The Conquest of England

Relacje z frontu na Wyspach.

Nazwa:
Lokalizacja: Poland

czwartek, lutego 22, 2007

Dzień 111, 112, 113 - piątek, sobota, niedziela

- Mike?
- Tak?- Czy my będziemy daleko od szczytu Snowdon?
- Tak, to jest w południowej części tych gór. Będziemy za to chodzić po Cadair Idris.
- Opowiedz mi o Cadair Idris…
- Cadair Idris to po walijsku krzesło lub tron Idrisa. Idris to według wierzeń gigant, który mieszka w tych górach. Lokalni mieszkańcy wierzyli, że przechadza się on ze sforą swoich straszliwych białych psów. Każdy, kto je zobaczy, jest stracony, a ogary natychmiast porywają jego duszę do piekła. Dlatego też, kiedy słyszeli zawodzenie wilków czy ujadanie psów, zakładali na głowy papierowe torby.
- Czytałem, że ludzie wierzą w magiczną moc tych wzgórz, że każdy, kto prześpi się na zboczach tych gór obudzi się albo jako szaleniec, albo wieszcz.
- To prawda. Mówią też, że tutejsze jeziora są bez dna. Dużo jest tych legend, ale ja nie pamiętam wiele…

Po drodze zaczął padać śnieg.

Byłem chyba jedynym, który cieszył się tylko trochę. Tutaj śnieg należy bowiem do rzadkości i kiedy już spadnie, wszystko zostaje sparaliżowane. Zima zaskakuje drogowców nawet bardziej niż u nas.

- To dziwne, żeby po takich małych opadach wstrzymywać pociągi…
- W tym kraju mógłbyś upuścić lody na ulicę i wszystko staje. Normalnie jesteśmy przyzwyczajeni do deszczy, więc kiedy spada śnieg, nikt nie wie co robić.

Jadąc po walijskich drogach mija się często tabliczki w dwóch językach – angielskim i tutejszym, starym językiem Walii. Ten drugi, przepełniony tajemniczymi głoskami jak „cwm”, „hll”, „dwr” czy „ngh” sprawia, że nazwy miejscowości trudno wymówić nawet anglikom. Wszyscy jednak znają walijski odpowiednik „slow” – „arat”, umieszczane na każdej szosie obok siebie.

Późną nocą dojechaliśmy na miejsce. Schronisko, położone w malutkiej dolince przepływającego tuż obok potoku, było wsparte na wzgórzu i osłonięte drzewami. Gdzieś niedaleko szczekał pies, a księżyc gdzieniegdzie przebijał się przez zachmurzone niebo. Mimo zmęczenia i późnej pory warto było na chwilę zatrzymać się i wziąć głęboki, orzeźwiający oddech.

Następnego dnia wyruszyliśmy na szlak. Niektórzy chcieli wejść na „szczyt” – niemal poziomą grań łączącą kilka szczytów. Po jednej stronie rozciąga się tam łagodnie opadający stok, po drugiej zaś – niemal pionowa ściana doliny wyżłobionej tysiące lat temu przez lodowiec.

Phil wybrał dla nas jednak inną trasę. Skierowaliśmy się do tutejszego Czarnego Stawu, jeziora wtulonego w zbocze pod szczytem. Po kilku godzinach spokojnego marszu grupa podzieliła się na dwie części - jedni wrócili do schroniska, my natomiast, już w mniejszej grupie, szliśmy naprzód. Ścieżka właściwie zanikła pod niewielką warstwą białego puchu, gdy razem z Philem prowadziliśmy - on zdając się na kompas i azymut, ja natomiast na wyczucie.

Po trzydziestu minutach przecierania szlaku Phil zatrzymał się i zwołał naradę.

- Przeszliśmy na razie tyle - powiedział, wskazując palcem mniej więcej połowę drogi od rozdzielenia się. Nachylone blisko głowy pokiwały ze zrozumieniem.
- Śnieg utrudnia nam marsz, bo nie bardzo widać ścieżkę. Poza tym zrobiła się mgła, więc raczej nie ma sensu ryzykować.

Większość znów pokiwała głowami i tym samym podjęta została decyzja o odwrocie. Za sobą pozostawialiśmy owianą chmurami tajemniczą grań i niedostępne, skryte gdzieś za wzgórzem górskie jezioro.


Walia położona jest po zachodniej stronie wyspy. Owiewana przez morskie wiatry, wilgotna i zmienna Snowdonia pozwala na to, by na szczytach tutejszych gór wiosną zakwitały wrzosy, zaś w polodowcowych dolinach cały teren pokrywała zielona warstewka mchu. W tym magicznym miejscu dokonuje się cudna gra kolorów - brązowe i złociste stoki górują nad wiecznie zielonymi dolinami. Wszystko zaś, niczym doskonały obraz Rembrandta, upiększone jest jeszcze światłocieniem z chmur i słońca.

Właśnie takie oblicze odsłoniła przed nami Walia w niedzielę, chcąc jakby wynagrodzić porażkę i trud dnia poprzedniego. Raz jeszcze wyruszyliśmy, żeby dotrzeć na wyżyny. Tym razem udało się i wędrując razem ze słońcem dotarliśmy do położonego między dwoma wzgórzami jeziora. Leżeliśmy na posłaniu z wrzosów i patrzyliśmy, nie mogąc się nasycić pięknem krajobrazu.

Podczas kiedy ja robiłem zdjęcia, Anglicy spędzali czas na zabawie w śniegu - największej atrakcji, jaką tutaj odnaleźli. Zadziwiające, jak trochę białego puchu z dorosłych robi na powrót dzieci...


Warto zawitać do Cadair Idris, choćby i na dwa dni. Przy odrobinie szczęścia i dobrej pogody można odbyć słuszną wędrówkę i poznać urocze, przesycone celtyckim duchem i tajemnicą miejsca, na mapach opisane jedynie sucho jako: "National Park Snowdon".

5 Comments:

Anonymous Anonimowy said...

zajebiste zdjęcia Wojteck!

3:15 PM  
Blogger Wojtek said...

Dzieki!

Zapomnialem dodac, ale zdjecia 6, 7, 8, 9, 11, 12, 13 zrobila kolezanka:)

4:07 PM  
Blogger Staszek said...

Najlepsze to ze śnieżkami. Ale reszta też zarządza. :)

9:13 PM  
Blogger Staszek said...

Update: czy to supermutanty są do tego stopnia niewrażliwe na zimno, czy też w ogóle było tak ciepło, że wystarczył sweter? ;-)

9:17 PM  
Anonymous Anonimowy said...

to pogratuluj jej bo 6,7 i 9 sa naprawde dobre

6:46 PM  

Prześlij komentarz

<< Home