Dzień 64 - sobota
Dzisiejszy dzień składał się z 3 rzeczy - sztuk walki, nauki i pieczenia. Pugno, disco et Tak prosta i tak piękna zarazem harmonia życia ludzkiego. Gdybyś każdy dzień mógł tak wyglądać!
Sztuki walki:
Nauka:
Zajrzałem do internetowych archiwów Guardiana i wyszperałem wszystkie artykuły z ostatnich dwóch miesięcy, dotyczące polityki emigracyjnej Anglii wobec Rumunii i Bułgarii. Było ich ok. 15. Później je przeczytałem.
Pieczenie:
Urodziny Chrisa są za 2 dni. Na weekend wyjechał. Pozostawał zatem tylko dzisiejszy wieczór, aby co nieco przygotować.
O 20 szybko zrobiłem flapjacks według, o ironio, przepisu samego Chrisa. Doświadczenie zaprocentowało i po ok. 45 minutach wyjąłem kuszący wypiek z piekarnika.
Później przyszedł czas na pieczenie właściwe. Poprzeczka wisiała wysoko, na niej zaś spoczywały Mince Pies. Przepis ponownie należał do Chrisa, ale z braku składników musieliśmy uciec się do zasobów internetu.
W międzyczasie jednak wynikły tak zwane nieprzewidziane okoliczności. Podczas robienia flapjacks, do których potrzeba dużo masła, używaliśmy łyżki Louis. Trzeba Wam jednak wiedzieć, że Louis od ok. półtora miesiąca jest veganką. Bardzo rygorystyczną veganką. Kiedy dowiedziała się, że jej łyżka miała kontakt z tłuszczem zwierzęcym bardzo się na nas rozgniewała. Tym bardziej wstrząsnął nią nasz brak należytej reakcji - mianowicie skruchy. Obraziła się i poszła do pokoju. Wan Yung sugerowała, żeby ją przeprosić, co też potem zrobiła. Benedine nalegała, żeby ją "czymś" przeprosić. A tym czyms mogły być tylko ciasteczka. I znów internet okazał się wybawieniem, wyświetlając "peanut butter vegan cookies - quick and simple". Jako że miałem w szafce nieco masła orzechowego, postanowiliśmy szybko przygotować przebłagalny przysmak. Louis jest rzekomo uczulona na orzechy, ale nic sobie z tego nie robi. Dlatego też ciasteczka bardzo jej smakowały i chyba nam przebaczyła.
Wreszcie mogliśmy zabrać się za właściwą pracę. Ciasto wałkowało się niełatwo, zwłaszcza, że zwiększyliśmy składniki o, na oko, jedną czwartą. Po godzinie i kilkunastu ciasteczkach wypełnionych bakaliami okazało się, że nie wystarczy nam wypełnienia. Całe mincemeat wróciło do garnka, aby tam zmieszać się z paczką polskich rodzynek. Po kolejnej godzinie wyszło na jaw, że tym razem nie wystarczy nam ciasta do zamknięcia babeczek. Benedine szybko dorobiła niezbędną ilość. Po ok. 3 godzinach ugniatania, mieszania, kulania i cięcia mince pies były gotowe. Żeby wstawić je do pieca.
Niestety zapomnieliśmy o ostatniej porcji ciasteczek vegańskich i przybrały one nietypową dość karnację...
Na skraju snu i jawy przeczekaliśmy 40 minut wypiekania. Pierwszej porcji. I tyleż samo drugiej.
Komuś znów może się nasunąć niepożądane pytanie: "Kiedy ty Wojtek poszedłeś spać?!". Odpowiem szczerze, że do dziś nie mogę w to uwierzyć. Pamiętam tylko, że żegnając się zaklinaliśmy, żeby nigdy więcej nie robić tych ciasteczek. Za miesiąc o tej porze w Polsce będę wstawał na roraty...
Sztuki walki:
- Thai boxing - pierwsza godzina minęła w pocie czoła. Intensywna rozgrzewka i męczący trening sprawił, że już na początku byłem zlany potem. Co więcej, moim współćwiczącym był wysoki i szeroki pan, który później okazał się być instruktorem Ninjitsu. Same ćwiczenia nie były trudne, ale męczące: serie uderzeń i kopnięć, a potem jeszcze siłowanie się sprawiły, że tak ja, jak i wielki Ninja sapaliśmy z wysiłku.
- Judo - jak niektórzy z Was pewnie się domyślają, ta część minęła na raczej statycznych technikach rzutów, dźwigni i unieruchamiania. Było to, owszem, bardzo ciekawe, ale wydawało się po wcześniejszym treningu relaksem. Na koniec judocy rozstawili się na matach, a my mieliśmy pojedynczo podchodzić i zmierzyć się z nimi w seiza (na kolanach). Inspirujące.
- Karate - moja sekcja nieco mnie zawiodła. Trening, przeciwnie do innych, nie polegał na pokazaniu różnorodności czy zastosowań karate, a sprowadzał się raczej do zwykłego przećwiczenia podstaw. Na koniec mieliśmy powtórzyć średniozaawansowaną formę. Niespecjalnie nam to wysżło.
