Dzień 104 - piątek
Powiem szczerze - zaczyna mi brakować formy. Czuję, jakbym wszystko już przeszedł, każdą formę już sobą wypełnił. Na te, które zostały, nie jestem jeszcze gotów. Dlatego dziś napiszę po prostu normalnie. Zwykle. Przeciętnie.
Ten piątek zaczął się bardzo niezwykle. Już o 10 byłem na Wydziale Psychologii. Byłem tam umówiony na eksperyment. Pojawił się jeszcze drugi uczestnik i zaczęliśmy eksperyment. Na ochotnika zgłosiłem się na tego, który będzie królikiem doświadczalnym. Pani prowadząca posadziła nas naprzeciwko siebie przed jedną klawiaturą i podłączyła do palców czujniki. Potem przyciągnęła wielką maszynę do rezonansu magnetycznego i zapowiedziała, że nic nie będzie boleć. Kiedy zrobiliśmy próbę, poczułem się bardzo dziwnie - moja ręka ruszała się niezależnie ode mnie! Drgała co pół sekundy jak gdybym chorował na chorobę Parkinsona albo za dużo wypił. Przypomniał mi się wtedy profesor Raczkowski, mówiący: "Dlaczego mi rąsia zadrżała jak to pisałem? I nie dlatego, że wczoraj za dużo wypiłem?". W każdym razie celem eksperymentu było zbadanie, jak pójdzie nam współpraca przy naciskaniu klawiszy, zarówno w warunkach normalnych, jak i utrudnionych przez drżenie mojej dłoni. Prób odbyło się 100, w 30 losowo wybranych pani raziła mnie falą elektromagnetyczną w biceps, przez co naciskanie stało się dużo trudniejsze. Samo to uczucie było o tyle dziwne, że nie czułem ani fali, która to powodowała, ani nawet niczego w mięśniu, który tę falę odbierał. Tylko dłoń, która samowolnie i niezależnie ode mnie drżała. Niesamowite wrażenie! Po pół godzinie eksperyment się skończył, pani nam podziękowała, wręczyła 10 funtów i tak się pożegnaliśmy. Trochę nie w porządku się czuję wobec ludzi, którzy muszą tutaj np. przez 2 godziny podawać drinki albo zbierać szklanki ze stołów (nie mówiąc już o tych, którzy muszą na to pracować kilkanaście godzin), ale z drugiej strony - skoro jest okazja żeby zarobić, dlaczego jej nie wykorzystać? Chwilę później siedziałem już w jednym z przednich rzędów sali wykładowej w starym budynku Zamczyska. Na ekranie wyświetlił się tytuł wykładu, a przede mną znalazło się ksero. Na obu było to samo: "Wprowadzenie do ekonomii eksperymentalnej". Ucieszyłem się bardzo, bo czytałem na ten temat całą książkę i pisałem (też) o tym mój esej. Wprawdzie nie dowiedziałem się niczego nowego, ale za to kiedy pan powiedział: "Teraz zagramy w małą grę. Potrzebuję 2 ochotników", moja ręka już była w górze. Żeby było śmieszniej, jako druga osoba zgłosiła się Costanza. Obaj byliśmy na eksperymencie ekonomicznym, o którym kiedyś pisałem i mieliśmy już do czynienia z tą "Ultimatum Game". Wykładowca zajrzał do portfela i powiedział, że ma 4 funty drobnych, które mi daje, ja zaś mam podzielić je między siebie i Costanzę. Jeśli jej się podział nie spodoba, odrzuci go i obaj nic nie dostaniemy. Zastanowiłem się przez chwilę co napisać na kartce. 3 do 1? Czyli że 25%? Może trochę mało...zatem 1,50 do 2,50. Okazało się, że Costanza jako mininalną stawkę postawiła właśnie 1,50! Po wykładzie zapytałem wykładowcę o pojęcie altruizmu w ekonomii, ale za dużo mi nie powiedział. Po piątkowym obiedzie składającym się z najbardziej tradycyjnych brytyjskich dań: fish'n'chips'baked beanz przyszedł czas na hiszpański. Zaczęliśmy drugi czas przeszły i ogólnie jest fajnie. Pewnie się powtarzam, ale naprawdę się cieszę z hiszpańskiego. I staram się do niego przykładać, więc może za jakiś czas coś z tego będzie...w hiszpańskim (i południowoamerykańskim!) autostopie pewnie bym już dokądś dojechał, ale przecież chodzi o coś więcej. Na treningu było fajnie - tak jak tydzień temu ćwiczyliśmy kombinację ciosów (teraz już 4) - bardzo nienaturalną dla ruchów ciała, ale równie zaskakującą dla przeciwnika. A później - tak jak tydzień temu - przyszedł czas na sparingi. Tym razem bez rękawic i bez kopnięć. Ale i tak było bardzo fajnie. Udało mi się nawet kilka razy trafić Kela (brązowy pas). Inna dziewczyna z kolei powiedziała, że uderzam za mocno. Konsultowałem to po treningu z Charlą, bo faktycznie mnie to zaniepokoiło - może moje "lekko" to dla innych "za mocno"? Ale Charla uspokoiła mnie, że w walce ze mną nie odczuła, żeby to było za mocno. Co więcej, powiedziała, że mógłbym startować w zawodach dla najniższych stopni. Mam niby wielki atut, jakim jest wzrost i długość rąk i nóg - mogę trafić przeciwnika zanim ten podejdzie wystarczająco blisko, żeby trafić mnie. I faktycznie się to tego wieczora sprawdzało. Kto wie. może nawet spróbuję, tak żeby zobaczyć chociaż jak to jest w "prawdziwej walce".
Ten piątek zaczął się bardzo niezwykle. Już o 10 byłem na Wydziale Psychologii. Byłem tam umówiony na eksperyment. Pojawił się jeszcze drugi uczestnik i zaczęliśmy eksperyment. Na ochotnika zgłosiłem się na tego, który będzie królikiem doświadczalnym. Pani prowadząca posadziła nas naprzeciwko siebie przed jedną klawiaturą i podłączyła do palców czujniki. Potem przyciągnęła wielką maszynę do rezonansu magnetycznego i zapowiedziała, że nic nie będzie boleć. Kiedy zrobiliśmy próbę, poczułem się bardzo dziwnie - moja ręka ruszała się niezależnie ode mnie! Drgała co pół sekundy jak gdybym chorował na chorobę Parkinsona albo za dużo wypił. Przypomniał mi się wtedy profesor Raczkowski, mówiący: "Dlaczego mi rąsia zadrżała jak to pisałem? I nie dlatego, że wczoraj za dużo wypiłem?". W każdym razie celem eksperymentu było zbadanie, jak pójdzie nam współpraca przy naciskaniu klawiszy, zarówno w warunkach normalnych, jak i utrudnionych przez drżenie mojej dłoni. Prób odbyło się 100, w 30 losowo wybranych pani raziła mnie falą elektromagnetyczną w biceps, przez co naciskanie stało się dużo trudniejsze. Samo to uczucie było o tyle dziwne, że nie czułem ani fali, która to powodowała, ani nawet niczego w mięśniu, który tę falę odbierał. Tylko dłoń, która samowolnie i niezależnie ode mnie drżała. Niesamowite wrażenie! Po pół godzinie eksperyment się skończył, pani nam podziękowała, wręczyła 10 funtów i tak się pożegnaliśmy. Trochę nie w porządku się czuję wobec ludzi, którzy muszą tutaj np. przez 2 godziny podawać drinki albo zbierać szklanki ze stołów (nie mówiąc już o tych, którzy muszą na to pracować kilkanaście godzin), ale z drugiej strony - skoro jest okazja żeby zarobić, dlaczego jej nie wykorzystać? Chwilę później siedziałem już w jednym z przednich rzędów sali wykładowej w starym budynku Zamczyska. Na ekranie wyświetlił się tytuł wykładu, a przede mną znalazło się ksero. Na obu było to samo: "Wprowadzenie do ekonomii eksperymentalnej". Ucieszyłem się bardzo, bo czytałem na ten temat całą książkę i pisałem (też) o tym mój esej. Wprawdzie nie dowiedziałem się niczego nowego, ale za to kiedy pan powiedział: "Teraz zagramy w małą grę. Potrzebuję 2 ochotników", moja ręka już była w górze. Żeby było śmieszniej, jako druga osoba zgłosiła się Costanza. Obaj byliśmy na eksperymencie ekonomicznym, o którym kiedyś pisałem i mieliśmy już do czynienia z tą "Ultimatum Game". Wykładowca zajrzał do portfela i powiedział, że ma 4 funty drobnych, które mi daje, ja zaś mam podzielić je między siebie i Costanzę. Jeśli jej się podział nie spodoba, odrzuci go i obaj nic nie dostaniemy. Zastanowiłem się przez chwilę co napisać na kartce. 3 do 1? Czyli że 25%? Może trochę mało...zatem 1,50 do 2,50. Okazało się, że Costanza jako mininalną stawkę postawiła właśnie 1,50! Po wykładzie zapytałem wykładowcę o pojęcie altruizmu w ekonomii, ale za dużo mi nie powiedział. Po piątkowym obiedzie składającym się z najbardziej tradycyjnych brytyjskich dań: fish'n'chips'baked beanz przyszedł czas na hiszpański. Zaczęliśmy drugi czas przeszły i ogólnie jest fajnie. Pewnie się powtarzam, ale naprawdę się cieszę z hiszpańskiego. I staram się do niego przykładać, więc może za jakiś czas coś z tego będzie...w hiszpańskim (i południowoamerykańskim!) autostopie pewnie bym już dokądś dojechał, ale przecież chodzi o coś więcej. Na treningu było fajnie - tak jak tydzień temu ćwiczyliśmy kombinację ciosów (teraz już 4) - bardzo nienaturalną dla ruchów ciała, ale równie zaskakującą dla przeciwnika. A później - tak jak tydzień temu - przyszedł czas na sparingi. Tym razem bez rękawic i bez kopnięć. Ale i tak było bardzo fajnie. Udało mi się nawet kilka razy trafić Kela (brązowy pas). Inna dziewczyna z kolei powiedziała, że uderzam za mocno. Konsultowałem to po treningu z Charlą, bo faktycznie mnie to zaniepokoiło - może moje "lekko" to dla innych "za mocno"? Ale Charla uspokoiła mnie, że w walce ze mną nie odczuła, żeby to było za mocno. Co więcej, powiedziała, że mógłbym startować w zawodach dla najniższych stopni. Mam niby wielki atut, jakim jest wzrost i długość rąk i nóg - mogę trafić przeciwnika zanim ten podejdzie wystarczająco blisko, żeby trafić mnie. I faktycznie się to tego wieczora sprawdzało. Kto wie. może nawet spróbuję, tak żeby zobaczyć chociaż jak to jest w "prawdziwej walce".

1 Comments:
Spróbuj! Polscy studenci będą trzymać mac... kciuki.
Prześlij komentarz
<< Home