The Conquest of England

Relacje z frontu na Wyspach.

Nazwa:
Lokalizacja: Poland

środa, grudnia 13, 2006

Dzień 77, 78, 79 - piątek, sobota, niedziela

Ruszyliśmy. Tym razem nasz szlak prowadzi do Kornwalii, do owianego legendami zamku Tyntagiel. To miejsce panowania Króla Artura, twierdza króla Marka i świadek tragicznej miłości Tristana i Izoldy. Skąpane w morskich falach klify, poszarpane skały i wznoszące się na nich ruiny zamku, w których wyje wiatr.

Schronisko położone było na skraju klifu. Z okien rozciągał się widok na ocean i zachmurzone niebo. Było wietrzenie i deszczowo – na szczęście tylko na zewnątrz. Ciepłe i przytulne wnętrze sprawiło, że wszyscy szybko zapomnieli o nużącej podróży.

W sobotę wybraliśmy się na południe. Szlak Nadbrzeżny wił się na krawędzią, prowadząc to w górę, to w dół – do plaży.




Pogoda była zaskakująco dobra, jak gdyby Kornwalia chciała odsłonić przed nami swoje najpiękniejsze oblicze.




Jak za każdym razem, napotkaliśmy po drodze zwierzęta. Tym razem były to konie i byki.



Na szczęście ani my, ani one nie sprawialiśmy sobie nawzajem kłopotów.

Po powrocie do schroniska dałem się wciągnąć w Ryzyko. 5 imperiów rozpoczęło walkę o panowanie nad światem.

W tym czasie kilka osób zajęło się obiadem – po godzinie podano „curry”, czyli kurczaka z ryżem.

Potrawa prosta acz smaczna – w sam raz na masowe gotowanie. W chwilę później przyszedł mikołaj. Właściwie był to Phil, główny Boot, ale przecież nie o to chodzi.

Najpierw rozdano prezenty, a w chwilę później – ciepłe mince pies. Naprawdę trudno powiedzieć, które były lepsze.

Same prezenty trochę mnie rozczarowały – oprócz kilku przypadków każdy dostał jakąś czekoladę albo cukierki – wszak to najprostsze i najtańsze. Ale kątem oka spojrzałem na Particie, kiedy otworzyła torbę z łosiem. Zaskoczony uśmiech to chyba znak, że się cieszyła…

Resztę wieczoru spędziliśmy grając w znalezioną na półce grę – Booze Cruise – quiz alkoholowy.

Jak się możecie domyśleć, nie szło mi najlepiej. Wygrał Anglik, który do czasu zakończenia gry zdążył już być „pod wpływem”…

W niedzielę nasza trasa była dużo krótsza – wybraliśmy się tylko do ruin zamku i wsi położonej nieopodal. Sam Tyntagiel, choć pozostały z niego zaledwie szczątki murów, robił wrażenie (--> ..:://Tyntagiel\\::..).

Na plaży morze wydrążyło przesmyk, dosłownie odcinając zamek od lądu.

Stał teraz na wyspie, zrujnowany w rzeczywistości i okazały w naszej wyobraźni, niczym mityczna Atlantyda.

Razem z Benem skorzystaliśmy z wodospadu, który wpadał tu bezpośrednio do oceanu.

Kilka chwil później siedzieliśmy już w ciepłym pubie, susząc kurtki i włosy.

W drodze powrotnej zjadłem kupione wcześniej „cornish pastie”. Jest to tradycyjna potrawa kornwalijska, którą tutejsi górnicy przez wieki zabierali ze sobą pod pracy pod ziemią. Zapieczone w bułce ziemniaki, mięso, cebula i brukiew smakowały naprawdę dobrze, zwłaszcza po wędrówce w deszczu, wietrze i chłodzie brytyjskiego wybrzeża.

Podróż nie skończyła się jednak wraz z powrotem do pokoju. O 3.00 razem z Saszą zjedliśmy jeszcze kornwalijską słodką bułkę z tradycyjną gęstą śmietaną.

Właściwie to koniec na dziś, ale niektórych z Was może nurtuje, dlaczego Sasza jadł u mnie bułkę o 3 w nocy. Przyznam, jest to sytuacja nietypowa. Ale podyktowana równie nietypowymi okolicznościami. W drodze powrotnej dostałem od niego wiadomość z pytaniem, czy może dziś w nocy uzyć mojego komputera. Oczywiście - odpisałem, domyślając się, że pewnie znów ma w domu problemy z internetem. Następnego dnia moja bowiem termin oddawania esejów. Sasza zjawił się o 23.00. W międzyczasie przyszła jeszcze Benedine, prosząc o wydrukowanie kilku kartek. Mój Bułgarski kolega szedł pół godziny w jedną stronę tylko po to, żeby sprawdzić 3 strony internetowe, które zamieścił w bibliografii...cóż...w każdym razie rozmowa zeszła na moją weekendową wycieczkę i zdjęcia. I właśnie przez te zdjęcia, które jakoś same się otwierały, zrobiła się nagle 2.30...

Ach, jeszcze jedno! Kiedy zadowolony wróciłem do akademika, dosłownie wpadłem na Louis, która wręczyła mi świąteczną kartkę i małą torebkę ze słodyczami. Minutę później spotkałem Wan Yung i Benedine - one również wręczyły mi kartki i kolorową paczkę. Byłem naprawdę zaskoczony...jak mawia moja Babcia "za dużo wrażeń jak na jeden dzień". W paczce natomiast było coś, czego bym się nigdy nie spodziewał - a zarazem coś tak pomysłowego, że nie mogłem się nadziwić: