The Conquest of England

Relacje z frontu na Wyspach.

Nazwa:
Lokalizacja: Poland

sobota, września 30, 2006

Refleksja

Więc to już tydzień...tyle rzeczy się wydarzyło przez ten czas, tyle nowych twarzy przemknęło przed oczami. Jest w tym wszystkim coś jakby zaczynanie życia od nowa - nowe miejsce, nowi ludzie, nowy język i kultura wreszcie. Oczywiście,że towarzyszył temu niepokój i napięcie - jak się odnajdę? Jakich ludzi spotkam? Czy nie będę żałował? Prawdę mówiąc, człowiek z biegiem czasu wcale nie odpowiada sobie na te pytania. Zapomina o nich, bo przestają się go tyczyć.

Ktoś z was może powie - spodobało mu się, pewnie już tam zostanie. A ja myślę, że nie. Chociaż to pewnie trochę za wcześnie na ferowanie wyroków.

Rozmowa Dnia

Spotkałem jakiegoś Anglika. Nazywał się Muhammad. Rozmowa zeszła na sąsiadów:

Muhammad: I've got a neighbour next door and he is like drunk 24 a day, always drinking or always on high...
Ja: Oh...
Muhammad: I also met some Asian people, but the don't speak English AT ALL...

Rozmowa Dnia II

Powitalny bankiet dla Wydziału Ekonomii. Rozmawiam z jakąś Azjatką:

Ja: So where do you come from?
Azjatka: I am from Birma.
Ja: Oh, Birma! Wait a minute, is your capital Rangun?
Azjatka: Oh, yes! Oh, you're so smart!
Ja: ...

Dzień 7 - piątek

Wstałem.
Poszedłem na bankiet Departamentu Ekonomii.
Porozmawiałem z ludźmi.
Kupiłem podręcznik.
Wróciłem.
Zrobiłem obiad.
Uzupełniłem blog.
Idę spać.

Kręć z Wojtkiem

Drodzy Czytelnicy! Dzisiejszym odcinku Praktycznych Porad Wujka Wojtka dowiemy się, jak skutecznie i w zgodzie z najświeższymi trendami skręcać papierosy.

Będą nam potrzebne:
- trochę tytoniu
- specjalne małe filtry
- bibułka

Na początku wyjmujemy wszystkie elementy na stół, koniecznie marką w stronę rozmówców. Wskazane jest chwilę poczekać, by mieć pewność, że zauważyli nasz markowy gatunek. Później kładziemy bibułkę przed sobą i nakładamy tytoń. Trzeba tu pamiętać o tym, by nie nałożyć za dużo, bo rozsypanie ziela równa się całkowitej kompromitacji. Nalezy tego unikać za wszelką cenę. Następnie wyjmujemy z paczuszki filtr i układamy go na jednym z końców, po czym przystępujemy do skęcania. Najlepiej jest uczynić to klikoma dyskretnymi ruchami - im sprawniej nam to pójdzie, tym lepiej o nas to świadczy. Wielkie wrażenie robi też skręcanie papierosa ze wzrokiem utkwionym gdzieś w przestrzeń, jak gdyby nasz ruch był tak naturalny, jak kiwnięcie palcem.
Pamiętajmy, żeby zostawić około centymetr bibułki odstającej. Następnie zdecydowanym ruchem zwilżamy poostawioną część papierka i dokańczamy delikatnym przyciśnięciem po obu stronach. Należy tu jednak zwrócić uwagę na 2 rzeczy. Po pierwsze, nie można zwilżyć bibułki za słabo - jeśli papieros rozpadnie się, jesteśmy skończeni towarzysko. Należy jednak unikać też nadmiernego ślinienia., bo to może doprowadzić do zniekształcenia skręta, co daje o nas bardzo negatywne wrażenie. Zrobimy furorę, jeśli z naszego skręta tytoń będzie wystawać, ale nie wypadać. Upodabnia nas to do palaczy prawdziwych skrętów i ziela, przez co niepomiernie rośniemy w oczach towarzystwa, a przecież o to nam chodzi.

W procesie spalania nalezy wyróżnić 2 fazy - początek i koniec. Na początku, dla uzyskania większego efektu, warto patrzeć przed siebie, a nie skupiać się na papierosie. Na końcu natomiast, kiedy pozostał nam właściwie sam filtr, warto zgaszonego papierosa jeszcze raz podpalić i natychmiast wyrzucić za siebie. Taka pozorna nonszalancja jest oznaką ukrytej klasy i obycia palacza.

Na koniec warto dodać, że popiół i niedopałki dobrze zrzucać w jedno miejsce. Wtedy po 2-3 godzinach uzyskujemy pokaźny stosik. Wtedy należy zablefować i z udawanym zakoczeniem powiedzieć: "O rany! To całe ja wypaliłem?!". Stwierdzenie to podświadomie wywołuje ważny efekt - pokazuje wszystkim, jak dużo możemy wytrzymać jednego wieczoru, co bezpośrednio przekłada się na nasz społeczny wizerunek.

