________________________________

wigilia przyjazdu

Dzień 84 - sobota

Lotnisko nocą jest zupełnie inne. Wszystko cichnie i uspokaja się – jak gdyby ten wielki, gwarny ul szedł spać. Orkiestra świąteczna grała niestety tylko do północy – potem atmosfera zrobiła się senna. Zjadłem jeszcze przygotowany wcześniej ryż na słodko i śladem innych podróżników przeszedłem stan spoczynku. Śpiąc w półgodzinnych odstępach między zmianą pozycji na sztywnym fotelu dotrwałem do piątej. Potem co 10 minut szedłem sprawdzić, czy zaczęło się już nadawanie bagażu. Po pół godzinie nadeszła upragniona chwila, kiedy przy napisie Poznań zaczął na zielono migać znak bagażu. Chwilę później cały sens nocnego oczekiwania i porannego czuwania został zniszczony. Pani wręczyła mi talon na 3 funty i oznajmiła, że lot jest opóźniony. 3 godziny.

3 godziny. Przecież w tym czasie miałem już przelatywać nad Polską granicą, myśleć o zobaczeniu rodziców i powrocie do domu…zamiast tego miałem „traditional breakfast” na kartki.

W tej chwili jest 7.45. Miałem wylatywać do Polski. Cóż, powroty do korzeni są, jak widać, najtrudniejsze.

Dzień 83 - piątek

Dziś ostatni wykład w tym roku. Nie chciałem się na niego spóźnić, a że jak zwykle wyszedłem ciut za późno, to drogę na zajęcia pokonałem truchtem. Na próżno. Kiedy o 11.00, wraz z dzwonem wieży zegarowej przestąpiłem próg uniwersytetu, zobaczyłem studentów gromadzących się wokół sali wykładowej. Tylko że zamiast wchodzić, wszyscy oni wychodzili. Wykład odwołano.

Ale przynajmniej obiad był – jak co tydzień – przyjemną częścią dnia. Dałem Costanzy i Saszy kartkę świąteczną (pozostałe 10 dostarczyłem rano sąsiadom przez ogromne szpary, jakie mamy we wszystkich drzwiach).

Po południu zacząłem się pakować. Zajęło mi to chyba półtorej godziny, bo połączone było ze świątecznym sprzątaniem. W końcu udało mi się zamknąć walizkę i plecak. Pożyczyłem od Fanny wagę i z niepokojem postawiłem na niej plecak. 9 kg. Z walizką nie było już tak łatwo. Wskaźnik zatrzymał się na 24 kilogramach. Paczka słodyczy powędrowała do bagażu podręcznego, a książka ekonomiczna – na stos rzeczy niepotrzebnych.

Na deser znów była kuchnia malezyjska. Tym razem były to Mung Beans (coś a la soczewica) ugotowane w słodkiej wodzie. Całkiem smaczne to było. Mam wrażenie, że jeszcze pół roku i będę mógł otworzyć w Polsce lokal z kuchnią orientalną…

Później przekazałem dziewczynom resztki zapasów z lodówki – pasztet, kabanosy i trochę serka Tartare. Zbliżają się święta, niech mają trochę dobrego jedzenia…

Wyruszyłem w podróż powrotną o 19.30. Może to trochę za wcześnie, ale w obliczu całej nocy na lotnisku jedna godzina i tak niknie…

Dzień 82 - czwartek

Nic ciekawego się dziś nie wydarzyło…nie wierzycie….i słusznie. Muszę zatem uściślić – nic ciekawego się dziś nie wydarzyło przez większość dnia.

Na popołudniowym wykładzie znowu zmogła mnie temperatura pomieszczenia (wysoka) i dyskusji (niska). Pewnym problemem było to, że w klasie było zaledwie 6 osób…trochę tłumaczy mnie (przynajmniej przede mną samym…) fakt, że to kolejny dzień, kiedy wyspałem się na 3+…

Wieczorem wykorzystałem ostatni bigos, który posłużył za mocną walutę w międzynarodowym handlu wymiennym. W zamian mogłem smakować chińskich pierożków Dim Sum na parze oraz mieszanki mielonego mięsa, sera Tofu, grzybów Shintagi i sosu ostrygowego. Mogę śmiało powiedzieć, że był to interes dnia.




Podano do stołu:

środa, grudnia 13, 2006

Dzień 81 - wtorek

Zbudziłem się o 6.30 i nie byłem szczególnie zmęczony. Może to dzięki temu, że zostawiłem na noc lekko uchylone okno.

Tematem przedpołudniowego wykładu z matematyki okazała się optymalizacja ograniczona – temat ciekawy, ale w sensie ekonomicznym stosunkowo łatwy – ot, jedno dodatkowe równanie do zapamiętania. Nie sądzę, że potrzeba 2 godzin na jego wyjaśnienie. A już na pewno nie trzech.

Na ćwiczeniach z Podstaw Ekonomii na większość pytań odpowiadał Sasza. 5 lat ekonomii i fakt, że właściwie chce mu się aktywnie uczestniczyć w lekcji sprawił, że był niemal jedynym, który odpowiadał nauczycielowi.

Podobnie na, ostatnich nota bene, ćwiczeniach z Międzynarodowej Polityki Ekonomicznej. Tym razem ja i kilka innych osób włączyło się do debaty i tak pośród 30 ludzkich posągów utworzyło się małe koło dyskusyjne.

Popołudniowa godzina matematyki była nietypowa – wokół mnie siedziało kilku studentów pochodzenia Indyjskiego, Pakistańskiego i Bengalskiego. Z typową dla ciemnoskórych werwą komentowali przebieg lekcji i bieżące wydarzenia. Potem wmówili sobie, że się na nich obraziłem, bo zabrali Saszy segregator. Ot, takie typowe zabawy ze szkolnej ławy.

W chwilę później byłem już w budynku Students Union. W każdy wtorek odbywa się tam mały targ warzywno-owocowy. Dziś jednak po raz pierwszy zauważyłem, że w dalszej części hali mieszczą się długie stoły z orientalnym jedzeniem. Z pomocą Wan Yung i Benedine poznawałem zawartość zapisanych dziwnymi znaczkami opakowań, a duch mój leciał daleko na wschód, otwierając wyobraźni drogę do azjatyckiego świata…Czy można kupić sobie chociaż namiastkę podróży? Nie wiem. Ale spróbować warto.

Po ostatnim wykładzie cała nasza czwórka – Costanza, Asif, Sasza i ja – zaczęliśmy przygotowania do międzynarodowej kolacji. Po 1,5 h składniki były na miejscu i rozpoczęliśmy gotowanie.

Na początku kuchnię wypełnił szlachetny, staropolski zapach. Jak pięknie pisze poeta:

„W kociołkach bigos grzano; w słowach wydać trudno

Bigosu smak przedziwny, kolor i woń cudną;

Słów tylko brzęk usłyszy i rymów porządek,

Ale treści ich miejski nie pojmie żołądek.

Aby cenić litewskie pieśni i potrawy,

Trzeba mieć zdrowie, na wsi żyć, wracać z obławy.

Przecież i bez tych przypraw potrawą nie lada

Jest bigos, bo się z jarzyn dobrych sztucznie składa.

Bierze się doń siekana, kwaszona kapusta,

Która, wedle przysłowia, sama idzie w usta;

Zamknięta w kotle, łonem wilgotnem okrywa

Wyszukanego cząstki najlepsze mięsiwa;

I praży się, aż ogień wszystkie z niej wyciśnie

Soki żywne, aż z brzegów naczynia war pryśnie

I powietrze dokoła zionie aromatem.

Bigos już gotów. Strzelcy z trzykrotnym wiwatem,

Zbrojni łyżkami, biegą i bodą naczynie,

Miedź grzmi, dym bucha, bigos jak kamfora ginie,

Zniknął, uleciał; tylko w czeluściach saganów

Wre para jak w kraterze zagasłych wulkanów.”

Zaspokoiwszy pierwszy głód, Sasza i Costanza przystąpili do tworzenia swoich specjałów. Najpierw uraczyliśmy się włoską przystawką z bakłażanów zapiekanych z pomidorami i serem. Trudno przecenić ich niezwykły smak i zapach, który przywodzi na myśl słoneczne wzgórza Toskanii, porośnięte winogronami stoki Umbrii i urocze włoskie restauracje, w których roznosi się zapach parmezanu.

Niedługo później przyszedł czas na główne danie wieczoru. Na stole pojawiła się, przygotowana wedle tradycyjnego przepisu Bułgarskich kobiet, banica. Delikatne ciasto i subtelny smak cytryny to wszystko, czego potrzeba, żeby zaspokoić nawet największych smakoszy. Tym przepysznym akcentem zakończyliśmy międzynarodowy obiad. Przyszedł bowiem czas na deser.

W tradycyjny sposób pieczony, podany został piernik z orzechami i polewą czekoladową. W ten to sposób uczta rozpoczęła się i jednocześnie zakończyła polskim specjałem.

Nieoczekiwanie rozmowa zeszła na tory religii.

Palce wzniesione ku górze, podniesione głosy i blask w oczach! Asif, Muzułmanin, który z pamięci cytował fragmenty Ewangelii – razem z numerem rozdziału i wersetu. Constanza, chrześcijanka, z internetową Biblią po włosku, grecku i angielsku na kolanach, tłumacząca z oryginalnego tekstu właściwe znaczenie. Sasza, ateista, słuchający i coraz bardziej śpiący. I ja – zachwycony i zagubiony – wtrącając od czasu do czasu argument i starając się chłodzić gorącą dyskusję.

Północ powitała mnie w drodze powrotnej. Teraz jest 01.38, a ja siedzę przy biurku, a ja piję herbatę z rumianku i miodu, zagryzam świątecznym piernikiem i opisuję ten niezwykły dzień.


Dzień 80 - poniedziałek

Weź proszę kartkę. I coś do pisania. Nie żartuję. Masz? Dobrze.

Rozwiąż takie zadanie:

pierwiastek z 9 + pierwiastek z 16

Wyszło zapewne 7, prawda? I słusznie. A teraz rozwiąż proszę jeszcze to:

pierwiastek z (9 + 16)

Zgadza się – 5. Widzisz więc, że suma pierwiastków nie jest równa pierwiastkowi sumy. Proste i oczywiste.

Nie chciałem być wredny. Nie byłem wredny. Ale pani od matematyki sama się pogrążyła. Widząc moją zdziwioną twarz zapytała, czy wszystko w porządku. Nie wszystko było w porządku. Redukowanie potęgi po obu stronach równania nie było w porządku.

x ^ 2 = -[( y ^ 2 )/ 3] + 1 <=> x = - (y / 3) +1

Chciałem być delikatny, więc powiedziałem, że wydaje mi się, iż należy dwa składniki ująć w nawias, a nad nim rozciągnąć pierwiastek. Odpowiedź była szokująca: „So, you don’t understand the brackets?”. Wciąż jeszcze opanowany zapytałem czy mogę wstać i napisać o co mi chodzi. Kiedy króciutki dowód, przez który przeszliśmy razem na początku, znalazł się na tablicy, przez klasę przeszedł szmer zrozumienia. Pani powiedziała natomiast: „So, you still have the problem with brackets?”. Usiadłem zrezygnowany. Właściwie załamany. Do końca lekcji nie mogłem się odezwać – coś mnie ściskało w gardle.

Wieczorem przygotowałem piernik na międzynarodową kolację dnia następnego. Niestety nie wyszedł taki, jakim chciałem go upiec – za niski i zbyt mocno przypieczony. Ale Benedine i Wan Yung oceniły go pozytywnie, więc może Saszy, Costanzy i Asifowi tez zasmakuje. Dorobiłem polewę czekoladową i zawinąłem piernik w folię.

Później przyszedł czas na kolację. Rozłożyłem sobie uroczyście japońską miseczkę i pałeczki na bambusowej macie, przygotowałem nieco ryżu po babcinemu (z cukrem i cynamonem) i rozkoszowałem się każdym kęsem nabranego pałeczkami dania.

Tyntagiel

Nasz statek chyżo ciął fale, a wiatr od brzegu chłodził twarze. Mrok nocy powoli znikał, ustępując przed świtem nowego dnia. Ciemne chmury na horyzoncie kłębiły przysłaniały widok.

Wreszcie pierwsze promienie jutrzenki rozproszyły ciemność. W szarym świetle świtania płynęliśmy w stronę groźnego, najeżonego skałami brzegu.

W końcu wiatr rozsunął chmurną zasłonę i naszym oczom ukazał się zamek. Osadzony dumnie na dwóch bliźniaczych skałach, strzegł północnego wybrzeża Kornwalii. Most, który łączył przedzamcze z właściwą budowlą był zawieszony nad przepaścią. Poniżej wściekle szumiały fale. Niczym brama do innego świata, most prowadził tam właśnie, gdzie źródło mają opowieści i legendy o królu naszym Arturze i jego rycerzach, o Świętym Kielichu Pana oraz mędrcu Merlinie.

Gdy byliśmy bliżej, rozpętał się sztorm. Fale rzucały nas w górę i w dół, a błyskawice przecinały ciemne niebo. Każdy modlił się, klął i pomagał jak tylko potrafił.

Po chwili zamek ukazał nam się już w całej okazałości. Gdzieś z wnętrza wychylała się wieża kościoła. Mury wzmocnione basztami i główną wieżą wychodziły bezpośrednio ze skalistego podłoża. Żadna siła ziemska nie ma takiej mocy, żeby zdobyć tę twierdzę.

Opłynęliśmy zamek od zachodniej strony i otworzyła się przed nami mała, spokojna przystań, odcięta od rozszalałego morza.


Dzień 77, 78, 79 - piątek, sobota, niedziela

Ruszyliśmy. Tym razem nasz szlak prowadzi do Kornwalii, do owianego legendami zamku Tyntagiel. To miejsce panowania Króla Artura, twierdza króla Marka i świadek tragicznej miłości Tristana i Izoldy. Skąpane w morskich falach klify, poszarpane skały i wznoszące się na nich ruiny zamku, w których wyje wiatr.

Schronisko położone było na skraju klifu. Z okien rozciągał się widok na ocean i zachmurzone niebo. Było wietrzenie i deszczowo – na szczęście tylko na zewnątrz. Ciepłe i przytulne wnętrze sprawiło, że wszyscy szybko zapomnieli o nużącej podróży.

