The Conquest of England

Relacje z frontu na Wyspach.

Nazwa:
Lokalizacja: Poland

poniedziałek, lutego 26, 2007

Podróż

"Welcome aboard to the Southwest Train Service to London Waterloo. This is Egham and the next station is Staines."
"Please mind the gap between the train and the platform edge."
"This is the thirteen fifty seven Southwest Train to London Waterloo, calling at: Staines, Twickenham, Feltham, Richmond, Clapham Junction and London Waterloo."

Podróż to opuszczenie bezpiecznego świata który się zna i wyjście naprzeciw nieznanemu - obcym miejscom i Innym, którzy je zamieszkują. Tak jest za każdym razem. Z biegiem czasu jednak wizyty w tych samych miejscach, podróże przez takie same miasta powszednieją i wydają się być już dobrze znane - jak podwórko z dziecięcych lat czy "tajne" zakamarki szkoły. Nawet głos płynący z głośników w poczekalni zapada mimowolnie w pamięć. Podróżnik wtapia się w otoczenie wokół niego, nie zawsze jednak świadomie. Czasem zmiana przychodzi niezauważenie - zachowanie, sposób bycia, który cechuje tłum czy choćby obojętność wobec otaczającej przestrzeni biorą górę i na krótki czas niczym niewidzialne okowy krępują podróżnika, sprawiając, że pozornie staje się on "jednym z nich".

Tak właśnie jest w londyńskim metrze. Można tutaj minąć w jednej sekundzie ludzi z kilku kontynentów, ludzi, w których przecież zawierają się tak różne i bogate kultury! Całe narodowe bogactwo przepływa tutaj każdego dnia, nie pozostawiając po sobie śladu, więcej nawet - nie wzbudzając już niczyjego zainteresowania! Gdyby nie kolor skóry, można by powiedzieć, że króluje tutaj jedna rasa - londyńczycy: kosmopolici, imigranci, ci, którzy wyrzekli się swojej kultury oraz Brytyjczycy, zespoleni wszyscy w jeden pędzący tłum.

Właśnie ten pęd, który czuje się niemal namacalnie, nawet przemierzając puste podziemne korytarze. Duszne powietrze podziemnego świata jest jak oddech Ziemi, dochodzący z jej trzewi - orzeźwia i przytłacza zarazem. Kiedy zjeżdżam schodami na niższą stację słychać tylko świst nadjeżdżającego, pędzącego pociągu. Ktoś w pędzie wyprzedza mnie, więc i ja chwytam walizkę i pędzę za nim. Wsiadam i drzwi się zamykają. Metro rusza z pędem przez głębokie tunele.

Stacje metra to wyspy w podziemnym oceanie. Pociągi, niczym żywy organizm, niczym serce miasta pędzą między nimi. W tym najruchliwszym z miejsc ludzie są jednak bardzo bierni. Tutaj, gdzie wzroku Innego nie można uniknąć, każdy wpatrzony jest w książkę lub ekran telefonu, bądź też zamyka oczy i pogrąża się w muzyce płynącej z iPoda. Tylko dzieci przerywają czasem te ściany milczenia, płacząc lub głośno wołając do swoich rodziców. Ale ich głos i tak ginie w szczęku i stukocie kół i pędzie wagonu.

Na dużych stacjach można czasem minąć grajka. Muzyka łagodzi napięte nerwy i zmęczenie wywołane przez zgiełk na stacjach. Mimo to każdy tak bardzo sie spieszy, że siedzący spokojnie podziemny bard jest niczym przybysz z innego świata. Kiedy się zatrzymałem, żeby przez chwilę go posłuchać, na moment przeniosłem się do tej niezwykłej oazy spokoju.

W metrze każdego dnia mijają się miliony ludzi, ubranych na wszelkie możliwe sposoby. Cóż z tego, kiedy każdy z nich mimowolnie zakłada taką samą maskę pasażera, kryjąc za nią swoją prawdziwą osobowość?