The Conquest of England

Relacje z frontu na Wyspach.

Nazwa:
Lokalizacja: Poland

wtorek, lutego 27, 2007

Poradnik cwaniaka, czyli jak przewieźć więcej

Polak potrafi. To wszyscy wiemy. Ale czasem go coś zaskoczy i nie ma czasu, żeby kombinować. Dla wszystkich tych, których na lotnisku zaskoczy waga bagażu, piszę poniży poradnik.

  1. Pamiętaj, że ważą zwykle tylko główny bagaż. Ryanair dopuszcza 15kg, Wizz Air 20kg, Central Wings 20kg. Dlatego warto zapakować tam rzeczy największe objętościowo oraz te niedopuszczalne w bagażu podręcznym (płyny, kosmetyki itd. [wprawdzie teraz już można je przewozić w małych ilościach, ale zawsze jest z tym zamieszanie, więc łatwiej po prostu wrzucić je do głównej walizki]) – małe i ciężkie przedmioty przewieziemy inaczej.
  2. Pamiętaj, że nie ważą prawie nigdy (jedynie na Stansted przy checz-in była waga, ale pan puszczał większość bez ważenia – ludzki człowiek) bagażu podręcznego: Ryanair pozwala na 10kg, Wizz Air też, zaś Central Wings jedynie 5kg. Teoretycznie są limity wielkościowe, ale w praktyce przepuszczają bez problemów zarówno torbę od laptopa, jak i wypchany do granic możliwości plecak 30 litrowy. Jeśli jednak obawiasz się, że będą plecak ważyć lub to, co chcesz zabrać w żaden sposób nie mieści się w bocznych kieszeniach, jest jeszcze inny sposób.
  3. Pamiętaj o kieszeniach! Dobra kurtka potrafi pomieścić więcej, niż Ci się wydaje! Kiedy po świętach wylatywałem, miała w sobie prawie 3 kg orzechów rozmieszczonych tu i tam, ładowarkę i aparat fotograficzny. Jako, że kurtkę zdejmuje się tylko do przechodzenia przez bramkę, nie trzeba martwić się o wagę.
  4. Pamiętaj o siateczce! Niepozorna reklamówka też może być przydatna do pomieszczenia tych kilku rzeczy, które przecież musisz zabrać…
  5. Pamiętaj o książce! Jako, że możesz ją trzymać nie w plecaku, a w ręku, udając, że czytasz. I tak wszystko ląduje w plastikowej skrzynce, która przejeżdża przez rentgen.

I tak, dyskretnie a skutecznie objuczeni, wchodzimy na pokład samolotu.

poniedziałek, lutego 26, 2007

Podróż

"Welcome aboard to the Southwest Train Service to London Waterloo. This is Egham and the next station is Staines."
"Please mind the gap between the train and the platform edge."
"This is the thirteen fifty seven Southwest Train to London Waterloo, calling at: Staines, Twickenham, Feltham, Richmond, Clapham Junction and London Waterloo."

Podróż to opuszczenie bezpiecznego świata który się zna i wyjście naprzeciw nieznanemu - obcym miejscom i Innym, którzy je zamieszkują. Tak jest za każdym razem. Z biegiem czasu jednak wizyty w tych samych miejscach, podróże przez takie same miasta powszednieją i wydają się być już dobrze znane - jak podwórko z dziecięcych lat czy "tajne" zakamarki szkoły. Nawet głos płynący z głośników w poczekalni zapada mimowolnie w pamięć. Podróżnik wtapia się w otoczenie wokół niego, nie zawsze jednak świadomie. Czasem zmiana przychodzi niezauważenie - zachowanie, sposób bycia, który cechuje tłum czy choćby obojętność wobec otaczającej przestrzeni biorą górę i na krótki czas niczym niewidzialne okowy krępują podróżnika, sprawiając, że pozornie staje się on "jednym z nich".

Tak właśnie jest w londyńskim metrze. Można tutaj minąć w jednej sekundzie ludzi z kilku kontynentów, ludzi, w których przecież zawierają się tak różne i bogate kultury! Całe narodowe bogactwo przepływa tutaj każdego dnia, nie pozostawiając po sobie śladu, więcej nawet - nie wzbudzając już niczyjego zainteresowania! Gdyby nie kolor skóry, można by powiedzieć, że króluje tutaj jedna rasa - londyńczycy: kosmopolici, imigranci, ci, którzy wyrzekli się swojej kultury oraz Brytyjczycy, zespoleni wszyscy w jeden pędzący tłum.

Właśnie ten pęd, który czuje się niemal namacalnie, nawet przemierzając puste podziemne korytarze. Duszne powietrze podziemnego świata jest jak oddech Ziemi, dochodzący z jej trzewi - orzeźwia i przytłacza zarazem. Kiedy zjeżdżam schodami na niższą stację słychać tylko świst nadjeżdżającego, pędzącego pociągu. Ktoś w pędzie wyprzedza mnie, więc i ja chwytam walizkę i pędzę za nim. Wsiadam i drzwi się zamykają. Metro rusza z pędem przez głębokie tunele.

Stacje metra to wyspy w podziemnym oceanie. Pociągi, niczym żywy organizm, niczym serce miasta pędzą między nimi. W tym najruchliwszym z miejsc ludzie są jednak bardzo bierni. Tutaj, gdzie wzroku Innego nie można uniknąć, każdy wpatrzony jest w książkę lub ekran telefonu, bądź też zamyka oczy i pogrąża się w muzyce płynącej z iPoda. Tylko dzieci przerywają czasem te ściany milczenia, płacząc lub głośno wołając do swoich rodziców. Ale ich głos i tak ginie w szczęku i stukocie kół i pędzie wagonu.

Na dużych stacjach można czasem minąć grajka. Muzyka łagodzi napięte nerwy i zmęczenie wywołane przez zgiełk na stacjach. Mimo to każdy tak bardzo sie spieszy, że siedzący spokojnie podziemny bard jest niczym przybysz z innego świata. Kiedy się zatrzymałem, żeby przez chwilę go posłuchać, na moment przeniosłem się do tej niezwykłej oazy spokoju.

W metrze każdego dnia mijają się miliony ludzi, ubranych na wszelkie możliwe sposoby. Cóż z tego, kiedy każdy z nich mimowolnie zakłada taką samą maskę pasażera, kryjąc za nią swoją prawdziwą osobowość?

Dzień 115 - wtorek

"Śpiesz się powoli" mówi stare polskie porzekadło. Tak powoli się spieszyłem, że aż spóźniłem się na ćwiczenia ze statystyki na komputerach. Mimo to udało mi się skończyć zadania przed końcem lekcji i sprawdzić jeszcze pociągi na lotnisko. Potem rzuciłem okiem na zadanie z ekonomii na za chwilę. Wystarczyło, żeby podążać za tym co się mówiło na zajęciach.

