Dzień 77, 78, 79 - piątek, sobota, niedziela
Schronisko położone było na skraju klifu. Z okien rozciągał się widok na ocean i zachmurzone niebo. Było wietrzenie i deszczowo – na szczęście tylko na zewnątrz. Ciepłe i przytulne wnętrze sprawiło, że wszyscy szybko zapomnieli o nużącej podróży.
W sobotę wybraliśmy się na południe. Szlak Nadbrzeżny wił się na krawędzią, prowadząc to w górę, to w dół – do plaży.
Pogoda była zaskakująco dobra, jak gdyby Kornwalia chciała odsłonić przed nami swoje najpiękniejsze oblicze.
Jak za każdym razem, napotkaliśmy po drodze zwierzęta. Tym razem były to konie i byki.
Na szczęście ani my, ani one nie sprawialiśmy sobie nawzajem kłopotów.
Po powrocie do schroniska dałem się wciągnąć w Ryzyko. 5 imperiów rozpoczęło walkę o panowanie nad światem.
W tym czasie kilka osób zajęło się obiadem – po godzinie podano „curry”, czyli kurczaka z ryżem.
Potrawa prosta acz smaczna – w sam raz na masowe gotowanie. W chwilę później przyszedł mikołaj. Właściwie był to Phil, główny Boot, ale przecież nie o to chodzi.
Najpierw rozdano prezenty, a w chwilę później – ciepłe mince pies. Naprawdę trudno powiedzieć, które były lepsze.
Same prezenty trochę mnie rozczarowały – oprócz kilku przypadków każdy dostał jakąś czekoladę albo cukierki – wszak to najprostsze i najtańsze. Ale kątem oka spojrzałem na Particie, kiedy otworzyła torbę z łosiem. Zaskoczony uśmiech to chyba znak, że się cieszyła…
Resztę wieczoru spędziliśmy grając w znalezioną na półce grę – Booze Cruise – quiz alkoholowy.
Jak się możecie domyśleć, nie szło mi najlepiej. Wygrał Anglik, który do czasu zakończenia gry zdążył już być „pod wpływem”…
Na plaży morze wydrążyło przesmyk, dosłownie odcinając zamek od lądu.
Stał teraz na wyspie, zrujnowany w rzeczywistości i okazały w naszej wyobraźni, niczym mityczna Atlantyda.
Razem z Benem skorzystaliśmy z wodospadu, który wpadał tu bezpośrednio do oceanu.
Kilka chwil później siedzieliśmy już w ciepłym pubie, susząc kurtki i włosy.
W drodze powrotnej zjadłem kupione wcześniej „cornish pastie”. Jest to tradycyjna potrawa kornwalijska, którą tutejsi górnicy przez wieki zabierali ze sobą pod pracy pod ziemią. Zapieczone w bułce ziemniaki, mięso, cebula i brukiew smakowały naprawdę dobrze, zwłaszcza po wędrówce w deszczu, wietrze i chłodzie brytyjskiego wybrzeża.
Podróż nie skończyła się jednak wraz z powrotem do pokoju. O 3.00 razem z Saszą zjedliśmy jeszcze kornwalijską słodką bułkę z tradycyjną gęstą śmietaną.Właściwie to koniec na dziś, ale niektórych z Was może nurtuje, dlaczego Sasza jadł u mnie bułkę o 3 w nocy. Przyznam, jest to sytuacja nietypowa. Ale podyktowana równie nietypowymi okolicznościami. W drodze powrotnej dostałem od niego wiadomość z pytaniem, czy może dziś w nocy uzyć mojego komputera. Oczywiście - odpisałem, domyślając się, że pewnie znów ma w domu problemy z internetem. Następnego dnia moja bowiem termin oddawania esejów. Sasza zjawił się o 23.00. W międzyczasie przyszła jeszcze Benedine, prosząc o wydrukowanie kilku kartek. Mój Bułgarski kolega szedł pół godziny w jedną stronę tylko po to, żeby sprawdzić 3 strony internetowe, które zamieścił w bibliografii...cóż...w każdym razie rozmowa zeszła na moją weekendową wycieczkę i zdjęcia. I właśnie przez te zdjęcia, które jakoś same się otwierały, zrobiła się nagle 2.30...
Ach, jeszcze jedno! Kiedy zadowolony wróciłem do akademika, dosłownie wpadłem na Louis, która wręczyła mi świąteczną kartkę i małą torebkę ze słodyczami. Minutę później spotkałem Wan Yung i Benedine - one również wręczyły mi kartki i kolorową paczkę. Byłem naprawdę zaskoczony...jak mawia moja Babcia "za dużo wrażeń jak na jeden dzień". W paczce natomiast było coś, czego bym się nigdy nie spodziewał - a zarazem coś tak pomysłowego, że nie mogłem się nadziwić:


0 Comments:
Prześlij komentarz
<< Home