Podobno najlepsi potrafią wszystko to zrobić jedną ręką. Taka biegłość wymaga jednak wielu lat ćwiczeń.

To już wszystko na dziś! Wujek Wojtek życzy wam powodzenia i wytrwałości w skręcaniu!

--------------------

Based on: czwartkowonocne niebezpośrednie doświadczenie w pubie.

piątek, września 29, 2006

Dzień 6 - czwartek

Chciałem się dziś zapisać na hiszpański, ale trochę godziny mi nie pasują...chyba zrezygnuję i pouczę się we własnym zakresie (jeśli starczy mi czasu i chęci).

Później dopchałem się do Freshers' Fayre. Kolejka miała chyba 100 metrów... W środku zaatakowało mnie mnóstwo ulotek i zachęcaczy. Jeden z nich po prostu bez słowa wcisnął mi w ręce to:


Ah well...

Wewnątrz starałem się zachować zimną krew i nie dać się zwabić do każdego napotkanego stowarzyszenia i klubu. Dotarłem bez potknięć do stanowiska Boots Club (klub wędrowniczy), do którego postanowiłem już wcześniej dołączyć. Później przeciskałem się do stoiska karate, ale zawadziłem niechcący o dziewczynę w koszulce MACS (Mountaineering and Climbing Society). Nic nie mogłem zrobić. Właściwie to chciałem mieć już to za sobą, bo i tak nie miałem wyboru. Zostawiłem 7 funtów wpisowego i popłynąłem w tłumie dalej. Dotarłem do karate, ale okazało się, że nie mam juz pieniędzy na wpisowe. Cóż, może i tak miało być. Ale i tak się zapiszę. Pod koniec porozmawiałem jeszcze z Investment Society - przez tygodni jest kurs inwestowania, potem gra na prawdziwej giełdzie na prawdziwe pieniądze. Ryzko, czyli cos w sam raz dla nas...

Wróciłem do pokoju z kilogramem ulotek. I tutaj muszę się przyznać ze wstydem, że odpuściłem. No po prostu mi się nie chciało. Ale przecież każdy ma chwile słabości...oczywiście nie usprawiedliwia mnie to w żadnej mierze, ale może chociaż wzbudzi czyjąś litość? Jeszcze raz powiem - szczerze i otwarcie - po prostu mi się nie chciało. Na pierwsze danie podgrzałem zupę z puszki. Na drugie danie podgrzałem fasolę z puszki. Przepraszam. Okazuję skruchę i mocno postanawiam poprawę.

Na 6.30 udałem się znów do Zamczyska, by spotkać innych katolików, którzy chcą się stowarzyszać. Ojciec Vlad (nie pochodzi z Transylwanii, ale z Rosji) opowiadał nam co nieco o wielkiej kaplicy szkolnej, a potem udaliśmy się do konkurencji - grupy wszystkich chrześcijan, żeby podjadać im barbeque...nie ma to jak braterska miłość...

Ostatnim punktem programu był quiz muzyczny w Monkey's Forehead. Moi sąsiedzi zebrali sie tam, by wygrać 250 funtów przewidzianych jako główna nagroda (2 z nich będzie studiować muzykę i można by chyba powiedzieć, że ich przechwałki nie były na wyrost). Niestety po 3 rundach słuchania rozmaitych kawałków nagrody nie wygrał nikt. A moje płuca mają na koncie kilka paczek samodzielnie skręconych papierosów...czegóż to się nie robi dla kolegów...

Kuchenna przygoda. Dramat w trzech aktach przez życie pisany.

Akt I
Scena I
Niewielka kuchnia. Za oknem powoli zmierzcha i w pomieszczeniu panuje lekki półmrok. Pod ścianą stoją szafki z blatem, na blacie ładnie ułożone: mąka, cukier, jajka, mleko, patelnia, sól i masło. Kawałek dalej przygotowane: dżem Tesco, czekolada do smarowania Tesco oraz miód Tesco. Obok pusty garnek. Po drugiej stronie pomieszczenia stoi, wyeksponowany, piecyk z palnikami. Na szafce wisi samoprzylepna kartka z przepisem na naleśniki. Pośrodku pomieszczenia stoi Wojtek.


Wojtek: Wczoraj się nie udało. Jak dziś też nie wyjdzie, to ja i naleśniki przestaniemy się lubić.

Wojtek wyciąga z szafki plastikowy kubeczek po jogurcie i odmierza właściwe ilości. Potem rozbija jajka o ściankę garnka. Troszkę białka kapie na blat.

Wojtek: Ojej!

Bierze przygotowany uprzednio widelec i miesza ciasto. Cały czas mieszając, podchodzi do okna i zadumany spogląda w dal.