Później przyszedł czas na obiad. Okazało się jednak, że czekolada, którą za moją prośbą kupił Sasza, została u niego w domu. Ale mały spacer na poprawę apetytu okazał się wcale fajnym pomysłem. Później, ścigany przez świdrujący dźwięk kółek walizki chroboczących po asfalcie, pomaszerowałem na stację i wsiadłem w pociąg, okrężną drogą zmierzając do kraju (--> ..:://Podróż\\::..)

Dzień 114 - poniedziałek

Wojtek zawsze żył intensywnie. Czasem dlatego, że bał się porzucać możliwości. Kiedy indziej znów możliwości te sprawiały, że plan dzienny przekraczał 24 godziny i coś trzeba było z tym zrobić. Wojtek robił. Śpieszył się.

Tak też było i dzisiaj. Ponieważ wyjeżdżał już jutro i po raz pierwszy jako student opuszczał wykłady i ćwiczenia, musiał zrobić kilka rzeczy do przodu. To, w połączeniu z wszystkimi sprawami, które zaskoczyły go z przeszłości, sprawiło, że od siódmej trzydzieści rozpoczął się intensywny dzień.

Na szczęście lub nieszczęście pierwszy wykład – dziewiątka z filozofii myśli politycznej – nie odbył się. Dzięki temu Wojtek zdążył dokończyć i oddać książkę. Później, po wykładzie i obiedzie szybko zniknął w bibliotece, żeby odrabiać zadanie domowe – na „za godzinę”. To samo działo się godzinę później, przed kolejnymi ćwiczeniami. W przerwie przed chórem zaczął pisać opowiadanie na hiszpański – do oddania dnia następnego.

Po powrocie z chóru o 21 zaczęła się walka o przetrwanie. W tak zwanym międzyczasie zjadł kolację i spakował się. Następnie rozpoczął tworzenie teczki ucznia na hiszpański. Powstały ćwiczenia „regularnie uzupełniane przez cały semestr”, „przykłady artykułów czytanych po hiszpańsku” i wreszcie, już po północy, wpis o słuchaniu hiszpańskiego radia. Na koniec jeszcze mały porządek, żeby po powrocie nie zastać bałaganu i Wojtek zmęczon legł na plastikowym materacu.

czwartek, lutego 22, 2007

Dzień 111, 112, 113 - piątek, sobota, niedziela

- Mike?
- Tak?- Czy my będziemy daleko od szczytu Snowdon?
- Tak, to jest w południowej części tych gór. Będziemy za to chodzić po Cadair Idris.
- Opowiedz mi o Cadair Idris…
- Cadair Idris to po walijsku krzesło lub tron Idrisa. Idris to według wierzeń gigant, który mieszka w tych górach. Lokalni mieszkańcy wierzyli, że przechadza się on ze sforą swoich straszliwych białych psów. Każdy, kto je zobaczy, jest stracony, a ogary natychmiast porywają jego duszę do piekła. Dlatego też, kiedy słyszeli zawodzenie wilków czy ujadanie psów, zakładali na głowy papierowe torby.
- Czytałem, że ludzie wierzą w magiczną moc tych wzgórz, że każdy, kto prześpi się na zboczach tych gór obudzi się albo jako szaleniec, albo wieszcz.
- To prawda. Mówią też, że tutejsze jeziora są bez dna. Dużo jest tych legend, ale ja nie pamiętam wiele…

Po drodze zaczął padać śnieg.

Byłem chyba jedynym, który cieszył się tylko trochę. Tutaj śnieg należy bowiem do rzadkości i kiedy już spadnie, wszystko zostaje sparaliżowane. Zima zaskakuje drogowców nawet bardziej niż u nas.

- To dziwne, żeby po takich małych opadach wstrzymywać pociągi…
- W tym kraju mógłbyś upuścić lody na ulicę i wszystko staje. Normalnie jesteśmy przyzwyczajeni do deszczy, więc kiedy spada śnieg, nikt nie wie co robić.

Jadąc po walijskich drogach mija się często tabliczki w dwóch językach – angielskim i tutejszym, starym językiem Walii. Ten drugi, przepełniony tajemniczymi głoskami jak „cwm”, „hll”, „dwr” czy „ngh” sprawia, że nazwy miejscowości trudno wymówić nawet anglikom. Wszyscy jednak znają walijski odpowiednik „slow” – „arat”, umieszczane na każdej szosie obok siebie.

Późną nocą dojechaliśmy na miejsce. Schronisko, położone w malutkiej dolince przepływającego tuż obok potoku, było wsparte na wzgórzu i osłonięte drzewami. Gdzieś niedaleko szczekał pies, a księżyc gdzieniegdzie przebijał się przez zachmurzone niebo. Mimo zmęczenia i późnej pory warto było na chwilę zatrzymać się i wziąć głęboki, orzeźwiający oddech.

Następnego dnia wyruszyliśmy na szlak. Niektórzy chcieli wejść na „szczyt” – niemal poziomą grań łączącą kilka szczytów. Po jednej stronie rozciąga się tam łagodnie opadający stok, po drugiej zaś – niemal pionowa ściana doliny wyżłobionej tysiące lat temu przez lodowiec.

Phil wybrał dla nas jednak inną trasę. Skierowaliśmy się do tutejszego Czarnego Stawu, jeziora wtulonego w zbocze pod szczytem. Po kilku godzinach spokojnego marszu grupa podzieliła się na dwie części - jedni wrócili do schroniska, my natomiast, już w mniejszej grupie, szliśmy naprzód. Ścieżka właściwie zanikła pod niewielką warstwą białego puchu, gdy razem z Philem prowadziliśmy - on zdając się na kompas i azymut, ja natomiast na wyczucie.

Po trzydziestu minutach przecierania szlaku Phil zatrzymał się i zwołał naradę.

- Przeszliśmy na razie tyle - powiedział, wskazując palcem mniej więcej połowę drogi od rozdzielenia się. Nachylone blisko głowy pokiwały ze zrozumieniem.
- Śnieg utrudnia nam marsz, bo nie bardzo widać ścieżkę. Poza tym zrobiła się mgła, więc raczej nie ma sensu ryzykować.

Większość znów pokiwała głowami i tym samym podjęta została decyzja o odwrocie. Za sobą pozostawialiśmy owianą chmurami tajemniczą grań i niedostępne, skryte gdzieś za wzgórzem górskie jezioro.


Walia położona jest po zachodniej stronie wyspy. Owiewana przez morskie wiatry, wilgotna i zmienna Snowdonia pozwala na to, by na szczytach tutejszych gór wiosną zakwitały wrzosy, zaś w polodowcowych dolinach cały teren pokrywała zielona warstewka mchu. W tym magicznym miejscu dokonuje się cudna gra kolorów - brązowe i złociste stoki górują nad wiecznie zielonymi dolinami. Wszystko zaś, niczym doskonały obraz Rembrandta, upiększone jest jeszcze światłocieniem z chmur i słońca.