W sobotę wybraliśmy się na południe. Szlak Nadbrzeżny wił się na krawędzią, prowadząc to w górę, to w dół – do plaży.




Pogoda była zaskakująco dobra, jak gdyby Kornwalia chciała odsłonić przed nami swoje najpiękniejsze oblicze.




Jak za każdym razem, napotkaliśmy po drodze zwierzęta. Tym razem były to konie i byki.



Na szczęście ani my, ani one nie sprawialiśmy sobie nawzajem kłopotów.

Po powrocie do schroniska dałem się wciągnąć w Ryzyko. 5 imperiów rozpoczęło walkę o panowanie nad światem.

W tym czasie kilka osób zajęło się obiadem – po godzinie podano „curry”, czyli kurczaka z ryżem.

Potrawa prosta acz smaczna – w sam raz na masowe gotowanie. W chwilę później przyszedł mikołaj. Właściwie był to Phil, główny Boot, ale przecież nie o to chodzi.

Najpierw rozdano prezenty, a w chwilę później – ciepłe mince pies. Naprawdę trudno powiedzieć, które były lepsze.

Same prezenty trochę mnie rozczarowały – oprócz kilku przypadków każdy dostał jakąś czekoladę albo cukierki – wszak to najprostsze i najtańsze. Ale kątem oka spojrzałem na Particie, kiedy otworzyła torbę z łosiem. Zaskoczony uśmiech to chyba znak, że się cieszyła…

Resztę wieczoru spędziliśmy grając w znalezioną na półce grę – Booze Cruise – quiz alkoholowy.

Jak się możecie domyśleć, nie szło mi najlepiej. Wygrał Anglik, który do czasu zakończenia gry zdążył już być „pod wpływem”…

W niedzielę nasza trasa była dużo krótsza – wybraliśmy się tylko do ruin zamku i wsi położonej nieopodal. Sam Tyntagiel, choć pozostały z niego zaledwie szczątki murów, robił wrażenie (--> ..:://Tyntagiel\\::..).

Na plaży morze wydrążyło przesmyk, dosłownie odcinając zamek od lądu.

Stał teraz na wyspie, zrujnowany w rzeczywistości i okazały w naszej wyobraźni, niczym mityczna Atlantyda.

Razem z Benem skorzystaliśmy z wodospadu, który wpadał tu bezpośrednio do oceanu.

Kilka chwil później siedzieliśmy już w ciepłym pubie, susząc kurtki i włosy.

W drodze powrotnej zjadłem kupione wcześniej „cornish pastie”. Jest to tradycyjna potrawa kornwalijska, którą tutejsi górnicy przez wieki zabierali ze sobą pod pracy pod ziemią. Zapieczone w bułce ziemniaki, mięso, cebula i brukiew smakowały naprawdę dobrze, zwłaszcza po wędrówce w deszczu, wietrze i chłodzie brytyjskiego wybrzeża.

Podróż nie skończyła się jednak wraz z powrotem do pokoju. O 3.00 razem z Saszą zjedliśmy jeszcze kornwalijską słodką bułkę z tradycyjną gęstą śmietaną.

Właściwie to koniec na dziś, ale niektórych z Was może nurtuje, dlaczego Sasza jadł u mnie bułkę o 3 w nocy. Przyznam, jest to sytuacja nietypowa. Ale podyktowana równie nietypowymi okolicznościami. W drodze powrotnej dostałem od niego wiadomość z pytaniem, czy może dziś w nocy uzyć mojego komputera. Oczywiście - odpisałem, domyślając się, że pewnie znów ma w domu problemy z internetem. Następnego dnia moja bowiem termin oddawania esejów. Sasza zjawił się o 23.00. W międzyczasie przyszła jeszcze Benedine, prosząc o wydrukowanie kilku kartek. Mój Bułgarski kolega szedł pół godziny w jedną stronę tylko po to, żeby sprawdzić 3 strony internetowe, które zamieścił w bibliografii...cóż...w każdym razie rozmowa zeszła na moją weekendową wycieczkę i zdjęcia. I właśnie przez te zdjęcia, które jakoś same się otwierały, zrobiła się nagle 2.30...

Ach, jeszcze jedno! Kiedy zadowolony wróciłem do akademika, dosłownie wpadłem na Louis, która wręczyła mi świąteczną kartkę i małą torebkę ze słodyczami. Minutę później spotkałem Wan Yung i Benedine - one również wręczyły mi kartki i kolorową paczkę. Byłem naprawdę zaskoczony...jak mawia moja Babcia "za dużo wrażeń jak na jeden dzień". W paczce natomiast było coś, czego bym się nigdy nie spodziewał - a zarazem coś tak pomysłowego, że nie mogłem się nadziwić:

Dzień 77 - piątek

Wykład był dziś wyjątkowo o 9 rano. Z tegoż zapewne powodu sala świeciła pustkami. Nieliczne zaspane i skulone cienie opatulały się ciasno kurtką bądź płaszczem, bo zamiast ogrzewania świetnie działała klimatyzacja.

Później udałem się do Egham w poszukiwaniu prezentu dla dziewczyny z Boots Club. Na wycieczce ma być drzewko choinkowe i prezenty.

We wszystkich sklepach można było poczuć świąteczny nastrój: świąteczne piosenki i kolędy, przystrojone witryny i ludzie życzący sobie wesołych świąt. Włóczyłem się między półkami, powoli chłonąc spokojną atmosferę jak dobrą herbatę w zimowy wieczór. Czy to pięknie zapakowane, cieszące oko pudełka, czy może przekreślone ceny z narysowanym prezentem skłoniły mnie do tego, żeby kupić kilka rzeczy? Prezent dla koleżanki też się znalazł – pluszowy łoś, o którym Benedine powiedziała „cute”.

Popołudniu dziewczyny pomogły mi zapakować łosia – z kawałka papieru do pakowania wyczarowały prawdziwą torbę! Na wierzchu doczepiłem wstążkową gwiazdkę i prezent był gotowy. Ja jednak nie. Miałem 15 minut, żeby spakować się i wyjść...

Dzień 76 - czwartek

Kiedy wróciłem w południe z wykładów, zaskoczył mnie alarm pożarowy. Włączył się na moment, kiedy wybierałem kod wejściowy. Otwierając pokój , usłyszałem krótki, głośny sygnał. Nie bardzo wiedziałem co się dzieje. Po pięciu minutach sprawa się wyjaśniła – alarm piszczał dosłownie co kilkanaście sekund. Tim, którego spotkałem na korytarzu, miał już gotowe wyjaśnienie: „Some retard at the reception is randomly pressing a buton…”. Po 10 minutach przyszedł do mnie i zrezygnowany powiedział: „I wanna shoot someone”. Ja też byłem już mocno zirytowany, więc następny dzwonek podziałał jak impuls do działania. Wskoczyłem w klapki i jak stałem, ruszyłem do recepcji powiedzieć co o tym myślę. Usłyszałem jeszcze na odchodnym: „Go and get’em Wojtek!”. Niestety nie udało mi się wiele zdziałać – dowiedziałem się tyle tylko, że trwa testowanie alarmu (jak gdyby w tym mokrym kraju było jakieś zagrożenie pożarowe…) i trzeba nam uzbroić się w cierpliwość. Na szczęście niebawem wyszedłem na zajęcia.