Scena II
Do kuchni wchodzi Jim i Johny.

James: Hello, Voyteck.
Johny: Hi there!
Wojtek: Hello, guys.

Wojtek jeszcze chwilę miesza ciasto.

Johny: So what you're doin', Voyteck?
Wojtek: Pancakes.
Johny: Oh, I see.

Wojtek wkłada garnek z ciastem do lodówki. Potem chowa do szafki wszystkie uprzednio wyłożone produkty i wychodzi.

Akt II
Scena I
Wojtek wchodzi do kuchni. Wyciąga z lodówki ciasto i chwilę miesza, po czym ponownie wyjmuje z szafki masło, patelnię, talerz, sztućce oraz dżem, miód i czekoladę. Rozpala palnik i kładzie na nim patelnię. Potem bierze na nóż trochę masła i próbuje zrzucić je na patelnię.

Wojtek: No dalej...

Nie wychodzi, więc robi to palcem. Podczas, gdy tłuszcz się grzeje, zagląda jeszcze do garnka.

Wojtek: O nie, znowu te grudki.

Po 2 minutach rozlewa pierwszego naleśnika. Tłuszcz skwierczy, naleśnik dymi, a Wojtek czeka. Delikatnie odlepia brzegi widelcem, żeby nie uszkodzić teflonu. Próbuje przerzucić na drugą stronę, ale nie wychodzi, bo naleśnik jest miękki i się zlepia.

Wojtek: O nie, znowu to samo! Kurczę!

Próbuje rozlepić naleśnik, ale patelnia parzy go w palce.

Wojtek: Aj!

Sytuacja powtarza się kilka razy. W końcu Wojtek niecierpliwi się i zostawia naleśnik na patelni.

Wojtek: A smaż się! Spal się!

Po 2 minutach sprawdza i zaskoczony odkrywa, że naleśnik swobodnie jeździ po patelni.

Wojtek: Jest! Udało się! Teraz go przerzucimy.

Wojtek robi lekki zamach i podrzuca naleśnika wysoko ponad patelnię. Naleśnik leci na bok i na dół, ale w ostatniej chwili Wojtek łapie go wolną ręką.

Wojtek: Uff.

Ostatnie naleśniki są już okrągłe i dają się przerzucać, ale Wojtek na wszelki wypadek przekłada je palcami. Patelnia trochę parzy go w palce.

Wojtek: Ojć!

Ostatni naleśnik jest bardzo gruby, bo Wojtek wylał całe pozostałe ciasto.

Wojtek: To wygląda bardziej jak omlet, ale co tam. Najważniejsze, że się udało.

Wojtek z talerzem naleśników w ręce i słoikami z miodem, dżemem i czekoladą w drugiej przechodzi do drugiej części kuchni.

Akt III
Scena I
Wojtek siedzi przy stole. Przed nim talerz pełen naleśników. Pierwszego, najgrubszego, smaruje czekoladą. Zjada ze smakiem.

Wojtek: Nie ma to jak własne naleśniki.

Koniec

Królestwo Wiedzy

Pchnąłem wielkie czarne wrota. Wewnątrz dało się wyczuć ciepły zapach pożółkłych stron i woń zapisanej na kartach tysiącletniej wiedzy. W powietrzu brzmiał cichy gwar głosów i delikatne brzęczenie maszyn. Na ścianie pojawiały się co jakiś czas różne cyfry i litery, zupełnie nie zrozumiałe dla niewtajemniczonych.

- Welcome to the Bedford's Library

powiedział jakiś kobiecy głos. Była to jedna ze Protektorek Wiedzy. Jednolite, matowe ubranie wskazywało dystans, jaki ma do świata materialnego, przebywając zapewne w bezczasowej i nieskończonej Krainie Wiedzy. Patrzyła na nas, ale jak gdyby poza, w duszy oglądając jeszcze jakiś starożytny pergamin. Spokojnym gestem kazała nam iść naprzód. Po lewej znajdowało się duże pomieszczenie, pełne Maszyn Szukających. Było ich tam kilkadziesiąt.
Wszystkie drzwi były wyciszone - żadnych skrzypiących zawiasów lub luźnych klamek. Schody znajdowały się w odgrodzonym szybie, by odgłos kroków nie zakłócał świętej kontemplacji wiekowej wiedzy.
Poruszaliśmy się po Bibliotece powoli i nabożnie, z czcią przypatrując się zatopionym w nauce Adeptom. Cały gmach był jakby dumnie stojącym świadectwem potęgi ludzkiego umysłu, niezależnej od wszelkich zewnętrznych okoliczności. Istotnie, jakaś niewidoczna bariera odgradzała budynek od wpływu zewnętrznego świata - deszczu, upału czy gwaru ludzkich głosów.
Na piętrze panowała przejmująca cisza. Nikt z nas nie śmiał nawet głośno odetchnąć, by przypadkiem nie zakłócić świętego skupienia i kontemplacji Wiedzy, która poprzez lata praktyk zbliża Adeptów do Absolutu w swojej dziedzinie, czyniąc z nich Czcigodnych Mistrzów. Spokój, który był w tej sali niemal namacalny, pozwalał zapomnieć o swoich problemach i zewnętrznym świecie. Jakaś nieprzeparta chęć kazała zapomnieć o przeszłości i tu i teraz sięgnąć po książkę, by w mistycznym uniesieniu pogłębiać swoją wiedzę.
Na koniec zeszliśmy do podziemia. Rzędy wielkich metalowych wypełniały większość pomieszczenia. Na końcu każdego regału był okrągły zawór, który pomagał dostać się do najbardziej strzeżonej Wiedzy w całej Bibliotece. Słusznie przywoływało to na myśl skojarzenia z sejfem i skarbcem - w istocie czymś takim właśnie było.
Po wyjściu z budynku trudno było ochłonąć. Ogrom informacji jednocześnie przerażał i pociągał, odstraszał i rozpalał wyobraźnię. Tylko jedna dręcząca wizja wciąż wypełniała umysł - ileż trzeba poświęcić, by stać się Mistrzem Wiedzy? Czy wybór tej drogi nie oznacza rezygnacji z własnego życia, z fizycznej rzeczywistości?

