The Conquest of England

Relacje z frontu na Wyspach.

Nazwa:
Lokalizacja: Poland

czwartek, lutego 22, 2007

Dzień 109 - środa

Czasem zastanawiam się, czy to życie się zmienia w okresie studiów, czy sam student. Weźmy choćby taki przykład: gdybym prowadził tego bloga rok temu, zapewne opisałbym ten dzień jak większość innych: od rana do popołudnia jestem w szkole, a po powrocie do domu odrabiam zadania i idę spać. A tutaj? Wręcz przeciwnie - czyż posty o dniach spędzonych nad książkami nie należą do rzadkości? Czuję się trochę zagubiony - wiem, że robie tu tyle, ile ode mnie wymagają, może troszkę więcej. Ale mimowolnie cały czas porównuję to z ogromem pracy, jaki muszą wykonać polscy studenci i czuję się zażenowany i zacofany. I chociaż mam tu czas, żeby "poszerzać horyznoty" i "wszechstronnie się rozwijać". co z resztą z przyjemnością robię, to jednak coś mnie niepokoi - czy to wszystko nie jest tylko zabawą w piaskownicy, mirażem wyobraźni wypełnionej opowieściami i legendami bądź rozdmuchanym ego, kiedy tam - na zewnątrz - czeka trudny i poważny świat?

Cóż bowiem dziś robiłem?

Hiszpański - ale to przecież bardziej hobby niż poważna dyscyplina naukowa.

Religie i konflikty - ciekawe to, ale do czego mi się w życiu przyda? Czy nie warto bardziej uczyć się dodatkowo języka czy zgłębiać główny przedmiot moich studiów?

Karate - moim największym oczekiwaniem i niepokojem w nadchodzących tygodniach są nie 2 sprawdziany z ekonomii, ale zdawanie z karate pomiędzy nimi...zdrowo to tak?

Kuchnia: najpierw przypaliłem doszczętnie kaszę, do zaczytałem się w pokoju i garnek jest teraz dwukolorowy, potem z Benedine zrobiliśmy 2 ciasta, brownie i jabłkowe. Fajnie, prawda? Ale nie da się mieć w życiu czasu na wszystko co fajne, a chowanie tego pod maską umiejętności czy doświadczenia nie jest szczególnie przekonujące...

Wieczór - Wan Yung, wracając z pracy, puka do moich drzwi, a że zwykle jeszcze nie śpię, rozmawiamy o różnych bzdurach - np. kreskówkach z dzieciństwa.

Tak, właśnie tak wyobrażałem sobie życie studenckie - nieprzewidziane, zmienne, szalone i wyjątkowe. "lata młodości", "niepowtarzalny okres" przeżywam w dużej mierze tak jak bym chciał - ale czy tak jak powinienem? Inni pracują, poświęcają się swojej dziedzinie lub specjalizują i pogłębiają swoją pasję, zdobywają referencje i pożyteczne wpisy do CV, a ja? Co nastąpi, kiedy za 3 czy 5 lat staniemy (bo chyba tak będzie) w szranki o pracę?

Ale z drugiej strony - czy rzeczywiście połowa drugiego semestru pierwszego roku to właściwy czas, żeby się martwić? Jeśli któryś rok na tej uczelni ma być luźny i własny, to chyba najbardziej ten, nie inny. A poza tym - dać się wciągnąć w wyścig, "biec do pociągu, który już zaraz odjeżdża" - czy to jedyne sposoby na życie w naszym świecie czy może jedynie wszechogarniająca propaganda sukcesu?

Bo co tak naprawdę liczy się w wielkim finale życia? Sukcesy? Umiejętności? Czy nie bardziej liczą się ludzie i to, ile dla nich siebie wypaliliśmy?

2 Comments:

Anonymous Anonimowy said...

"Inni pracują, poświęcają się swojej dziedzinie lub specjalizują i pogłębiają swoją pasję, zdobywają referencje i pożyteczne wpisy do CV, a ja? Co nastąpi, kiedy za 3 czy 5 lat staniemy (bo chyba tak będzie) w szranki o pracę?"

Nie rób jaj (z pogrzebu, jak to mawia OP.) Chyba, że to ironicznie? :)

10:37 AM  
Anonymous Anonimowy said...

Albo zapisz się na Oxford externistycznie, w wolnych chwilach lub po południu.....

9:00 PM  

Prześlij komentarz

<< Home