Economic Philosophy zaskoczyło mnie po raz kolejny. W jakiś sposób dygresje przeniosły nas do dyskusji nad sensem upamiętniania historii, a z tego skokiem do Auschwitz. Wypadło na to, że opowiadałem o obozie koncentracyjnym. Cała rozmowa o Polsce zakończyła się pytaniem wykładowcy:

„Wait, is Poland the country with twin brothers?”…

piątek, grudnia 08, 2006

Dzień 75 - środa

Kolejny ciekawy dzień. To dziwne, ale zauważyłem, że intensywne dni dosłownie przeplatają się z nużącymi nieco dniami wypełnionymi pracą naukową.


Dziś zacząłem od wykładu o religiach. Ojciec Vlad prezentował różne wykresy, związane głównie z ekonomią, na potwierdzenie tego, że w bogatszych krajach tradycyjne pojęcie religii i wiary przeżywa swój kres i przeistacza się w duchowość i spirytualizm (czy mówiłem Wam już, że niedawno Louis oświadczyła, że została poganką, wiedźmą, jak sama siebie nazywa?). Namówiłem go i resztę grupy, żeby za tydzień nadrobić stracony wykład i tym samym zakończyć kurs Religions & Conflicts. W przyszłym semestrze będzie o religiach w innym aspekcie.

Wcześniej jeszcze byłem na eksperymencie ekonomicznym. Niestety okazało się, że skrypt programu jest źle napisany i nie ma sensu dalej prowadzić badania. Pan przeprosił nas i wypłacił każdemu 5 funtów. Za nic...

Przypadkiem zauważyłem, że HARC (chodzi o owo grono profesorskie, na spotkanie którego się kiedyś wślizgnąłem) ma dziś wykład zatytułowany Filozofia Języka. Książka o globalizacji poszybowała w otchłań plecaka i o 17.00 byłem na właściwym miejscu. Warto było.

Na treningu wszyscy dumnie (i zasłużenie) wypinali pierś (lub raczej biodra) - każdy w końcu miał teraz wyższy stopień. Pod koniec zebraliśmy się jeszcze, bo Gary (przewodniczący klubu) wręczał nagrody przyznane w określonych kategoriach. Byłem usatysfakcjonowany, kiedy dostałem dyplom i tytuł Best Male Beginner.


Byłem natomiast naprawdę zaskoczony, kiedy wręczono mi jeszcze odznaczenie Best Overall Student.

Dzień 74 - wtorek

Dziś był niezły numer. Na Międzynarodowej Polityce Ekonomicznej siedziałem razem z Asifem prawie na samym froncie. Wykład był mało wciągający, więc oczy jakoś same mi się zamykały...na 12 minut przed końcem słyszę, jeszcze jakby z oddali, głos Asifa:

"Man, I must go if I want to catch the bus"

Trzeba wam wiedzieć, że Asif mieszka z Kingswood. To mniej więcej 20 minut pieszo, dlatego korzysta z autobusu.

"Then go for it"

powiedziałem odruchowo.

Nie trzeba było długo czekać. Asif poderwał się z krzesła i wielkimi krokami pokonał schody do wyjścia. Wszyscy spojrzeli na niego, zaskoczeni i rozbawieni. Po sali przeszedł szmer podniecenia. Zamykane krzesło szczęknęło głośno. Wykładowca przez chwilę patrzył ze zdziwieniem na puste miejsce. Ja natomiast zauważyłem, że pod siedzeniem uciekiniera leży siatka, a w siatce mleko i chleb na dzisiejszą kolację.
Nie spałem już ani przez moment - przez pozostałe 10 minut nie mogliśmy razem z Saszą przestać się śmiać...

Dzień 73 - poniedziałek

Starałem się dziś zrobić kilka zdjęć nauczycielom - z ukrycia i jawnie. Niestety większość z nich wyszła słabo, dlatego ich nie zamieszczę. Znalazłem natomiast zdjęcia wszystkich wykładowców na stronie uniwersyteckiej, więc będziecie mogli ich poznać - przynajmniej z widzenia.

Poranny wykład filozoficzny dotyczył Utopii Thomasa More'a. Naprawdę żałuję, że nie mam czasu czytać tych wszystkich lektur - może w wakacje albo przerwę świąteczną? A może w drodze na i z zajęć? W końcu to zawsze 20 minut do przodu...A może po prostu za mało się jeszcze zainteresowałem ekonomią?
Ach tak, obiecałem przecież zdjęcia wykładowców. Oto i profesor Justin Champion:


Następnie, jak już pewnie dobrze wiecie, przyszedł czas na podstawy ekonomii. Nic szczególnego się nie działo. Zauważyłem tylko, że coraz więcej miejsc jest wolnych - może to brzydka pogoda sprawia, że studenci niechętnie wychodzą z pokojów?
Na zdjęciu poniżej widnieje profesor Anthony Heyes:


Jak sam o sobie pisze: "I got an undergraduate degree from Cambridge (the top first in my year) and then a PhD from McGill University in Montreal about a thousand years ago. I was a Fellow at Nuffield College, Oxford before coming to Royal Holloway where I was made a Professor in my 20's. Until 2004 I was Head of Economics and am currently acting as Dean of History & Social Sciences. In addition to teaching you lot (which I enjoy, most of the time) I have advised various parts of the UK government, the EU, OECD and private consulting firms in my specialist areas which are design of environmental policy and corporate regulation. I've had Visiting Professorships or advisory positions all over the world, most recently LSE (2004), Mauritius (2006) and Washington DC (2001). My professional ambitions over the next couple of years are to spend time in China helping design environmental policy. Before I got fat I played a lot of Cricket and Football - now I play less often, and less well. My motto in life is: If its brown and smells, don't touch it."

O 14.00 rozpoczęły się ćwiczenia z Economic Workshop. Omawialiśmy kwestię wyceny ludzkiego życia.
- Kto z was go lubi? - zapytał nauczyciel, wskazując na mnie. Jedna dziewczyna podniosła rękę. Pomogłem jej wcześniej przy prezentacji, gdy jako ochotnik narysowałem wykres.
- A ile on jest twoim zdaniem wart? - poczułem się dziwnie. Owa dziewczyna chyba też, bo nie spodziewała się zapewne takiego pytania.
- 10 milionów funtów? - powiedziała niepewnie. Zacząłem się zastanawiać - dużo to czy mało? Czy w ogóle można postrzegać życie jako dużo i mało warte w tak dosłownym sensie?
- Dobrze, a czy byłabyś gotowa tyle za niego zapłacić, gdyby od tego zależało jego życie? - poczułem się jeszcze bardziej nieswojo. Odpowiedź była oczywista.
- Widzicie więc, że wartość życia wynosi tyle, ile ktoś jest gotów za nie zapłacić. W praktyce on - znów wskazał na mnie - może być wart jakieś 2 miliony funtów...
Przed wami autor tych słów, Gian Paolo Ansaloni:

Po zajęciach poszedłem na próbę chóru. Dziś spotkaliśmy się wcześniej, o 17.30. żeby przećwiczyć kilka taktów. Jako że była to ostatnia oficjalna próba przed koncertem, czas się nieco wydłużył. Prześpiewaliśmy cały repertuar - większość była dla mnie zupełnie nowa. Dlatego też, pod koniec jednej piosenki, kiedy wszyscy zamknęli utwór półnutą, ja nieopatrznie przedłużyłem dodałem jeszcze ćwierćnutę, kończąc piosenkę sam. Po 3,5 godzinie czułem się rozśpiewany jak nigdy. Dla niektórych, na przykład Daniela, było to chyba już trochę za długo:

Dzień 72 - niedziela

Wojtku, muszę przyznać, że jestem zaskoczony. Mile zaskoczony. Dlaczego? Otóż nie byłem przekonany co do tego, że uda Ci się zaliczyć dwa stopnie karate za jednym razem. Że łatwo? Ale widzisz, tylko kilku osobom się to udało. A teraz masz czerwony pas i nadzieję, że jak się przyłożysz, to może pod koniec trzeciego roku stopień mistrzowski będzie w zasięgu ręki.