Dzień 5 - środa

Wstałem i stwierdziłem, że się przejdę. No i poszedłem sobie:

Napotkałem tam:

- Starszego Pana, który wyprowadził mnie z lasu, gdy się zagubiłem, wyczuł, że "nie brzmię jak ktoś stąd" (co nie jest specjalnie trudne) i opowiadał o tym, że ekonomia jest istotna w świecie, podobnie jak języki, spóśród języków zaś kluczowy jest angielski; ze wstydem przyznał, że Anglicy "are bad at languages, God knows why, but Americans are even worse",

- niesamowite miejsce skryte w środku lasu: pośrodku malutkiej polanki rosło duże, wiekowe drzewo, obok leżał ułozony stos pociętej brzozy; kiedy podszedłem bliżej, zauważyłem sznur przywiązany do poziomej gałęzi i urwany na końcu, a zaraz potem zobaczyłem ułożony z białych kłód napis "HELL"...i złowieszczo kołyszącą się na wietrze huśtawkę...dopiero potem zauważyłem schowane pod krzakiem "O" na końcu wyrazu; zabrałem je potem - niech inni też mają trochę wrażeń!

- obelisk pamięci jakiegoś księcia wzniesiony przez jakiegoś króla...odnoszę wrażenie, że Anglicy przywiązują dużą wagę do pamięci narodowej...

- park w stylu angielskim; w pierwszej chwili jest bardzo piękny, ale po pewnym czasie odnosi się wrażenie, że czegoś w nim brakuje...ingerencja ludzkiej reki w naturę, która sprawiła, że z lasu pozostaje tylko piękny trawnik i wiekowe drzewa, zawiera w sobie jakiś cichy zgrzyt, delikatny fałsz względem ukrytej harmonii, jaką posiada dziki las,

- bardzo ładny staw, w którym niestety nie można się kąpać.

Wróciłem po 3 godzinach. Na 12:00 pobiegłem na uczelnię (10 minut- bliżej jeszcze nie miałem), żeby odkupić książki od studentki drugiego roku. Zapytałem ją też o studia. Otóż:

> pierwszy rok nie liczy się do oceny końcowej,
> stopień trudności rośnie wraz z rokiem: 1 rok - luz; 2 rok - praca; 3 rok - NAUKA.

Później oprowadzono nas po bibliotece --> ..:://Królestwo Wiedzy\\::..

Wróciłem po południu, targając pod pachą zakupiony w Tesco wieszak na pranie. Ciekawe kiedy sie za to wezmę...

--> ..:://Misja:Pranie\\::..

Rozwiązanie zagadki

Na obrazku ukazana została grubość mojego podręcznika do ekonomii:

czwartek, września 28, 2006

Misja: Pranie

Jest coś nieuniknionego w życiu studenta. Jak gdyby historia dni zdeterminowana ręką losu, fatum ciążące nad tragiczną osobą młodego człowieka. Czy to Mojry przędące swą śmiercionośną i zyciadajną nić czy też ślepe koło fortuny sprawia, że sprawy toczą się inaczej niż chcemy, postępując za każdym razem podobnym schematem? A może to żelazna logika dziejów, buddyjskie prawo Karmy i wynikające z niego następstwa sprawiają, że pewne nasze decyzje i przedsięwzięcia funkcjonują na innej płaszczyźnie, niezależnej od realnego świata? Czy może wreszcie Bóg stawia przed nami dni próby, by uczynić nas pookornymi wobec Jego wyroków?

Dziś postanowiłem zrobić pranie. Jest to decyzja o tyle zaskakująca, że wcześniej ograniczałem się zawsze wyłącznie do rozwieszania wypranych wcześniej ubrań. Czy winienem być dumny z tego, że dziś w pełni świadomie i zdając sobie sprawę z konsekwencji kupiłem wieszak do suszenia ubrań? Nie sądzę - wszak nie oznacza to wcale, że będę owo pranie robił...ileż to ludzkich marzeń spełzło na niczym, zawisło w próżni chęci i silnej woli właśnie dlatego, że zabrakło owego kluczowego elementu, jakim jest ludzka determinacja! Jakże inaczej mógłby wyglądać świat i ludzkie społeczeństwo, gdyby nie krępujące je więzy człowieczego niezdecydowania i wspomniane wyżej przejmujące do głębi doświadczenia nieodpartej Mocy, Losu, który predensynuje nasze działania niezależnie od płomiennych chęci!

Cóż mogłem na to, że wychowano mnie według zasad szacunku i pomocy innym ludziom? Kiedy nadesżła pora na pranie, które z żelazną determinacją chciałem wprowadzić w czyn, do okna zapukały 4 niewiasty. Po krótkiej rozmowie okazało się, że ich przyjaciółka leży w pokoju z kontuzją nogi. Nikt się nią dotychczas nie zajął. Czyż miałem wybór w obliczu takich okoliczności? Jakaż przepaść tworzy się w takich chwilach między duszą a ciałem, płaszczyzną materialną i metafizyczną! Nie ważne co chiałbym zrobić w takiej chwili - skazany byłem na jedną tylko możliwość. Mechanicznie chwyciłem apteczkę i poszedłem do pokoju nieszczęsnej dziewczyny. Leżała na łózku z opuchniętą, czerwoną kostką. Ręcę same odnalazły Altacet i kompres i zgoła niezależnie ode mnie robiły to, czego wymagała sytuacja. Później nie wypadało wyjść bez słowa, więc zostałem i poznałem kilka nowych imion. Cóż, odbyło się to jednak kosztem prania, które chcialem zrobić za wszelką cenę jeszcze dziś.

Czy jednak historia nie daje nam za przykład nielicznych szczęśliwców, którzy poprzez błąd w boskich planach lub nieznane nam, ludziom, okoliczności przełamali tragiczną podłegłość ziemskiego życia? Czyż nie dany nam został za przykład bohaterów, którzy zdołali przełamać tę barierę? Otóż i mnie dane dziś było zmierzxyć się z kosmiczną siła przeznaczenia, doświadczyć psychomachii, w której, niczym w gnostyckich naukach, duchowość ściarała się z materią.

I oto niemożliwe stało się możliwe! Wyłom w strukturze przeznaczenia pozwolił na wyjście poza swą ludzką małość, sięgnięcie ponad i osiągnięcie własnego celu. Uwieczniłem ten moment, by był dla potomnych dowodem na to, że prawdziwie można być sobą i o sobie samym decydować:

Zagadka

Co to jest?

środa, września 27, 2006

Kontekst

Stanisław Krawczyk

Elegia dla odchodzącego


Zmrużyłeś oczy. Słońca blask oślepia.
O drodze myśląc, co wciąż do przebycia,
niepewny siebie, kraju, ludzi, życia,
spoglądasz naprzód — tam, gdzie nikt nie czeka.

W ściśniętej pięści kilka fotografii
i w drugiej dłoni — wstążki, listy, włosy.
Znów poczuć pragniesz zapach tamtej wiosny,
zdobywać góry i przemierzać lasy.

Nie takim jednak wyruszyłeś szlakiem.
Przed tobą ścieżki rzadko przecierane.
Pozostawiłeś wszystko, co ci znane
i z wolna tracisz z oczu swą Itakę.

Zwątpienie budzić będzie cię o świcie,
samotna przyjdzie noc w głębokim śniegu...
A jednak w końcu zerwiesz się do biegu,
bo nie na darmo dano ci to życie.

I dotrzesz wreszcie tam, gdzie nikt nie czekał.
Przyjaciół nowych w ziemi znajdziesz nowej.
Lecz wieczne będą słowa dawnej mowy
i twe pragnienie, by z drogą nie zwlekać.

I wracać będziesz, by pod niebem raju
na chłodnej ziemi, w mgle i z kroplą rosy
przeżywać znowu smak, woń, kształty, głosy,
wartość i cenę — życia, ludzi, kraju.


Polska
27 września 2006 roku

Rozmowa wieczorna II

Jest wieczór. Siedzimy w pubie przy stoliku. Nagle podchodzi się jakiś Czarnoskóry Przedstawicie l Trzeciego Świata. Zaczyna sie przedstawianie:
Ja:My name is Wojtek.
CPTŚ:What is it?
WOJTEK!
CPTŚ:Ok. Where do you come from?
Ja:I'm from Poland.
CPTŚ:Oh. Dżen dobły.
Usiadł między nami i dodał:
CPTŚ:Kurła. Kurła macz.
Ja:Well, you know the basis then...