Właśnie takie oblicze odsłoniła przed nami Walia w niedzielę, chcąc jakby wynagrodzić porażkę i trud dnia poprzedniego. Raz jeszcze wyruszyliśmy, żeby dotrzeć na wyżyny. Tym razem udało się i wędrując razem ze słońcem dotarliśmy do położonego między dwoma wzgórzami jeziora. Leżeliśmy na posłaniu z wrzosów i patrzyliśmy, nie mogąc się nasycić pięknem krajobrazu.

Podczas kiedy ja robiłem zdjęcia, Anglicy spędzali czas na zabawie w śniegu - największej atrakcji, jaką tutaj odnaleźli. Zadziwiające, jak trochę białego puchu z dorosłych robi na powrót dzieci...


Warto zawitać do Cadair Idris, choćby i na dwa dni. Przy odrobinie szczęścia i dobrej pogody można odbyć słuszną wędrówkę i poznać urocze, przesycone celtyckim duchem i tajemnicą miejsca, na mapach opisane jedynie sucho jako: "National Park Snowdon".

Dzień 111 - piątek

Dzień był troszkę napięty, bo jak zwykle miałem więcej planów niż czasu. Mimo to zdarzyło się kilka niespodzianek.

Wykład z Economic Workshop dotyczył ekonomii behawioralnej. Było łatwo i przyjemnie, bo stanowiło to właściwie powtórkę tego, o czym pisałem przez święta esej. Po wykładzie i krótkiej rozmowie wykładowca powiedział, że jest możliwość zaangażowania się w eksperymenty, jakie prowadzą w tej dziedzinie. Może się skuszę i pójdę za ciosem.

Po hiszpańskim pobiegłem pod wieżę zegarową. Pozostali – Asif, Sasza, Wan Yung i Benedine - już tam byli. Mieliśmy iść oglądać dom na przyszły rok. Czekaliśmy jeszcze na wynajmującego. Każdy jakoś go sobie wyobrażał, ale rzeczywistość zaskoczyła wszystkich. Srebrne, nisko zawieszone BMW podjechało powoli, opuściła się szyba i wychylił młody, ubrany w garnitur pan w stylu yuppie. Nieco zmieszani wcisnęliśmy się do dwudrzwiowego auta i zaczęliśmy słuchać, jak korzystna oferta nam się trafiła. Niestety, na miejscu rzeczywistość rozwiała nasze złudzenia – ciasne korytarze, stare drzwi, kuchnia „w przejściu” i kilka innych małych rzeczy. Tak się jednak złożyło, że jednym z lokatorów był Polak. Krótka rozmowa na stronie o ogólnym standardzie i układach z wynajmującym powiedziała całą prawdę. Wychodzić czym prędzej.

Po powrocie spakowałem się i wyszedłem, przestępując próg jako wędrowiec i zaczynając kolejną podróż. Po drodze wstąpiłem jeszcze do Spara kupić owoce na kolację.

- Excuse me, how much are these bananas?
- Der szud bi a prajs…sori, I don’t noł…
- Jesteś z Polski?
[moment zaskoczenia]
- Tak!
- A skąd przyjechałać?
- Ja z półnoocy, zachodniopomooorskiie…

Dzień 110 - czwartek

Godzina czwarta minut siedem. Telefon na chwilę rozbłyska i podskakuje, sygnalizując wiadomość. Wojtek śpi i nie wie, że to Wan Yung napisała:

„Right now it’s snowing. I’m too excited to sleep i think. I wanted to run downstairs n wake u up to tell u but I guess u wouldn’t hv appreciated it. Especially not since i was in ur room till 3,bugging u. But yar…The point is it’s snowing!”

Godzina siódma minut trzydzieści pięć. Telefon znów się odzywa, tym razem zaciekle grając skoczną melodię. Wojtek wstaje i wyłącza budzik. Jego wzrok prześlizguje się po oknie, ale zrozumienie przychodzi dopiero po chwili. Patrzy przez szybę i nie poznaje – drzewa, które jeszcze kilka godzin temu były zielone, teraz są białe. A widoczność ograniczona nie przez mgłę lub deszcz, ale padający mocno śnieg.

W ciągu dnia sytuacja wróciła do normy. Popołudniu było już powyżej zera i większość białej pokrywy stopniała, a pozostałe gdzieniegdzie białe plamy przywodziły na myśl budzącą się wiosnę.

Godzina szesnasta minut siedem. Wojtek siedzi w sali wykładowej. Sam. Po chwili zjawia się jeszcze ktoś i razem dochodzą do wniosku, że wykład został odwołany. Sprawdzenie poczty w centrum komputerowym potwierdza przypuszczenia – wskutek klęski śniegowej przejazdy pociągami stały się niebezpieczne i wykład został przełożony.

Godzina szesnasta minut czterdzieści osiem. Wojtek i Costanza robią sobie zdjęcie ze śniegiem. Jest to bowiem wydarzenie na miarę zimy 2007. Na dziedzińcu ktoś ulepił ze śniegu miniaturę uniwersytetu. Później jeszcze zostają uwikłani w bitwę na śnieżki, prowadzoną przez kilku starszych studentów, którzy – jak wszyscy Anglicy i większość Azjatów – są ogromnie podekscytowani.

Wieczorem czar prysł i urok się rozwiał. Kapryśna angielska pogoda przyniosła chmury i duszne ocieplenie, tak, że znowu zrobiło się wilgotno w powietrzu i mokro na ziemi. Ale wspomnienie pozostało.

Dzień 109 - środa

Czasem zastanawiam się, czy to życie się zmienia w okresie studiów, czy sam student. Weźmy choćby taki przykład: gdybym prowadził tego bloga rok temu, zapewne opisałbym ten dzień jak większość innych: od rana do popołudnia jestem w szkole, a po powrocie do domu odrabiam zadania i idę spać. A tutaj? Wręcz przeciwnie - czyż posty o dniach spędzonych nad książkami nie należą do rzadkości? Czuję się trochę zagubiony - wiem, że robie tu tyle, ile ode mnie wymagają, może troszkę więcej. Ale mimowolnie cały czas porównuję to z ogromem pracy, jaki muszą wykonać polscy studenci i czuję się zażenowany i zacofany. I chociaż mam tu czas, żeby "poszerzać horyznoty" i "wszechstronnie się rozwijać". co z resztą z przyjemnością robię, to jednak coś mnie niepokoi - czy to wszystko nie jest tylko zabawą w piaskownicy, mirażem wyobraźni wypełnionej opowieściami i legendami bądź rozdmuchanym ego, kiedy tam - na zewnątrz - czeka trudny i poważny świat?

Cóż bowiem dziś robiłem?

Hiszpański - ale to przecież bardziej hobby niż poważna dyscyplina naukowa.