Trochę męczący był ten dzień. Najpierw trening na sali w jakieś 50 osób...mało się nie pozabijaliście. A potem jeszcze to czekanie: przed, w napięciu, żeby nie przejść w letarg i po, spokojnie, w letargu, żeby nie zasnąć przed oczami komisji. Ale musisz przyznać, że był to pewien rodzaj społeczności - nikt nie wychodzi po swoim zdawaniu; wszyscy z szacunkiem czekają na ostatnią osobę. I jeszcze cała ta zabawa z Twoim imieniem...przyzwyczaj się, że kiedy cisza przed wyczytaniem jest nienaturalnie długa, to chodzi o Ciebie i nie musisz czekać, aż Anglicy połamią sobie języki, mówiąc "Wojżczek". A swoją drogą miło, że przynajmniej główny sensei słyszał o Polsce na tyle, żeby wiedzieć o naszej "wojowniczej historii".

Może szkoda, że nie poszedłeś z klubem na wspólną kolację po zdawaniu. Wiem, musiałeś czytać, ale przecież kurczak w miodzie też nie zajmuje pięciu minut. Ale jak chcesz. I pamiętaj, jak na drugi raz będziesz robił ryż na mleku, to nie mieszaj miodu z czekoladą. Tak chyba będzie lepiej.

Uczta

Niewielki stół, na nim mały podwójny palnik, dwie duże patelnia oraz deska do krojenia i nóż. Obok korzeń imbiru, sos sojowy w butelce i świeże skrzydełka z kurczaka. W tle chatki słomiane i ludzie lasu w prymitywnym ubraniu.

- Dziś udamy się w kulinarną podróż do odległych zakątków Dalekiego Wschodu. W 1521 Ferdynand Magellan dotarł do Wysp Korzennych w archipelagu malajskim. Wyprawa ta rozpoczęła tak zwane wyprawy po korzenie. My dziś wyprawimy się śladem Magellana do Malezji - przygotujemy kurczaka po malajsku. Żeby to zrobić, potrzebujemy 2 charakterystycznych przypraw dalekowschodnich: mianowicie imbiru i sosu sojowego. Mamy je tutaj, więc możemy zaczynać. Najpierw tniemy kurczaka na kawałki lub plasterki - będziemy je smażyć na patelni. Następnie musimy obrać imbir i pociąć go na plasterki. Niewielu wie, że imbir jest przyprawą o niezwykle długiej tradycji. Chińska kuchnia i medycyna używała go już przeszło 4000 lat temu. A my się dziś zastanawiamy, czy wpuszczać emigrantów z Dalekiego Wschodu. Proszę Państwa, gdyby oni przywieźli chociaż część swojej wspaniałej kuchni, to osobiście witałbym ich na granicy. Kiedy już poszatkowaliśmy imbir, smażymy go chwilę na patelni, żeby stał się miękki. W międzyczasie możecie Państwo podziwiać tropikalne lasy północnego Borneo, które od tysiącleci stanowią nieodmienne miejsce życia tutejszej ludności.

Widok na horyzont oraz korony drzew tropikalnych.

- Teraz pozostaje nam tylko usmażyć kurczaka. Wrzucamy go na patelnię, dolewamy troszkę sosu sojowego i mieszamy, żeby się nie przypalił. Po kilku minutach jest gotowy.

Kucharz biegnie z patelnią w kierunku tubylców. Częstuje jednego z nich. Ten zjada, po czym z uśmiechem energicznie potakuje głową.

----------------------------------------

Znajomy już stolik. Zamiast garnka szklane naczynie. Olej, miód i piersi z kurczaka. W tle jezioro i buddyjski klasztor.

- Przenosimy się teraz do Państwa Środka, skąd oryginalnie wywodzi się nasze danie. Przepis jest bardzo łatwy. Potrzebujemy 2 piersi lub nóżek kurczaka ze skórą, miód oraz oliwę z oliwek, najlepiej z pierwszego tłoczenia. Kiedy byłem kiedyś w Grecji, nie mogłem znaleźć oliwy z pierwszego tłoczenia i nie wierzyłem własnym oczom - w końcu to tak, jak gdyby w naszym kraju zabrakło ziemniaków. Okazało się, że tam sprzedają oliwę tylko z pierwszego tłoczenia i jest to tak oczywiste, że nie podaje się tego na butelkach. Wracając jednak do kurczaka - nacinamy skórę wzdłuż w jednym lub dwóch miejscach tak, żeby nasz miód mógł swobodnie dostać się do środka i napełnić mięso tym łagodnym, słodkim smakiem. Następnie, już w szklanej formie, polewamy skrzydełka oliwą i wstawiamy do piekarnika na 20 minut w temperaturze 190 stopni.
- Chińczycy we wszystkim, co robili szukali perfekcji. Możemy wziąć za przykład wypracowaną przez setki lat sztukę kaligrafii, sztukę prowadzenia wojny czy tak popularne dziś na zachodzie sztuki walki. Podobnie było też z kuchnią - przez tysiąclecia tradycja została doprowadzona do perfekcji. 20 minut już minęło. Wyciągamy kurczaka i polewamy go obficie miodem, zwłaszcza tam, gdzie nacięliśmy skórę. Po tym pieczemy go przez następne 20 minut.

- Szkoda, że nie mogą Państwo być tu ze mną - moglibyście poczuć tę wspaniałą, łagodną woń unoszącą się z piekarnika. Oto i kurczak jest gotowy. Zlewamy sos do garnka i gotujemy przez chwilę, żeby stał się gęściejszy. Polewamy nasze danie i możemy kosztować. Najlepiej podawać je z ryżem, który świetnie komponuje się z miodowym sosem.

Kucharz kosztuje i w zachwycie unosi brwi.

Dzień 71 - sobota

Zawziął się. Trzeba się kiedyś w końcu pouczyć na serio. Ale nie kiedyś - teraz. Dziś.

Jak powiedział, tak zrobił. Od rana do wieczora siedział nad globalizacją i innymi aspektami ekonomii.

Wieczorem natomiast przyszedł czas na z dawna zaplanowaną ucztę (--> ..:://Uczta\\::..).