Rozmowa wieczorna

Ja: Guys, what does the word 'twat' mean?
Angol 1:Did anyone actually call you twat?
Ja:No. I just wanted to know in case somebody does. I heard you speaking this word...
Angol 2:If anyone calls you a twat, just go and give him a headbang!

Dzień 4 - wtorek

Rano przeszedłem się do Magna Carta Memorial, które wyglądało jak mała grecka kapliczka. W drodze towarzyszyły mi króliki i wschodzące słońce.

Po godzinie wróciłem i zjadłem owsiankę. Mleko było niedobre, chyba dlatego że z Tesco (MG: to dlatego, że Wojtek zapomniał już z lekcji angielskiego, co znaczy skimmed i whole milk. Pił pełnotłuste mleko i się dziwi...)

O 10 w Computer Centre było Krótkie Wprowadzenie do Oczywistości, a potem Kolejna Przygoda z Komputerem, która trwała przeszło godzinę. W końcu okazało się, że właściwie nic nie trzeba zmieniać i wszystko jest dobrze.

Chodząc po terenie uczelni w ten śłoneczny dzień zacząłem odczuwać coś na kształt ducha studenckiego...przestałem się obawiać pracy, nowych ludzi i innych rzeczy. Może się zadomawiam (MG: Thanks, Staszek)...

Tuż po 14 odbyła się prezentacja klubów sztuk walki - Judo, Ninjitsu i Karate. Rozmawiałem z każdą sekcją, ale wystarczyło popatrzeć na 5 minut treningu, żeby podjąć decyzję. Będę ćwiczył karate.

O 14:45 widziałem się z Personal Tutorem - nazywa się Ron i narzeka, że ma mało czasu na sport. Poza tym powiedział, że mówię po angielsku na tyle dobrze, że nie potrzebuję dodatkowych kursów (MG: to samo powiedziała Wojtkowi jedna Angielka i 2 Francuzki. Może coś w tym jest?).

Postanowiłem wybrać się "do miasta". Po drodze spotkałem dziewczynę z 2 roku z Trynidadu i Tobago (ale od kilku lat jest już w Anglii) oraz świeżo przybyłą dziewczynę z Tajwanu. Razem z tą drugą zrobiliśmy zakupy w Tesco, błądząc między półkami w poszukiwaniu oleju do sałatek, ryżu i soli.

Przybyłem do pokoju i chciałem się wreszcie zabrać za upragnione naleśniki. Niestety okazało się, że brakuje mi mleka, bo zapomniałem, że całe wypiłem rano...pobiegłem do Spar'a i opróczy mleka kupiłem jeszcze deser czekoladowy Danona. Pudełko posłuzyło mi za standardową "szklankę" do odmierzania mąki i mleka.

..:://Doświadcznie 1:Obiad\\::..

O 20 poszliśmy z sąsiadami do pubu The Monkeys Forehead. Wziąłem ze soba 2 kupony na darmowy trunek, więc "postawiłem" jedno piwo Jamesowi. Cieszył się.
Przez cały wieczór mój listetning Skill był wystawiony na ciężką próbę: szum kibiców przez telewizowem, muzyka na żywo i angielski po jednym piwie...mimo to odniosłem wrażenie, że po dwóch godzinach rozumiałem jakby ciut więcej...a może to piwo dosłownie rozwiązało im języki?

Wróciłem razem z Jamesem do campusu. On był bardzo głodny, więc zamówiliśmy jeszcze pizzę i pogawędziliśmy jeszcze trochę.

Tyle.

Doświadczenie 1:Obiad

Doświadczenie 1:Obiad

Cel:Tworzenie metaokrągłych quasismacznych ortonaleśników.

Składniki:
-3 jajka ze znaczkiem Freerange,
-2 szklanki mleka semi-skimmed marki Tesco,
-1 szklanka mąki marki Spar (zgrudziała),
-2 łyżeczki cukru marki Spar,
-1 szypta soli marki Tesco.

Przebieg doświadczenia:
Do garnka wrzucono jajka, mleko, mąkę, cukier i sól. Wszystko dokładnie zmieszano. Później smażono na margarynie. Na koniec zjedzono z dodatkiem czekolady i dżemu jeżynowego.

Obserwacje:
Podczas mieszania składników na całej powierzchni roztworu utworzyły się grudki wielkości ziaren ryżu. Intensywne mieszanie nie usuneło grudek, natomiast roztwór pozostawiony na dwie minuty bez mieszania zaczął rozkładać się na pierwotne składniki - na powierzni zaobserwowano pojawiające się żółtko. Dalsze mieszanie nic nie zmieniło.

