The Conquest of England

Relacje z frontu na Wyspach.

Nazwa:
Lokalizacja: Poland

środa, grudnia 13, 2006

Dzień 81 - wtorek

Zbudziłem się o 6.30 i nie byłem szczególnie zmęczony. Może to dzięki temu, że zostawiłem na noc lekko uchylone okno.

Tematem przedpołudniowego wykładu z matematyki okazała się optymalizacja ograniczona – temat ciekawy, ale w sensie ekonomicznym stosunkowo łatwy – ot, jedno dodatkowe równanie do zapamiętania. Nie sądzę, że potrzeba 2 godzin na jego wyjaśnienie. A już na pewno nie trzech.

Na ćwiczeniach z Podstaw Ekonomii na większość pytań odpowiadał Sasza. 5 lat ekonomii i fakt, że właściwie chce mu się aktywnie uczestniczyć w lekcji sprawił, że był niemal jedynym, który odpowiadał nauczycielowi.

Podobnie na, ostatnich nota bene, ćwiczeniach z Międzynarodowej Polityki Ekonomicznej. Tym razem ja i kilka innych osób włączyło się do debaty i tak pośród 30 ludzkich posągów utworzyło się małe koło dyskusyjne.

Popołudniowa godzina matematyki była nietypowa – wokół mnie siedziało kilku studentów pochodzenia Indyjskiego, Pakistańskiego i Bengalskiego. Z typową dla ciemnoskórych werwą komentowali przebieg lekcji i bieżące wydarzenia. Potem wmówili sobie, że się na nich obraziłem, bo zabrali Saszy segregator. Ot, takie typowe zabawy ze szkolnej ławy.

W chwilę później byłem już w budynku Students Union. W każdy wtorek odbywa się tam mały targ warzywno-owocowy. Dziś jednak po raz pierwszy zauważyłem, że w dalszej części hali mieszczą się długie stoły z orientalnym jedzeniem. Z pomocą Wan Yung i Benedine poznawałem zawartość zapisanych dziwnymi znaczkami opakowań, a duch mój leciał daleko na wschód, otwierając wyobraźni drogę do azjatyckiego świata…Czy można kupić sobie chociaż namiastkę podróży? Nie wiem. Ale spróbować warto.

Po ostatnim wykładzie cała nasza czwórka – Costanza, Asif, Sasza i ja – zaczęliśmy przygotowania do międzynarodowej kolacji. Po 1,5 h składniki były na miejscu i rozpoczęliśmy gotowanie.

Na początku kuchnię wypełnił szlachetny, staropolski zapach. Jak pięknie pisze poeta:

„W kociołkach bigos grzano; w słowach wydać trudno

Bigosu smak przedziwny, kolor i woń cudną;

Słów tylko brzęk usłyszy i rymów porządek,

Ale treści ich miejski nie pojmie żołądek.

Aby cenić litewskie pieśni i potrawy,

Trzeba mieć zdrowie, na wsi żyć, wracać z obławy.

Przecież i bez tych przypraw potrawą nie lada

Jest bigos, bo się z jarzyn dobrych sztucznie składa.

Bierze się doń siekana, kwaszona kapusta,

Która, wedle przysłowia, sama idzie w usta;

Zamknięta w kotle, łonem wilgotnem okrywa

Wyszukanego cząstki najlepsze mięsiwa;

I praży się, aż ogień wszystkie z niej wyciśnie

Soki żywne, aż z brzegów naczynia war pryśnie

I powietrze dokoła zionie aromatem.

Bigos już gotów. Strzelcy z trzykrotnym wiwatem,

Zbrojni łyżkami, biegą i bodą naczynie,

Miedź grzmi, dym bucha, bigos jak kamfora ginie,

Zniknął, uleciał; tylko w czeluściach saganów

Wre para jak w kraterze zagasłych wulkanów.”

Zaspokoiwszy pierwszy głód, Sasza i Costanza przystąpili do tworzenia swoich specjałów. Najpierw uraczyliśmy się włoską przystawką z bakłażanów zapiekanych z pomidorami i serem. Trudno przecenić ich niezwykły smak i zapach, który przywodzi na myśl słoneczne wzgórza Toskanii, porośnięte winogronami stoki Umbrii i urocze włoskie restauracje, w których roznosi się zapach parmezanu.

Niedługo później przyszedł czas na główne danie wieczoru. Na stole pojawiła się, przygotowana wedle tradycyjnego przepisu Bułgarskich kobiet, banica. Delikatne ciasto i subtelny smak cytryny to wszystko, czego potrzeba, żeby zaspokoić nawet największych smakoszy. Tym przepysznym akcentem zakończyliśmy międzynarodowy obiad. Przyszedł bowiem czas na deser.

W tradycyjny sposób pieczony, podany został piernik z orzechami i polewą czekoladową. W ten to sposób uczta rozpoczęła się i jednocześnie zakończyła polskim specjałem.

Nieoczekiwanie rozmowa zeszła na tory religii.

Palce wzniesione ku górze, podniesione głosy i blask w oczach! Asif, Muzułmanin, który z pamięci cytował fragmenty Ewangelii – razem z numerem rozdziału i wersetu. Constanza, chrześcijanka, z internetową Biblią po włosku, grecku i angielsku na kolanach, tłumacząca z oryginalnego tekstu właściwe znaczenie. Sasza, ateista, słuchający i coraz bardziej śpiący. I ja – zachwycony i zagubiony – wtrącając od czasu do czasu argument i starając się chłodzić gorącą dyskusję.

Północ powitała mnie w drodze powrotnej. Teraz jest 01.38, a ja siedzę przy biurku, a ja piję herbatę z rumianku i miodu, zagryzam świątecznym piernikiem i opisuję ten niezwykły dzień.