Mój Plan

Poniedziałek:
7.30 - śniadanio-Biblio-hiszpański
9.00 - Filozofia Myśli Politycznej (dodatkowy wykład)
10.00 - Podstawy Ekonomii
12.03 - obiady poniedziałkowe (Tortellini + warzywa) okraszone dyskusjami o wszystkim i niczym z Asifem, Saszą i Costanzą
14.00 - ćwiczenia z Economic Workshop z wesołym panem Ansalonim
15.00 - godzina odpisywania na maila i komentarze
16.00 - ćwiczenia z matematyki, dotychczas Najnudniejsze Zajęcia Tygodnia
17.00 - godzina czytania Financial Timesa
18.00 - próba chóru
20.00 - powrót, czytanie, kolacja, czytanie, Skype, czytanie
około 01.30 - godziny snu

Wtorek:
7.30 - śniadanio-Biblio-hiszpański
8.00 - doczytywanie artykułu na popołudnie i odrabianie zadania na przedpołudnie
10.00 - wykład z Matematyki I
11.00 - ćwiczenia z Podstaw Ekonomii
12.00 - obiady wtorkowe (lasagne + warzywa) przeplatane dyskusją o tym, co nie zostało omówione dnia poprzedniego; z Asifem, Saszą, Costanzą
13.00 - ćwiczenia z Międzynarodowej Polityki Ekonomicznej
14.00 - wykład z Matematyki II, na którym pani Tan powtarza połowę wcześniejszego wykładu dla tych, którzy nie zechcieli przyjść
15.00 - godzina czytania
16.00 - wykład z Międzynarodowej Polityki Ekonomicznej
17.00 - powrót, czytanie, kolacja, czytanie, rozmowy z Wan Yung/Pardis/Benedine/innymi
około 01.30 - godziny snu

Środa:
8.00 - śniadanio-Biblio-hiszpański
8.30 - czytanie
13.00 - wykład Religie i Konflikty (dodatkowy wykład)
15.00 - powrót i obiad

wersja A:
17.00 - wykład HARC (Humanities and Arts Research Centre)
18.30 - czytanie
wersja B:
16.00 - czytanie

20.00 - trening karate
21.40 - powrót razem z Wan Yung, która kończy pracę za barem
22.30 - kolacja, czytanie i nadrabianie bloga
około 01.30 - godziny snu

Czwartek:
7.30 - śniadanio-Biblio-hiszpański
8.00 - naprędce nadrabiana analiza giełdowa
10.00 - wykład z Matematyki, który jest łatwy i nudny
11.00 - powrót, czytanie, obiad i dokańczanie analizy giełdowej
16.00 - wykład i ćwiczenia z Filozofii Ekonomicznej (najbardziej myląca nazwa na zachód od Londynu)
18.00 - spotkanie Investment Club i prezentacja analizowanej spółki giełdowej
19.00 - bieg na trening
19.30 - trening karate
21.15 - powrót, kolacja, czytanie i nadrabianie bloga
około 01.30 - godziny snu

Piątek:
7.30 - śniadanio-Biblio-hiszpański
8.00 - czytanie
11.00 - wykład z Economic Workshop
12.00 - obiady piątkowe (tradycyjnie Fish & Chips) rozmową przeplatane, z Asifem, Saszą i Costanzą jedzone
13.00 - powrót i czytanie, kolacja, czytanie, spotkanie z sąsiadami i rozmowa/film
około 02.00 - godziny snu

Sobota:
8.00 - śniadanio-Biblio-hiszpański
8.30 - czytanie, obiad, uzupełnianie bloga, czytanie, kolacja, czytanie, kuchnia
około 02.00 - godziny snu

Niedziela:
8.00 - śniadanio-Biblio-hiszpański
8.30 - czytanie
11.00 - msza
12.00 - krótkie spotkanie ze studentami-katolikami
12.30 - powrót i czytanie
14.00 - trening karate
15.40 - powrót, obiad, czytanie, robienie notatek i zadania na poniedziałek, Skype, spotkanie w sąsiedztwie
około 01.30 - godziny snu

Jak widzicie, mój tydzień jest nudny i rutynowy. Każdy dzień kończy się i zaczyna tym samym, o tej samej niemal porze.

Jeśli chodzi o "czytanie", to nie miejcie proszę złudzeń. Właśnie dlatego nazywa się to plan, nie zaś raport, że czytanie mam w planie. Życie jest jednak bogatsze...dużo bogatsze...niż moje plany.

czwartek, grudnia 07, 2006

Dzień 70 - piątek

Piątek.
Jak niektórzy mówią, pierwszy dzień weekendu. Muszę przyznać, że dla mnie weekend trwa praktycznie 5 dni: od środy do niedzieli. Mam wprawdzie wykłady w tym czasie, ale to naprawdę czysta przyjemność. Właściwie teraz, kiedy już ostatecznie ustabilizował mi się plan, nastał dobry czas, żeby go tutaj zamieścić. Tak też czynię (--> ..:://Mój Plan\\::..).

Wykład z Economic Workshop był dziś straszny. Próbowano przekonać mnie, że jako ekonomista muszę przypisać jakąś wartość - wartość pieniężną - do ludzkiego życia. I chociaż sypały się logiczne argumenty i realne problemy, wszystko to do mnie nie trafiało. Sama idea wyceniania człowieka aż za bardzo kojarzy mi się z handlem ludźmi. A krzywa mówiąca o zależności ceny od wieku...chyba powinienem studiować etykę albo coś podobnego.

Na obiedzie dołączył do nas Chińczyk, który dla ułatwienia przedstawił się jako Louis. Rozmowa tajemną drogą zeszła nam na chińską gospodarkę i rząd oraz perspektywy kraju na najbliższe kilka lat.

Potem wypożyczyłem książkę, którą mam przeczytać na czwartek. 270 stron pana Bhagwati na temat globalizacji. Jagdish Bhagwati to z pochodzenia Hindus, a obecnie znany ekonomista. Wan Yung powiedziała wieczorem, że starsi mieszkańcy Indii władają lepszym angielskim niż sami Anglicy. Rzeczywiście - "In defense of globalisation" czytało się jak słownik wyrazów obcych.

Wieczorem Wan Yun przyszła do mojego pokoju, żeby się pouczyć. Mówiła, że gdy czyta w samotności to zasypia. Brzmiało to bardzo znajomo. Co ciekawe, mi też nie chciało się spać i tak razem osobno czytając dotrwaliśmy do 01:30.

Dzień 69 - czwartek

Powiedzieć, że dzisiejszy dzień był zadowalający to za mało. Powiedzieć, że naprawdę się udał - o, to tak w sam raz.

Zapyta ktoś może skąd we mnie taki niespodziewany "hurra-optymizm". Już śpieszę z tłumaczeniem.

Dzień zacząłem dokładnie tak jak chciałem: pompkami, zimnym prysznicem, śniadaniem z Biblią i hiszpańskim.

Sprawa oceny "została rozpatrzona". Pozytywnie rozpatrzona. Wykładowca przyznał się do błędu i powiedział, że mam kilka punktów więcej. Kilka, czyli 10, co przeniosło mnie do wyższej oceny: "first". Mam zatem na sumieniu:

75% z Międzynarodowej Polityki Ekonomicznej
87% z Podstaw Ekonomii

Mimo, że testy te nie były trudne, to i tak się cieszę.