W trakcie smażenia ortonaleśniki nie odklejały się od patelni, a próby podrzucania kończyły się zwykle na zwinięciu ortonaleśnika w kulkę. Ciasto było bardzo miękkie i łatwo się rwało. Niektóre z ortonaleśników miały tak duże grudki, że po rozgryzieniu wysypywała się mąka.

Podczas jedzenia zwinięte naleśniki miały grubość kiełbasy krakowskiej. Smak ciasta nie był specjalnie słodki.

Wnioski:
1.Kupić trochę droższą mąkę nie z Tesco.
2.Kupić olej do smażenia.
3.Dokładniej wymieszać.
4.Wziąć korepetycje z gotowania (w Polsce).

poniedziałek, września 25, 2006

Dzień 3 - poniedziałek

0:05 a.m.
Do okna zapukały 2 niewiasty (trzeba wam wiedzieć, że mieszkam na parterze). Pytały, gdzie się wszyscy podziali, bo jest jakby pusto. Mówiły, że szukały towarzystwa. Zaprosiłem je (wprosiły się?) do mnie i posiedzieliśmy trochę, rozmawiając.

1:00 a.m.
Wpadł Bruce - czarnoskóry londyńczyk w czapce z daszkiem. Mówił z typowym "ghetto-murzyńskim" akcentem.

1:30 a.m.
Przyszło jeszcze 2 sąsiadów - Tim oraz Austro-Belgijczyk. Zrobiło się ciasno (Belgijczyk siedział już na ziemi), więc poszliśmy do Jamesa, który ponoć zamówił pizzę.

Tutaj mała dygresja: byłem trochę zaskoczony, kiedy zobaczyłem pokój Jamesa - ma on tam 2 gitary (na specjalnych stojakach), 2 duże wzmacniacze, 2 stojaki i około 100 płyt z muzyką, wieżę z głośnikami, niewielki karton z winylami oraz adapter. Aż mi się go żal zrobiło, ale nie ma tego złego - wzmacniacze posłużyły za siedzienia, a gitarę zapewne pożyczę...

2:00 a.m.
Wpadł Tim i zaczął zabawiać towarzystwo rozmową. Przysłuchwiałem się (co miałem robić - w końcu ledwo rozumiałem o czym mówią) i uśmiechałem, symulując zrozumienie. Aż w końcu Tim powiedział: "Voyteck, you haven't spoken yet". Powiedziałem tylko, że staram się ich słuchać i rozumieć...nie wiem czy wypadło to przekonująco.

2:30 a.m.
W pokoju było już gęsto od dymu, udałem się na spoczynek. Była

3:15 a.m.
Faktycznie położyłem się spać. Zza ścian dobiegały wciąż odgłosy rozmów i muzyki...

8:00 a.m.
Pobudka. Śniadanie (rozkoszuję się jeszcze Polskim Razowcem...carpe diem czy jakoś tak). Ser z Tesco - w porządku. Mleko z Tesco - nie w porzadku. Więcej go nie kupię. Ale pewnie i tak kupię, bo jest najtańsze i chyba jedyne dostępne.

10:30 a.m.
Z lekkim poślizgiem dotarłem do Zamczyska. O 11:00 mam Induction Talk, czyli oficjalne rozpoczęcie roku(tak to rozumiem).

10:35 a.m.
Na 11:00 sa nazwiska A-K...ja mam się zjawić o 14:30...

11:30 a.m.
Kupiłem po drodze mapę okolicy. Do zamku w Windsorze nie jest szczególnie daleko, a ścieżka wiedzie ponoć przez piękny park. Poza tym już tam byłem (-> wycieczka klasowa), więc miło będzie wrócić na stare śmiecie...

2:00 p.m.
Wstąpiłem na chwilę na Fresher's Festival. Było rodeo, pompowany zamek, wielkie gumowe kostiumy sumo. Zabawiłem tam przez 20 minut, robiąc salta i różne inne koziołki.

2:29 p.m.
Zauważyłem, że wskutek skakania i salt mam rozdarty rękaw...

2:30 p.m.
Induction Talk. Profesor (o zrozumiałym, dzięki Bogu, akcencie) zaczął odczarowywać rzeczywistość. Oto niektóre z jego zaklęć:
-Work hard
-Make us proud of you
-Follow our rules
-your degree must be worth something
To, co mówił, brzmiało całkiem rozsądnie. Szczególnie wzruszył mnie ostatni slajd jego prezentacji: "Plagiarism". Mają tutaj taki specjalny program, przez który przepuszczają każdą pracę. Porównuje on i poszukuje oznak ściągania w zadaniach domowych. Może podeślę ten programik MENISowi?:)
Siedziałem z założonymi rękami. Wiadomo dlaczego.

4:15 p.m.
Wstąpiłem po drodze do SPARa i kupiłem coś, co miało mi zastąpić standardowy kubek do odmierzania mąki i mleka na naleśniki. W domu zorientowałem się, że to śmietanka do kawy...