Religie i konflikty - ciekawe to, ale do czego mi się w życiu przyda? Czy nie warto bardziej uczyć się dodatkowo języka czy zgłębiać główny przedmiot moich studiów?

Karate - moim największym oczekiwaniem i niepokojem w nadchodzących tygodniach są nie 2 sprawdziany z ekonomii, ale zdawanie z karate pomiędzy nimi...zdrowo to tak?

Kuchnia: najpierw przypaliłem doszczętnie kaszę, do zaczytałem się w pokoju i garnek jest teraz dwukolorowy, potem z Benedine zrobiliśmy 2 ciasta, brownie i jabłkowe. Fajnie, prawda? Ale nie da się mieć w życiu czasu na wszystko co fajne, a chowanie tego pod maską umiejętności czy doświadczenia nie jest szczególnie przekonujące...

Wieczór - Wan Yung, wracając z pracy, puka do moich drzwi, a że zwykle jeszcze nie śpię, rozmawiamy o różnych bzdurach - np. kreskówkach z dzieciństwa.

Tak, właśnie tak wyobrażałem sobie życie studenckie - nieprzewidziane, zmienne, szalone i wyjątkowe. "lata młodości", "niepowtarzalny okres" przeżywam w dużej mierze tak jak bym chciał - ale czy tak jak powinienem? Inni pracują, poświęcają się swojej dziedzinie lub specjalizują i pogłębiają swoją pasję, zdobywają referencje i pożyteczne wpisy do CV, a ja? Co nastąpi, kiedy za 3 czy 5 lat staniemy (bo chyba tak będzie) w szranki o pracę?

Ale z drugiej strony - czy rzeczywiście połowa drugiego semestru pierwszego roku to właściwy czas, żeby się martwić? Jeśli któryś rok na tej uczelni ma być luźny i własny, to chyba najbardziej ten, nie inny. A poza tym - dać się wciągnąć w wyścig, "biec do pociągu, który już zaraz odjeżdża" - czy to jedyne sposoby na życie w naszym świecie czy może jedynie wszechogarniająca propaganda sukcesu?

Bo co tak naprawdę liczy się w wielkim finale życia? Sukcesy? Umiejętności? Czy nie bardziej liczą się ludzie i to, ile dla nich siebie wypaliliśmy?

Wiadomość, czyli wolontariatu i akcji charytatywnych angielska motywacja

"Dear Friends,


Next week is RAG week, and as part of our obligations to help charities and generally be super nice people, Christians Together is going to raise some money to contribute to the cause. Catholic Spirit is having a collection at the end of next week's meeting - just a few pounds, or whatever you can spare, will be most appreciated! Be assured it all goes to a good cause AND gets you bonus points with Mr. God! ;)

Blessings!
"

Dzień 108 - wtorek

Co jak co, ale wiedzą jak zrobić nam miłą niespodziankę. Zaraz po obiedzie dowiedzieliśmy się, że zarówno wykład, jak i ćwiczenia popołudniowe są dziś odwołane. Dzięki temu zajęcia skończyły się o trzeciej, a nie piątej jak zwykle. Co więcej, zrobiłem sobie małą przyjemność i poszedłem na chiński stragan (właściwie rynek, bo zajmuje połowę auli w Students Union). Chciałem kupić coś orientalnego, posmakować egzotyki. Jako, że nie miałem nikogo do pomocy, wziąłem coś, co przypominało fasolę z jakąś polewą. Z opakowania o jaskrawym tle krzyczały do mnie chińskie znaczki. Czułem, że kupuję kota w worku, ale miało to coś z emocjonującego ryzyka: czy trafiłem na jakiś przysmak czy może rzecz pokroju karmy dla psów? Na szczęście Wan Yung odszyfrowała popołudniu tajemnicze zapisy – mówiły one tyle, co: „fasolki mięsne i ciekawym smaku” i rzeczywiście były to fasolki z polewą o smaku ostro przyprawionej wołowiny. Wrota kuchni orientalnej otworzyły się znów ciut szerzej…

Dzień 107 - poniedziałek

- Oj Wojtku, Wojtku…

Chyba rzeczywiście miała rację. Bo jednak choć duch ochoczy, to śpiący. Po 2 godzinach poszedłem na wykłady – najpierw filozofię myśli politycznej, a potem 2 godziny ekonomii. I przespałem w sumie…ale nie, to nie w moim stylu…skorzystałem aż z 30% wykładów! Wprawdzie ja, Sasza i Costanza siedzieliśmy w pierwszym rzędzie, ale tylko Sasza nie spał i to tylko dzięki temu, że cały czas szturchał nas i budził. Walka moja z Morfeuszem odbyła się na kartach zeszytu:

Później było już z lepiej – po obiedzie cały Wojtek zaczął działać poprawnie i na właściwych obrotach. Próba chóru i trochę pracy wieczorem sprawiły, że jakoś odechciało się spać. Błędne koło się zamknęło.

środa, lutego 21, 2007

Ślązok

W trakcie treningu w Sali zrobiło się gorąco i duszno, więc ktoś otworzył drzwi wychodzące na ulicę. Social Hall jest tak położony, że każdy przechodzący chodnikiem może dostrzec, co dzieje się w środku. Nigdy jednak nikt się nie zatrzymywał. Aż do teraz.

Przez dobre pół godziny wszyscy czuliśmy na karkach wzrok tajemniczego przechodnia. Karate nie jest żadną tajną sztuką, ale było to nieco krępujące, zwłaszcza, kiedy przyszło do okrzyków przy uderzeniach. Dlatego też po skończonym treningu stary sensei poszedł wyjaśnić sprawę. Dało się słyszeć tylko „Czy mogę ci jakoś pomóc, młody człowieku?” i rozmowa utonęła w gwarze ulicy. Ale już za chwilę sensei zawołał: „Czy ktoś tu mówi po polsku?”.

W ogólnym zaskoczeniu zgłosiłem się i podszedłem. Już po pierwszym zdaniu miałem, jak się okazało – uzasadnione, podejrzenia. Ale wolałem się upewnić.

- Sensei pyta, czy chcesz się przyłączyć.
- Nie, nie, ino mi sie zawsze to podobało, ale teroz już zastary jestem żeby to ćwiczyć.
- Sensei mówi, że on może jeszcze ćwiczyć, więc Ty na pewno też [sensei ma na oko 65 lat].
- Heh, wisz, u mnie to zowsze był taki słomiany zapał, chociaż mi sie to ciągle podoba.
- Aha…a skąd przyjechałeś?
- Ze Śląska jestem, z Kotowic…

piątek, lutego 09, 2007

Dzień 106 - niedziela

9:55
- Wojtku, Wojtku, czas wstawać!
- A co się stało?
- Za pół godziny wychodzisz do kościoła!
- Aha…

10:00
- Wojtku, Wojtku, dokąd idziesz?
- Pod prysznic idę…
- A Twoje ćwiczenia?
- Ech…przecież mam urodziny, dajmy sobie spokój...