Ale to zgoła nic jeszcze.

Udało mi się wziąć udział w eksperymencie ekonomicznym. Zaczynał się bardzo obiecująco:

"In this experiment you can win a considerable amount of money"

Byłem jednym z graczy w tzw. "grze w ultimatum". Druga strona proponowała układ, który pozwalał nam obu zarobić. Jeżeli mi nie ufała, oboje otrzymywaliśmy po 25 pensów. Jeżeli jednak postanowiła zaryzykować, pałeczkę przejmowałem ja: mogłem wykorzystać sytuację i wziąć wszystko dla siebie, zarabiając 100 pensów, bądź też podzielić się po równo. Wydaje się, że "korzystniej" grać egoistycznie, ale po dłuższym zastanowieniu okazuje się, że rozwiązanie uczciwe jest lepsze, nawet pomimo tego, że za każdym razem gra następowała pomiędzy losowo utworzoną parą. Teraz wy mi odpowiedzcie - dlaczego logiczniej jest być uczciwym (w ekonomicznym sensie)?

Eksperyment eksperymentem, ale zarobione funty są jak najbardziej realne. Po godzinie klikania w portfelu spoczęło 16,25 pieniążków Jej Królewskiej Mości.

To jeszcze nie koniec.

Kolejna dyskusja na Filozofii Ekonomii (2 godziny wykładoćwiczeń składają się głównie z dyskusji) przebiegła pod Egidą pojęcia "fairness". Starałem się jak mogłem, chwytając się różnych stron i dziedzin - filozofii, etyki, kultury. Wszystko na nic. Cyniczne podejście starego ekonomisty jak skała odpierało wszystkie moje ataki. I to nie po raz pierwszy! Wcześniej przegrałem zaciekłą batalię o delegalizację narkotyków - oto, moi drodzy, z ekonomicznego punktu widzenia lepiej narkotyki zalegalizować. Kiedy indziej znowu walczyłem na rzeczy sprawiedliwego interwencjonizmu państw, który zapobiec miałby wojnie domowej (przykład Rwandy - Tutsi i Hutu). Raz jeszcze skończyłem na tarczy.

Ale to nie wszystko!

Dobrze jest mieć uczucie, że się panuje nad czasem i robi to co się zamierzyło. Nawet, jeśli to ciężkie brzemię obowiązku. Strona po stronie i godzina po godzinie odkrywałem sens obcej mowy zapisany na pożółkłych stronach.

Tak właśnie minął mi czwartek.

sobota, grudnia 02, 2006

Stary Sensei

Z wyglądu nie sprawia wrażenia niebezpiecznego. Wręcz przeciwnie - wesołe niebieskie oczy, niewielki brzuch i łysina sugerują, że nie ma się czego obawiać. A jednak. Kiedy przez 40 minut Chris atakował go różnymi technikami, on tylko machał ręką, wykonywał krok to w jedną, to w drugą stronę, a czarny pas lądował na ziemi i wił się z bólu. Wszystko to Stary Sensei robił jakby od niechcenia, zupełnie spokojnie. Na każdy rodzaj ataku miał przynajmniej kilka sposobów obrony, których nie omieszkał zaprezentować. Sprawiało mu chyba przyjemność zarówno to, że może nam pokazać swoje umiejętności, jak i to, że na naszych oczach raz za razem unieszkodliwia młodego, sprawnego wojownika z czarnym pasem. Za każdym razem, kiedy Chris już leżał na ziemi, Sensei kopał go jeszcze raz czy dwa po przyjacielsku, dając mu sygnał do wstawania.

Ciekawe jakie jeszcze sekrety w sobie kryje...

Dzień 68 - środa

Rano zawzięcie czytałem książkę - zostało mi 180 stron, a następnego dnia chciałem ją oddać. W południe wyruszyłem na Religions & Conflicts, które niestety się nie odbyło. Tak się jednak złożyło, że był to akurat termin oddawania sprawdzianów z International Economic Policy. Dostałem 65% i nie byłem zadowolony, chociaż koledzy mówili mi, że to tutaj dobra ocena. Przejrzałem zadania i zgłosiłem zażalenie. "Zostanie rozpatrzone" - powiedział wykładowca.

Wieczorny trening zaczął się od próbnego egzaminu. Na początku pomarańczowe pasy (1 stopień wyżej od białego) "zaprezentowali" jak mamy wykonać ćwiczenia. Obawiam się jednak że podążając za tym wzorem można egzaminu raczej nie zaliczyć. Sensei skomentował: pokazali wam błędy, których macie unikać...

Później przez 40 minut Chris i Stary Sensei uczyli nas różnych sposobów obrony przed ciosami, kopnięciami i chwytami (--> ..::/Stary Sensei\\::..). Było bardzo inspirująco.

Dzień 67 - wtorek

Godzina 10. Matematyka. Na kserach widnieją dziwne, różniczkopodobne znaki. Jest zatem nadzieja na coś nowego i ciekawego.
Istotnie. Tematem były pochodne cząstkowe. Wprawdzie niezbyt skomplikowane, ale ciekawe.
Po 2 miesiącach oczekiwania coś się zaczęło dziać.

Po południu doszły jeszcze pochodne mieszane i kilka praktycznych zastosowań. To naprawdę zaczyna nabierać sensu...

W drodze z uczelni słuchałem płyty od Asifa. Tradycyjna muzyka indyjska najbardziej przypominała mi smutne i pełne żalu pieśni flamenco - głos i jakiś strunowy instrument przeplatały się w lamencie.

Po 2 godzinach raz jeszcze wybrałem się do głównego campusu, żeby dać się zapisać na wycieczkę. Moje imię znalazło się pod wielkim nagłówkiem "Trip to Tintagel". W chwilę później byłem już w drodze do Tesco, żeby zrobić ostatnie z tym roku zakupy. Ciekawe, czy wystarczy mi jedzenia...

Dzień 66 - poniedziałek

Nowy tydzień zacząłem z nowym postanowieniem: wpleść w mój harmonogram hiszpański. Na razie udało mi przerobić przy śniadaniu część lekcji. Mam nadzieję, że uda mi się podtrzymać ten zwyczaj.

Na filozofii mówiliśmy o Machiavellim. Profesor zadał pytanie: Musicie wybrać - zabić jednego człowieka lub ocalić i tym samym skazać na śmierć 3000 ludzi. Jaka jest wasza decyzja? Nie wiedziałem co zrobić. Większość sali zabiła człowieka. A gdyby ludzi było 1000? 100? 20? 5? Las rąk zmalał, ale kilka osób wciąż trzymało dłonie w górze. Czy można ludzkie życie liczyć jak pudełka zapałek?

Na ekonomii Anthony - nasz wykładowca - wszedł podczas przerwy na stronę internetową wydziału i naszego kierunku. Był bardzo zaskoczony, kiedy okazało się, że jeden z naszych kolegów jest właśnie zalogowany...

Wieczorem na chórze śpiewaliśmy "Bless us all" z Muppetów. Po jednek ze zwrotek szef basów szepnął do mnie: "That's great, man!". Zapewne był to czysty przypadek, ale i tak było mi miło.