- Ninjitsu - nieoczekiwana zmiana planów sprawiła, że mieliśmy dodatkowe pół godziny na dawną sztukę walki japońskich szpiegów i zabójców. Kilka technik, które przećwiczyliśmy, sprawiały wrażenie niezwykle praktycznych. I skutecznych. Co więcej, na koniec każdy dostał do ręki kij Bo - długości ok. 1,8m - i uczyliśmy się robić młynek. Zawsze chciałem się dowiedzieć, jak to zrobić. Teraz już wiem.
- Tukkong Moosul - nazwa, która do dziś niewiele mi mówi. Wikipedia podaje, że jest to system stworzony na potrzeby koreańskich sił specjalnych. Istotnie, różnił się od tradycyjnych "sztuk" walki. Mimo to był chyba najciekawszym ze wszystkich, z jakimi się dzisiejszego dnia zetknąłem. Niezwykłe i zaskakujące techniki, niespodziewane ruchy i dźwignie - wszystko to było niezwykle inspirujące, a zarazem straszne, bo wypływał z tego jeden wniosek: ludzkie ciało to naprawdę potężna broń.
Nauka:
Zajrzałem do internetowych archiwów Guardiana i wyszperałem wszystkie artykuły z ostatnich dwóch miesięcy, dotyczące polityki emigracyjnej Anglii wobec Rumunii i Bułgarii. Było ich ok. 15. Później je przeczytałem.
Pieczenie:
Urodziny Chrisa są za 2 dni. Na weekend wyjechał. Pozostawał zatem tylko dzisiejszy wieczór, aby co nieco przygotować.
O 20 szybko zrobiłem flapjacks według, o ironio, przepisu samego Chrisa. Doświadczenie zaprocentowało i po ok. 45 minutach wyjąłem kuszący wypiek z piekarnika.
Później przyszedł czas na pieczenie właściwe. Poprzeczka wisiała wysoko, na niej zaś spoczywały Mince Pies. Przepis ponownie należał do Chrisa, ale z braku składników musieliśmy uciec się do zasobów internetu.
W międzyczasie jednak wynikły tak zwane nieprzewidziane okoliczności. Podczas robienia flapjacks, do których potrzeba dużo masła, używaliśmy łyżki Louis. Trzeba Wam jednak wiedzieć, że Louis od ok. półtora miesiąca jest veganką. Bardzo rygorystyczną veganką. Kiedy dowiedziała się, że jej łyżka miała kontakt z tłuszczem zwierzęcym bardzo się na nas rozgniewała. Tym bardziej wstrząsnął nią nasz brak należytej reakcji - mianowicie skruchy. Obraziła się i poszła do pokoju. Wan Yung sugerowała, żeby ją przeprosić, co też potem zrobiła. Benedine nalegała, żeby ją "czymś" przeprosić. A tym czyms mogły być tylko ciasteczka. I znów internet okazał się wybawieniem, wyświetlając "peanut butter vegan cookies - quick and simple". Jako że miałem w szafce nieco masła orzechowego, postanowiliśmy szybko przygotować przebłagalny przysmak. Louis jest rzekomo uczulona na orzechy, ale nic sobie z tego nie robi. Dlatego też ciasteczka bardzo jej smakowały i chyba nam przebaczyła.
Wreszcie mogliśmy zabrać się za właściwą pracę. Ciasto wałkowało się niełatwo, zwłaszcza, że zwiększyliśmy składniki o, na oko, jedną czwartą. Po godzinie i kilkunastu ciasteczkach wypełnionych bakaliami okazało się, że nie wystarczy nam wypełnienia. Całe mincemeat wróciło do garnka, aby tam zmieszać się z paczką polskich rodzynek. Po kolejnej godzinie wyszło na jaw, że tym razem nie wystarczy nam ciasta do zamknięcia babeczek. Benedine szybko dorobiła niezbędną ilość. Po ok. 3 godzinach ugniatania, mieszania, kulania i cięcia mince pies były gotowe. Żeby wstawić je do pieca.
Niestety zapomnieliśmy o ostatniej porcji ciasteczek vegańskich i przybrały one nietypową dość karnację...
Na skraju snu i jawy przeczekaliśmy 40 minut wypiekania. Pierwszej porcji. I tyleż samo drugiej.
Komuś znów może się nasunąć niepożądane pytanie: "Kiedy ty Wojtek poszedłeś spać?!". Odpowiem szczerze, że do dziś nie mogę w to uwierzyć. Pamiętam tylko, że żegnając się zaklinaliśmy, żeby nigdy więcej nie robić tych ciasteczek. Za miesiąc o tej porze w Polsce będę wstawał na roraty...

2 Comments:
ekhem.... za miesiac? koniec trymestru za 3 tygodnie!! aaaaaaaaaaaaaa co oznacza ze eseje do oddania sa za kilka dni!! aaaaaaaaaaaaaa chyba odlacze internet :P
/bzdura, nie da sie hehe/
chyba troche szybciej niz za miesiac;) za miesiac to bedzie Nowy Rok:)) a my juz wstajemy:))))
Prześlij komentarz
<< Home