10:30
- Wojtku, Wojtku, ktoś puka!
- Kto tam?
- To Benedine, wybieracie się do kościoła.
- Dlaczego tak szybko? Przecież jeszcze nie jadłem śniadania…no ale już dobrze, tylko się przebiorę
[Benedine] – To ja może wyjdę…

13:00
- Wojtku, Wojtku, może coś jeszcze zrobisz do szkoły?
- Nie zdążę już, za 45 wychodzę…
- To może chociaż troszkę poczytasz?
- Chyba mówiłem, że mam urodziny…

16:00
- Wojtku, Wojtku, za godzinę przychodzą goście!
- Godzinę?! Czemu mi wcześniej nie powiedziałeś? Przecież miałem zrobić dla nich coś specjalnego! Już nie zdążę!
- Jak teraz zaczniesz, to będzie gotowe akurat na ich przyjście.
- No dobra, to już…

16:15
- Wojtku, Wojtku, nie musisz się tak dokładnie trzymać przepisu. Nie trzeba wcale podkradać oleju tylko dlatego, że tam jest napisane więcej, niż masz.
- A jak nie wyjdzie?
- Wyjdzie.
- Cóż, zatem do dzieła…

16:55
- Wojtku, Wojtku, co tak rozkosznie pachnie?
- Ha! To jabłka w cieście – wariacja przepisu od Kasi! Na pewno będą pyszne. Ciekawe jaki to mamy czas…o nie! Przecież jeszcze muszę pozmywać!

17:20
- Wojtku, Wojtku, tam przed Twoimi drzwiami ktoś czeka!
- Ups…

Przybyli do pokoju Sasza i Asif. Przynieśli dary: perfum oraz muzykę z Bangladeszu.



Nie było jednak trzeciej osoby, miejsce jedno było puste. Wszyscy poczęstowali się ciepłymi jabłkami i każdy powiedział, że były one dobre. Potem próbowali nawiązać kontakt z Costanzą, ale nie dało to rezultatu. Po czasie, jaki potrzeba, by odmówić różaniec, Wojtek odnalazł ją w końcu w recepcji w głównym budynku. Również ona wręczyła mu podarek – korzenie Grecji i Rzymu: „Antygonę” Sofoklesa oraz „Szaleństwo Nerona” Tacyta.



Kiedy wszyscy byli już razem, otwarły się paczki chipsów, tabliczki czekolad rozwarły swe podwoje, otworzyły się przed nami paczki ciasteczek. Komputer włączył się, a film sam zaczął. Światło zostało zgaszone i ciemność zapadła w pokoju. Rozpoczęła się „Magnolia”.

Ekran znów stał się czarny i pojawiały się tylko napisy. W głowach wszyscy mieli zamęt, myśli wszystkich były pomieszane. Dopiero we wspólnej dyskusji rzecz się wyjaśniła, dopiero wspólna rozmowa im myśli poukładała.

Przybyli też goście z Malezji – Wan Ynug i Benedine z chińskim daniem. Na woku przyniosły dla wszystkich makaron ryżowy z mięsem i warzywami na sosie ostrygowym. Wojtkowi i Saszy smakowało to najbardziej i to oni do końca oczyścili talerz.

02:15
- Wojtku, Wojtku, robi się trochę późno!
- I co z tego?
- Jutro masz wykład o 9.00.
- Ale…przecież to moje urodziny!
- Później masz jeszcze 2 godziny wykładu z ekonomii.
- Nie będę przysypiał!...no może troszeczkę…
- Może lepiej teraz zakończyć spotkanie?
- I przerwać rozmowę o boskiej naturze Jezusa, filozoficznym uzasadnieniu Trójcy Świętej, życiu Mahometa i kulturze Islamu?! Nie ma mowy…
- Sam wybrałeś.

05:00
- Może faktycznie dobrze byłoby się przespać…a może nie ma sensu? Jak myślisz?
- Hej! Odpowiedz!
- No cóż, w takim razie sam zdecyduję. Idę spać.

Przez okno można było dostrzec osobliwy widok. Na łóżku spała Costanza. Asif również, skromnie wciśnięty w kąt. Sasza drzemał na krześle, zgarbiony i przykryty kocem jak nomada. Wojtek leżał na podłodze w śpiworze.

Tak Wojtek skończył lat 20.

Dzień 105 - sobota

Jutro 20 urodziny. Miło by było jakoś zaakcentować ten fakt. Coś może zmienić w swoim życiu, poprawić się chociaż trochę, żyć zdrowiej i lepiej. Dlatego właśnie poszedłem do spowiedzi. To ciekawe, jak w obliczu takich szczególnych dat człowiek sobie różne rzeczy obiecuje - może wydaje mu się, że ze względu na wyjątkowość dnia wydaje im się, że łatwiej będzie dotrzymać danego sobie słowa? W każdym razie byłem w bardzo dobrym nastroju. Świeciło słońce, powietrze było rześkie, niebo czyste, a ulice spokojne. Z przyjemnością przeszedłem się do biblioteki przedłużyć pożyczone płyty - dzisiejszy wieczór zapowiadał się filmowo.


Z niejaką niecierpliwością oczekiwałem wieczoru, kiedy mieliśmy się spotkać w sąsiedzkim gronie i miło spędzić wieczór. Dlatego też w ciągu dnia zrobiłem jedynie zadanie ze statystyki - wyjątkowo długie, łatwe i nudne. Sądziłem, ze w październiku skończył się powtórki materiału z matematyki. Myliłem się.

Po południu, chyba dla tradycji, zrobiłem jeszcze ciasto z jabłkami. Już sam zapach, który unosił się z piekarnika, przywodził na myśl przyszłe rozkosze podniebienia. Kiedy zebraliśmy się w końcu, okazało się, że Benedine też upiekła - tym razem ciasto bananowe. Znalazło się również, klasyczne już chyba, brownie. Wszystkie były naprawdę przepyszne. Co więcej, dostałem zaskakujący prezent: zestaw orientalnych herbat, które wystarczą mi chyba do końca studiów:



Przyszły początkowo tylko 3 osoby: Wan Yung, Benedine i Pardis. Miał być jeszcze Chris, Louis i Aarti, ale okazało się, że wszyscy oni pojechali do domów. Obejrzeliśmy „Miasto Boga” – oparty na faktach, wstrząsający film o przedmieściach Rio de Janeiro. Później, już nocną porą, wyszliśmy, żeby przeprowadzić mały eksperyment. Coca-Cola Light i paczka Mentosów wystarczyła, żeby przez kilka sekund zapewnić nam niezwykłe widowisko. Kiedy wrzuciłem dropsy do butelki w jednej sekundzie wszystko zabulgotało i wystrzeliło w niebo spienionym strumieniem.

