Dzień 100 - poniedziałek
100 dni...jak Napoleon po ucieczce z Elby...moje dni nie były zapewne tak spektakularne jak jego, nie napiszą o tym książek ani podręczników, ale myślę, że pozostaną na długo w moich wspomnieniach.
Szczerze mówiąc, coś mi się musiało pomylić, bo sądziłem że 100 dzień wypadnie w wigilię moich urodzin. Pewnie pomyliłem tygodnie...ale bardziej zaskakujące jest to, że kiedy patrzę z perspektywy kilku dni, wszystko układa się w piękną mozaikę. Wygląda na to, że Pan Bóg zrobił mi prezent w postaci miłego dnia.
Pan Heyes od Podstaw Ekonomii cieszył się, kiedy powiedziałem mu, że czytam klasyków ekonomii i że to dobrze, bo warto znać korzenie. On też kiedyś musiał to czytać.
Nawet ćwiczenia z matematyki były inne niż zwykle. Pani Włoszka powiedziała, że musimy zmienić system, żeby uczniowie byli bardziej aktywni (tzn. w ogóle aktywni). Dlatego też będziemy podchodzili do tablicy i rozwiązywali zadania sami. "We'll ask you to come to the board and solve some tasks in a really of course relaxing way". Później zaczęło się przypomnienie wykładu. I jakoś żal mi się zrobiło i Pani Włoszki i wszystkich uczniów. Bo mur milczenia stoi jak stał. Odpowiedziałem więc kilka razy na oczywiste pytania i zapewne dlatego zostałem pierwszym "ochotnikiem", który miał rozwiązać zadanie na tablicy. Pani Włoszka, chcąc utrzymać kontakt z klasą, pytała co chwilę - wiecie skąd to się wzięło? Klasa milczała, więc podpowiedziałem: "It's magic!" i od razu zrobiło się przyjemniej. Potem mieliśmy skonsultować w parach zadanie - dzięki temu poznałem siedzącego obok Kamila z Azerbejdżanu. On był następnym, który poszedł do tablicy. Oczywiście "in a very relaxing way". Gdybyż tu był prof. Raczkowski...albo prof. Kubis...
Chór też różnił się od cotygodniowej próby. Śpiewaliśmy "Hallelujah" L.Cohena i bardzo ładnie nam wychodziło. Potem, zanim zdążyłem się zorientować, zostałem zaproszony na spotkanie-kolację naszego chóru. W restauracji było całkiem elegancko - kremowe serwety na brązowych stołach, poblask świateł i przytulne wnętrze. Przed każdym leżała kartka z menu - 2 dania i dodatek do wyboru spośród 4 opcji. Wziąłem zupę (już niemal zapomniałem jak smakuje!) oraz makaron - włoski, nie tescowski. Przy okazji porozmawiałem z Amerykanką nieco o jej kraju. Było miło.
Tak, to był faktycznie fajny dzień.
Szczerze mówiąc, coś mi się musiało pomylić, bo sądziłem że 100 dzień wypadnie w wigilię moich urodzin. Pewnie pomyliłem tygodnie...ale bardziej zaskakujące jest to, że kiedy patrzę z perspektywy kilku dni, wszystko układa się w piękną mozaikę. Wygląda na to, że Pan Bóg zrobił mi prezent w postaci miłego dnia.
Pan Heyes od Podstaw Ekonomii cieszył się, kiedy powiedziałem mu, że czytam klasyków ekonomii i że to dobrze, bo warto znać korzenie. On też kiedyś musiał to czytać.
Nawet ćwiczenia z matematyki były inne niż zwykle. Pani Włoszka powiedziała, że musimy zmienić system, żeby uczniowie byli bardziej aktywni (tzn. w ogóle aktywni). Dlatego też będziemy podchodzili do tablicy i rozwiązywali zadania sami. "We'll ask you to come to the board and solve some tasks in a really of course relaxing way". Później zaczęło się przypomnienie wykładu. I jakoś żal mi się zrobiło i Pani Włoszki i wszystkich uczniów. Bo mur milczenia stoi jak stał. Odpowiedziałem więc kilka razy na oczywiste pytania i zapewne dlatego zostałem pierwszym "ochotnikiem", który miał rozwiązać zadanie na tablicy. Pani Włoszka, chcąc utrzymać kontakt z klasą, pytała co chwilę - wiecie skąd to się wzięło? Klasa milczała, więc podpowiedziałem: "It's magic!" i od razu zrobiło się przyjemniej. Potem mieliśmy skonsultować w parach zadanie - dzięki temu poznałem siedzącego obok Kamila z Azerbejdżanu. On był następnym, który poszedł do tablicy. Oczywiście "in a very relaxing way". Gdybyż tu był prof. Raczkowski...albo prof. Kubis...
Chór też różnił się od cotygodniowej próby. Śpiewaliśmy "Hallelujah" L.Cohena i bardzo ładnie nam wychodziło. Potem, zanim zdążyłem się zorientować, zostałem zaproszony na spotkanie-kolację naszego chóru. W restauracji było całkiem elegancko - kremowe serwety na brązowych stołach, poblask świateł i przytulne wnętrze. Przed każdym leżała kartka z menu - 2 dania i dodatek do wyboru spośród 4 opcji. Wziąłem zupę (już niemal zapomniałem jak smakuje!) oraz makaron - włoski, nie tescowski. Przy okazji porozmawiałem z Amerykanką nieco o jej kraju. Było miło.
Tak, to był faktycznie fajny dzień.

2 Comments:
"It's magic!" --> CHA +2. :)
To "it's magic" przypomina mi tłumaczenie przez pana Tarasewicza Asyryjskiej Listy Królów i zapisów pożyczkowych po akadyjsku... do tej pory nie wiem skąd naprawdę się wzięło "PN1 sza ina muhhi PN2" pewnie już się nie dowiem... It's magic ;)
Prześlij komentarz
<< Home