Jeszcze późniejszym wieczorem wróciłem do pokoju, zostawiłem plecak, wziąłem mince pies oraz flapjacks i udałem się do Chrisa. Solenizant i sąsiedztwo już tam byli i oglądali Piratów z Karaibów 2. Przyłączyłem się na jakiś czas - w końcu sąsiad niecodziennie ma 20 urodziny. Ciasteczka okazały się bardzo dobre, zwłaszcza mince pies. "They are very good" powiedział Chris po skosztowaniu.

Dzień 65 - niedziela

Zacząłem odczuwać przygody dnia wczorajszego. Duszą i ciałem.
Poza tym dzień nie był szalenie ciekawy - uczyłem się ekonomii i czytałem o złym prezydencie USA.

Trening odbył się wyjątkowo wieczorem w centrum sportowym w Egham. Śmieszy mnie trochę, że niektórzy zebrali się o 18.30, żeby pojechać tam samochodem, a ja wyruszałem z pokoju 5 minut później (chociaż to oni mieli bliżej). Nikt z nas nie był spóźniony...

piątek, grudnia 01, 2006

Dzień 64 - sobota

Dzisiejszy dzień składał się z 3 rzeczy - sztuk walki, nauki i pieczenia. Pugno, disco et Tak prosta i tak piękna zarazem harmonia życia ludzkiego. Gdybyś każdy dzień mógł tak wyglądać!

Sztuki walki:
  1. Thai boxing - pierwsza godzina minęła w pocie czoła. Intensywna rozgrzewka i męczący trening sprawił, że już na początku byłem zlany potem. Co więcej, moim współćwiczącym był wysoki i szeroki pan, który później okazał się być instruktorem Ninjitsu. Same ćwiczenia nie były trudne, ale męczące: serie uderzeń i kopnięć, a potem jeszcze siłowanie się sprawiły, że tak ja, jak i wielki Ninja sapaliśmy z wysiłku.
  2. Judo - jak niektórzy z Was pewnie się domyślają, ta część minęła na raczej statycznych technikach rzutów, dźwigni i unieruchamiania. Było to, owszem, bardzo ciekawe, ale wydawało się po wcześniejszym treningu relaksem. Na koniec judocy rozstawili się na matach, a my mieliśmy pojedynczo podchodzić i zmierzyć się z nimi w seiza (na kolanach). Inspirujące.
  3. Karate - moja sekcja nieco mnie zawiodła. Trening, przeciwnie do innych, nie polegał na pokazaniu różnorodności czy zastosowań karate, a sprowadzał się raczej do zwykłego przećwiczenia podstaw. Na koniec mieliśmy powtórzyć średniozaawansowaną formę. Niespecjalnie nam to wysżło.
  4. Ninjitsu - nieoczekiwana zmiana planów sprawiła, że mieliśmy dodatkowe pół godziny na dawną sztukę walki japońskich szpiegów i zabójców. Kilka technik, które przećwiczyliśmy, sprawiały wrażenie niezwykle praktycznych. I skutecznych. Co więcej, na koniec każdy dostał do ręki kij Bo - długości ok. 1,8m - i uczyliśmy się robić młynek. Zawsze chciałem się dowiedzieć, jak to zrobić. Teraz już wiem.
  5. Tukkong Moosul - nazwa, która do dziś niewiele mi mówi. Wikipedia podaje, że jest to system stworzony na potrzeby koreańskich sił specjalnych. Istotnie, różnił się od tradycyjnych "sztuk" walki. Mimo to był chyba najciekawszym ze wszystkich, z jakimi się dzisiejszego dnia zetknąłem. Niezwykłe i zaskakujące techniki, niespodziewane ruchy i dźwignie - wszystko to było niezwykle inspirujące, a zarazem straszne, bo wypływał z tego jeden wniosek: ludzkie ciało to naprawdę potężna broń.
\

Nauka:
Zajrzałem do internetowych archiwów Guardiana i wyszperałem wszystkie artykuły z ostatnich dwóch miesięcy, dotyczące polityki emigracyjnej Anglii wobec Rumunii i Bułgarii. Było ich ok. 15. Później je przeczytałem.

Pieczenie:
Urodziny Chrisa są za 2 dni. Na weekend wyjechał. Pozostawał zatem tylko dzisiejszy wieczór, aby co nieco przygotować.

O 20 szybko zrobiłem flapjacks według, o ironio, przepisu samego Chrisa. Doświadczenie zaprocentowało i po ok. 45 minutach wyjąłem kuszący wypiek z piekarnika.

Później przyszedł czas na pieczenie właściwe. Poprzeczka wisiała wysoko, na niej zaś spoczywały Mince Pies. Przepis ponownie należał do Chrisa, ale z braku składników musieliśmy uciec się do zasobów internetu.

W międzyczasie jednak wynikły tak zwane nieprzewidziane okoliczności. Podczas robienia flapjacks, do których potrzeba dużo masła, używaliśmy łyżki Louis. Trzeba Wam jednak wiedzieć, że Louis od ok. półtora miesiąca jest veganką. Bardzo rygorystyczną veganką. Kiedy dowiedziała się, że jej łyżka miała kontakt z tłuszczem zwierzęcym bardzo się na nas rozgniewała. Tym bardziej wstrząsnął nią nasz brak należytej reakcji - mianowicie skruchy. Obraziła się i poszła do pokoju. Wan Yung sugerowała, żeby ją przeprosić, co też potem zrobiła. Benedine nalegała, żeby ją "czymś" przeprosić. A tym czyms mogły być tylko ciasteczka. I znów internet okazał się wybawieniem, wyświetlając "peanut butter vegan cookies - quick and simple". Jako że miałem w szafce nieco masła orzechowego, postanowiliśmy szybko przygotować przebłagalny przysmak. Louis jest rzekomo uczulona na orzechy, ale nic sobie z tego nie robi. Dlatego też ciasteczka bardzo jej smakowały i chyba nam przebaczyła.

Wreszcie mogliśmy zabrać się za właściwą pracę. Ciasto wałkowało się niełatwo, zwłaszcza, że zwiększyliśmy składniki o, na oko, jedną czwartą. Po godzinie i kilkunastu ciasteczkach wypełnionych bakaliami okazało się, że nie wystarczy nam wypełnienia. Całe mincemeat wróciło do garnka, aby tam zmieszać się z paczką polskich rodzynek. Po kolejnej godzinie wyszło na jaw, że tym razem nie wystarczy nam ciasta do zamknięcia babeczek. Benedine szybko dorobiła niezbędną ilość. Po ok. 3 godzinach ugniatania, mieszania, kulania i cięcia mince pies były gotowe. Żeby wstawić je do pieca.

Niestety zapomnieliśmy o ostatniej porcji ciasteczek vegańskich i przybrały one nietypową dość karnację...

Na skraju snu i jawy przeczekaliśmy 40 minut wypiekania. Pierwszej porcji. I tyleż samo drugiej.

Komuś znów może się nasunąć niepożądane pytanie: "Kiedy ty Wojtek poszedłeś spać?!". Odpowiem szczerze, że do dziś nie mogę w to uwierzyć. Pamiętam tylko, że żegnając się zaklinaliśmy, żeby nigdy więcej nie robić tych ciasteczek. Za miesiąc o tej porze w Polsce będę wstawał na roraty...