[zdjęcie później]

Później postanowiliśmy obejrzeć drugi film – „Mulholland Drive”. W tym czasie do pokoju zapukały jeszcze Fanny i Nicole. Też chciały oglądać, więc na łóżku zrobiło się ciasno – 5 dziewczyn, a ja ściśnięty gdzieś między nimi. I wszyscy przykryci kołdrą, bo od okna wieje, a grzejniki już wyłączyli.

To był uroczy wieczór.

wtorek, lutego 06, 2007

Polska rzeczywistość

Co czytałeś w gazetach? Że w Anglia to ziemia obiecana? Zapewne, ale chyba nie dla nas. Ale powiedz, co czytałeś? Że tu się w kilka lat zbija majątek i po powrocie żyje w luksusie? Zaprawdę, w kilka lat można tu co najwyżej poćwiczyć język. Ale co tak naprawdę czytałeś? Że tu jest praca i dobrze płacą? W Egham żyje trzech Polaków, którzy pracują w pizzerii. Chociaż minimalna płaca wynosi 5 funtów, oni dostają 30 funtów za cały dzień kilkugodzinnej pracy. Mają zapewnione mieszkanie i 2 pizze dziennie – żyję ściśnięci w jednym pokoju i jedzą pizze dzień za dniem. Tak, w Anglii jest praca. Dobrze płatna praca.

Ale może lepsze to niż nic?

Dzień 104 - piątek

Powiem szczerze - zaczyna mi brakować formy. Czuję, jakbym wszystko już przeszedł, każdą formę już sobą wypełnił. Na te, które zostały, nie jestem jeszcze gotów. Dlatego dziś napiszę po prostu normalnie. Zwykle. Przeciętnie.

Ten piątek zaczął się bardzo niezwykle. Już o 10 byłem na Wydziale Psychologii. Byłem tam umówiony na eksperyment. Pojawił się jeszcze drugi uczestnik i zaczęliśmy eksperyment. Na ochotnika zgłosiłem się na tego, który będzie królikiem doświadczalnym. Pani prowadząca posadziła nas naprzeciwko siebie przed jedną klawiaturą i podłączyła do palców czujniki. Potem przyciągnęła wielką maszynę do rezonansu magnetycznego i zapowiedziała, że nic nie będzie boleć. Kiedy zrobiliśmy próbę, poczułem się bardzo dziwnie - moja ręka ruszała się niezależnie ode mnie! Drgała co pół sekundy jak gdybym chorował na chorobę Parkinsona albo za dużo wypił. Przypomniał mi się wtedy profesor Raczkowski, mówiący: "Dlaczego mi rąsia zadrżała jak to pisałem? I nie dlatego, że wczoraj za dużo wypiłem?". W każdym razie celem eksperymentu było zbadanie, jak pójdzie nam współpraca przy naciskaniu klawiszy, zarówno w warunkach normalnych, jak i utrudnionych przez drżenie mojej dłoni. Prób odbyło się 100, w 30 losowo wybranych pani raziła mnie falą elektromagnetyczną w biceps, przez co naciskanie stało się dużo trudniejsze. Samo to uczucie było o tyle dziwne, że nie czułem ani fali, która to powodowała, ani nawet niczego w mięśniu, który tę falę odbierał. Tylko dłoń, która samowolnie i niezależnie ode mnie drżała. Niesamowite wrażenie! Po pół godzinie eksperyment się skończył, pani nam podziękowała, wręczyła 10 funtów i tak się pożegnaliśmy. Trochę nie w porządku się czuję wobec ludzi, którzy muszą tutaj np. przez 2 godziny podawać drinki albo zbierać szklanki ze stołów (nie mówiąc już o tych, którzy muszą na to pracować kilkanaście godzin), ale z drugiej strony - skoro jest okazja żeby zarobić, dlaczego jej nie wykorzystać? Chwilę później siedziałem już w jednym z przednich rzędów sali wykładowej w starym budynku Zamczyska. Na ekranie wyświetlił się tytuł wykładu, a przede mną znalazło się ksero. Na obu było to samo: "Wprowadzenie do ekonomii eksperymentalnej". Ucieszyłem się bardzo, bo czytałem na ten temat całą książkę i pisałem (też) o tym mój esej. Wprawdzie nie dowiedziałem się niczego nowego, ale za to kiedy pan powiedział: "Teraz zagramy w małą grę. Potrzebuję 2 ochotników", moja ręka już była w górze. Żeby było śmieszniej, jako druga osoba zgłosiła się Costanza. Obaj byliśmy na eksperymencie ekonomicznym, o którym kiedyś pisałem i mieliśmy już do czynienia z tą "Ultimatum Game". Wykładowca zajrzał do portfela i powiedział, że ma 4 funty drobnych, które mi daje, ja zaś mam podzielić je między siebie i Costanzę. Jeśli jej się podział nie spodoba, odrzuci go i obaj nic nie dostaniemy. Zastanowiłem się przez chwilę co napisać na kartce. 3 do 1? Czyli że 25%? Może trochę mało...zatem 1,50 do 2,50. Okazało się, że Costanza jako mininalną stawkę postawiła właśnie 1,50! Po wykładzie zapytałem wykładowcę o pojęcie altruizmu w ekonomii, ale za dużo mi nie powiedział. Po piątkowym obiedzie składającym się z najbardziej tradycyjnych brytyjskich dań: fish'n'chips'baked beanz przyszedł czas na hiszpański. Zaczęliśmy drugi czas przeszły i ogólnie jest fajnie. Pewnie się powtarzam, ale naprawdę się cieszę z hiszpańskiego. I staram się do niego przykładać, więc może za jakiś czas coś z tego będzie...w hiszpańskim (i południowoamerykańskim!) autostopie pewnie bym już dokądś dojechał, ale przecież chodzi o coś więcej. Na treningu było fajnie - tak jak tydzień temu ćwiczyliśmy kombinację ciosów (teraz już 4) - bardzo nienaturalną dla ruchów ciała, ale równie zaskakującą dla przeciwnika. A później - tak jak tydzień temu - przyszedł czas na sparingi. Tym razem bez rękawic i bez kopnięć. Ale i tak było bardzo fajnie. Udało mi się nawet kilka razy trafić Kela (brązowy pas). Inna dziewczyna z kolei powiedziała, że uderzam za mocno. Konsultowałem to po treningu z Charlą, bo faktycznie mnie to zaniepokoiło - może moje "lekko" to dla innych "za mocno"? Ale Charla uspokoiła mnie, że w walce ze mną nie odczuła, żeby to było za mocno. Co więcej, powiedziała, że mógłbym startować w zawodach dla najniższych stopni. Mam niby wielki atut, jakim jest wzrost i długość rąk i nóg - mogę trafić przeciwnika zanim ten podejdzie wystarczająco blisko, żeby trafić mnie. I faktycznie się to tego wieczora sprawdzało. Kto wie. może nawet spróbuję, tak żeby zobaczyć chociaż jak to jest w "prawdziwej walce".

Dzień 103 - czwartek

Godzina 10, za oknem niebieskie niebo i słońce wdzierające się przez okno. W akademiku jest cicho i spokojnie. To dlatego, że na uczelni rozpoczynają się zajęcia. Studenci ekonomii rozpoczynają wykład ze statystyki. Gwar w korytarzu, profesor uciszający grupę i akademicka atmosfera unosząca się w powietrzu. Wojtek tego nie czuł. Wojtek właśnie zwlekał się z łóżka.

Cały dzień był przez to jakby "przesunięty". Przed popołudniowym wykładem Wojtek napisał raport giełdowy i poczytał co nieco. Później, jak zwykle niemal spóźniony, pomknął na zajęcia. Ponownie okazało się, że tylko niecałe 50% osób przeczytało książkę na 2 tygodnie temu. Wojtek na szczęście należał do mniejszości.

Raz jeszcze tego dnia Wojtek był nie tam, gdzie być powinien. O 18.00 rozpoczęło się spotkanie inwestorów, ale Wojtka skusił wykład o zemście w tragediach antycznych. Wprawdzie przysnęło mu się raz czy dwa i obudziły go dopiero brawa, ale i tak był zadowolony.

Trening był prowadzony przez Toma. Było inspirująco - mówił tak, że chciało się dawać z siebie 100%. Bo właściwie - albo Wojtek ćwiczy najlepiej jak może z myślą, że może kiedyś będzie tym walczył o swoje życie, albo też przychodzi na intensywny aerobic. Ale nie o to w karate chodzi. Nie o to chodzi.

Dzień 102 - środa

Cóż to za wykład, cóż to za dyskusja. Posłuchajcie, dzieci, jeśli chcecie usłyszeć, co się działo w owe środowe popołudnie.

Wykład o fundamentalizmie był inny niż zwykle. Ojciec Vlad opowiadał o tym, jak trzeba spoglądać na Biblię. O tym, jak w tyglu historii mieszały się w niej historia i kultura. O tym, że nie wszystko, co tam znajdziemy, należy traktować dosłownie, a na niektóre należy patrzeć tak, jak widzieli je ludzie w tamtych czasach. Wyobraźcie sobie na przykład, że to, co opisuje dla nas Mateusz o życiu Jezusa, jest bardzo podobne do przebiegu wydarzeń z Księgi Wyjścia. To, co trudno zauważyć nam dziś, dla ludzi 2000 lat temu było oczywiste. Ich kultura, zwyczaje, życie codzienne - wszystko to, co dla nas dziś jest ciekawostką lub przedmiotem badań dawniej było zrozumiałe przez wszystkich, którzy słyszeli te słowa. Zmienił się świat, zmieniło się rozumienie. Stąd też tak różne interpretacje spotykamy przez wieki. Zgadzacie się z tym, prawda? Natomiast ci, których nazywamy fundamentalistami, pomijają cały ten łańcuch historyczno-literacki i są przekonani, że słowa, które znajdują w Świętej Księdze są skierowane do nich bezpośrednio, bez żadnych kulturowych interpretacji. Stąd też bierze się po części terroryzm.

Wykład się zakończył, ale nasza opowieść jeszcze nie. Zakończenie wykładu nie zakończyło wcale dyskusji. Asif i Costanza perorowali zawzięcie, dyskutując o tym, czy należy bardzo sztywno trzymać się litery religijnego prawa, czy też raczej spoglądać na człowieka z wyrozumiałością. Stąd już niedaleko było do zbawienia i tego, jak na nie "zasłużyć". Asif powiedział, że z tego właśnie powodu opowiada nam o swojej religii. Dlaczego, zapytacie! Otóż jego wyjaśnienie: "Na Sądzie Ostatecznym Bóg zapyta ciebie, dlaczego we mnie nie wierzyłeś. Odpowiesz - nikt mi nie powiedział. - Ale przecież spotkałeś na swojej drodze Asifa, czyż nie? - Tak, ale nic mi nie powiedział. - Asif, dlaczego nie powiedziałeś temu człowiekowi o mnie? To twoja wina, że on zostanie skazany. Tak samo stanie się przeto z tobą!". Dlatego właśnie Asif opowiada nam o swojej religii - zabezpiecza swoje życie wieczne. Teraz, kiedy już wiemy o Allahu i Islamie, nie mamy wyjścia - uwierzymy albo zostaniemy potępieni. Potępieni - w oczach Asifa. Wydaje mi się jednak, że przykro mieć taką wizję - zwłaszcza o ludziach, których w jakiś sposób się ceni...po tym wszystkim bardzo doceniłem fakt, że chrześcijanie pozostawiają to wyłącznie Bogu.

Tak właśnie upłynęło mi środowe popołudnie.

czwartek, lutego 01, 2007

Dzień 101 - wtorek

To już 3 tydzień, a my ciągle jeszcze jedziemy na luziku. O 9.00 znów na zajęcia ze statsy przyszli wszyscy oprócz nauczyciela. I znowu żeśmy przesiedzieli godzinę na kompach. Później pierwszy wykładzik - facio gada, dla odmiany, francuskim angielskim. Na początku było śmiesznie, ale nudno jak jasny gwint. Znowu słuchałem czego to się będziemy uczyć, co będziemy potem umieć i takie tam bzdury. Wychodzi na to, że znów pierwszy tydzień będzie powtórką ze starej szkoły.

Na obiedzie wszamałem paluszki rybne z ryżem. W ogóle czytałem w weekend trochę o diecie i chyba ryż będzie lepszy niż fryty. Do tego jedyne dobre żarcie, jakie tu mają: pieczone fasolki. Co jak co, ale na maxa mi to smakuje.

Wykład z ekonomii integracji UE był znowu taki sam. Ziomy jakby spały, bo oprócz mnie i kilku osób nikt się nie zgłaszał ani nie odzywał w ogóle. Porażka tak jakby, ale co tam. Ja swoje powiedziałem.

Potem kolejna matma. Średnie, wariancje, odchylenia i inne pierdoły - wszystko to pamiętam z liceum. To po co ja tu siedzę? Pewnie dlatego, że za godzinę jeszcze jeden wykład.

Jeszcze jeden wykład - myślałem że mnie szlag trafi! Na początku powtórzył to, co omawiał 2 godziny wcześniej na ćwiczeniach, a potem mówił o instytucjach Unii...przecież to by mogło być zadanie domowe, a nie temat na wykład, kiedy i tak jesteśmy tydzień do tyłu...

Ech, szkoda gadać.

Jak wróciłem, to poczytałem Hume'a - całkiem mądry gość, zna się na rzeczy. A ja myślałem, że on się tylko filozofią zajmował.

Na koniec zobaczyłem fajny film Almodovara: "Wszystko o mojej matce" - to w ramach ćwiczenia hiszpańskiego, nie?

Dzień 100 - poniedziałek

100 dni...jak Napoleon po ucieczce z Elby...moje dni nie były zapewne tak spektakularne jak jego, nie napiszą o tym książek ani podręczników, ale myślę, że pozostaną na długo w moich wspomnieniach.

Szczerze mówiąc, coś mi się musiało pomylić, bo sądziłem że 100 dzień wypadnie w wigilię moich urodzin. Pewnie pomyliłem tygodnie...ale bardziej zaskakujące jest to, że kiedy patrzę z perspektywy kilku dni, wszystko układa się w piękną mozaikę. Wygląda na to, że Pan Bóg zrobił mi prezent w postaci miłego dnia.

Pan Heyes od Podstaw Ekonomii cieszył się, kiedy powiedziałem mu, że czytam klasyków ekonomii i że to dobrze, bo warto znać korzenie. On też kiedyś musiał to czytać.

Nawet ćwiczenia z matematyki były inne niż zwykle. Pani Włoszka powiedziała, że musimy zmienić system, żeby uczniowie byli bardziej aktywni (tzn. w ogóle aktywni). Dlatego też będziemy podchodzili do tablicy i rozwiązywali zadania sami. "We'll ask you to come to the board and solve some tasks in a really of course relaxing way". Później zaczęło się przypomnienie wykładu. I jakoś żal mi się zrobiło i Pani Włoszki i wszystkich uczniów. Bo mur milczenia stoi jak stał. Odpowiedziałem więc kilka razy na oczywiste pytania i zapewne dlatego zostałem pierwszym "ochotnikiem", który miał rozwiązać zadanie na tablicy. Pani Włoszka, chcąc utrzymać kontakt z klasą, pytała co chwilę - wiecie skąd to się wzięło? Klasa milczała, więc podpowiedziałem: "It's magic!" i od razu zrobiło się przyjemniej. Potem mieliśmy skonsultować w parach zadanie - dzięki temu poznałem siedzącego obok Kamila z Azerbejdżanu. On był następnym, który poszedł do tablicy. Oczywiście "in a very relaxing way". Gdybyż tu był prof. Raczkowski...albo prof. Kubis...

Chór też różnił się od cotygodniowej próby. Śpiewaliśmy "Hallelujah" L.Cohena i bardzo ładnie nam wychodziło. Potem, zanim zdążyłem się zorientować, zostałem zaproszony na spotkanie-kolację naszego chóru. W restauracji było całkiem elegancko - kremowe serwety na brązowych stołach, poblask świateł i przytulne wnętrze. Przed każdym leżała kartka z menu - 2 dania i dodatek do wyboru spośród 4 opcji. Wziąłem zupę (już niemal zapomniałem jak smakuje!) oraz makaron - włoski, nie tescowski. Przy okazji porozmawiałem z Amerykanką nieco o jej kraju. Było miło.

Tak, to był faktycznie fajny dzień.

Dzień 99 - niedziela

Ojciec Vlad miał dziś urodziny. Złożyliśmy mu życzenia i bardzo się ucieszył. Później poszliśmy na herbatę i ciasteczka i porozmawiałem sobie ze Słowakiem o tym, czy u nich też się ściąga. Powiedział, że tak i to jeszcze jak! Potem wróciłem do pokoju i zjadłem kawałek czekolady, gdyż byłem głodny. Później poszedłem na karate. Trening był męczący, a sensei powiedział, że muszę ćwiczyć żeby nie być spiętym i sztywnym. I jeszcze że muszę szerzej stawiać nogi. Powiedział mi to, ale sam tak nie robi.

Kiedy wróciłem to zrobiłem sobie obiad. Zlew znów był zatkany ugotowanym makaronem. W chwilę później przyszedł ten, który tak nabrudził, więc powiedziałem mu co myślę o tym. Przeprosił i zaproponował mi warzywa z puszki, bo on już nie chciał jeść. Wziąłem i dzięki temu kasza zrobiła się smaczniejsza.

Wieczorem znowu musiałem podłożyć koc pod szparę w drzwiach, bo od sąsiadów przylatywał dym. Potem jeszcze sobie poczytałem i poszedłem spać.

Dzień 98 - sobota

Nic ciekawego się nie działo. Minęła mi sobota zgodnie z planem:
  • nauka
  • wieczór spędzony na gadaniu

Trening piątkowy

Wieczór. Gorączka piątkowej nocy. Puby pełne, kluby zapełnione, imprezy ludźmi wypełnione. Inni siedzą i odpoczywają po ciężkim tygodniu. Natomiast grupka szaleńców w białych kostiumach zbiera się osiedlowym domu kultury.

Najpierw przez kwadrans w ogóle nic nie robią. Przeciągają się tylko w jedną i drugą stronę, stękając przy tym boleśnie. Wykrzywione w grymasie twarze i dziwne pozycje sprawiają komiczne wrażenie. Rozkraczają nogi jak gdyby chcieli rozerwać się na pół i drżą w miarę jak mijają kolejne sekundy.

Później ustawiają się w dwóch szeregach i na komendę chodzą z miejsca na miejsce, wymachując dziwnie rękami. Czasem któryś coś krzyknie - ni to strasznie, ni zabawnie. Jeden chodzi wokół i poprawia pozycje i ruchy. Powtarzają to samo kilka razy, mimo że każdy robi to identycznie.

Potem jeden z nich odchodzi na bok i wyciąga z torby 2 pary rękawic. Rzuca je do ćwiczących. Wszyscy ustawiają się w narożnikach dużego kwadratu i siadają na klęcząco. Ci, którzy złapali, wychodzą na środek i kłaniają się sobie. Zaraz potem jednak jeden atakuje drugiego! Przesuwają się po wyznaczonym polu, co rusz wyprowadzając atak lub broniąc się. Mija minuta i następuje zmiana. Walczący zamieniają się rękawicami i miejscami i rozpoczyna się kolejna walka.

Po pół godzinie wszyscy sapali. Mimo to każdy wyglądał na bardzo zadowolonego.

Dzień 97 - piątek

Prawo. Cóż to jest Prawo? Czy należy go przestrzegać zawsze i za wszelką cenę? Wielcy moraliści i teoretycy państwa zgodnie pokiwają głową. Ekonom zaś uśmiechnie się cynicznie pod nosem i nic nie powie.

Co, jeśli koszt sprawiedliwości jest większy niż szkoda wyrządzona przez nieprawość? Czy warto, czy opłaca się, nie bacząc na wydatki, ścigać wykroczenia?

Takie to pytania rozbrzmiewały w sali, kiedy rozważaliśmy ekonomiczne aspekty prawa. Na szczęście podkreślone zostało, że cena działań sądowych to także wartość niewymiernego "społecznego porządku" i "respektowania prawa" w społeczeństwie. Więc jednak warto żyć w państwie prawa...