5:00 p.m.
Przechodziłem dziś koło sklepu 4 razy. Zapomniałem kupić cukru i soli...

5:30 p.m.
Ze względu na niedostatek składników postanowiłem doskonalić się w tym, co już znam. Spagetti poszło mi sprawniej niż wczoraj...myślałem o tym, żeby jeść je tak długo, aż nie będę mógł na nie patrzeć - wtedy miałbym większą motywację, żeby przygotować coś nowego:)
Ale chyba nie będzie to konieczne. Póki co - czeka mnie walka z naleśnikami. Potem potrawa Jamesa, czyli smażone mięsko z cebulką. Ciekawe czy patelnia stanie się moim atrybutem...

7:23 p.m.
Przed chwilą wpadł Bruce, londyńczyk w czapce. Chciał zapytać, co sie dzieje z Wojtkiem. Pochwalił mnie, że mam Biblię (niejako firmową, angielską...) i zapytał, czy idę na imprezę.

8:00 p.m.
Przysżłości nie przepowiadam...

niedziela, września 24, 2006

Inglisz leson

Drodzy Przyjaciele!

Gdyby się Wam kiedyś wydawało, czy choćby przeszło przez myśl, że mówicie dobrze po angielsku, przyjedźcie do Anglii. Wystarczą dwa dni, żeby wyprostować językowe mniemanie.

Dziś spędziłem 3 godziny z grupką Anglików - każdy o innym akcencie. Kiedy zaczynali rozmowę czy dyskusję, rozumiałem w 70% o czym w oóle jest mowa. Kiedy zaczynali żartować, mówić w trakcie jedzenia, symulować seplenienie itp., byłem bezradny.

Ale może to kwestia wprawy?

Operacja:Spagetti

Właściwie powienienem nazwać ten dział Humor, ale kto wie - może kiedyś będę mógł powiedzieć: umiem gotować. Póki co, byłbym wdzięczny za wszelkie proste a smaczne przepisy na obiad albo ciepłą kolację - zamieście je jako komentarze. Tylko błagam - precyzyjne ilości!

Misja:Spagetti

Ofiar:brak
Czas: ok.15 minut
Koszt:kilkanaście pensów

Przebieg akcji:
Zagotowałem wodę. Zalałem jednocześnie chińską zupkę i makaron. Jedząć zupę przygotowałem na patelni sos i zacząłem podgrzewać. Nie miałem zegaraka, więc sugerowane 10 minut odliczałem na wyczucie. Widać mój biologiczny zegar jest dobrze nakręcony, bo po przegryzieniu okazał się być 'al dente'. Elegancko bez sitka odlałem wodę i wrzuciłem na talerz z sosem.
Zjadłem ze smakiem - nie ma to jak własny obiad.

Dzień 2 - niedziela

Dziś pożegnałem się z tatą. Pierwszy raz mówił mi, że bardzo mu smutno...

Potem zacząłem czuć , że naprawdę jestem tu sam...

Żeby coś zrobić, wziąłem laptopa pod pachę i powędrowałem do kościoła. Kazanie było zrozumiałe i bardzo konkretne - okazało się, że pochodzi on z Rosji, ale wychował się w Szwecji, a teraz mieszka w Anglii. Dostałem jego maila i widzimy się w czwartek na barbeque. Takie to tu są zwyczaje.

Liturgia natomiast nie była tak piękna jak u dominikanów. Śpiewaliśmy może 4 jakieś pieśni, a części stałe mszy były raczej "dekalmowane". Nawet Alleluja.

Udałem się do Zamczyska, gdzie dowiedziałem się co jest nie tak z netem. Ten wątek przewijał się także później, bo musiałem całą drogę (ok 1 milę) przemierzyć jeszcze raz - cośtam znów nie działało. Po południu ostatecznie udało mi się podpiąć. Jeden z sąsiadów (Anglik z Middlesex o aparycji Turka) skwitował to krótkim stwierdzeniem: "You've got the Net? You bastard!"

Popołudnie spędziłem na boisku, grając raz po raz w piłkę. Halówki nie są niestety najlepszym obuwiem na mokrą trawę, więc nie zdobyliśmy za dużo bramek...

Wieczorem przyszedł czas na upragniony internet oraz poznawanie ludzi. Na Skype spędziłem ponad godzinę, aż rozbolało mnie ucho od słuchawki. Cóż, nikt nie mówił, że będzie łatwo.

W międzyczasie miała miejsce operacja:obiad, ale o tym za chwilę.

Później poznałem kilku sąsiadów i przeszliśmy po kliku piętrach, pukają do drzwi i mówiąc "Hello" każdem, kto się nawinął. Dzięki temu poznałem Półpolaka - urodzony w Anglii, młodość spędził w Polsce, teraz od kilku lat znów jest w Anglii. Taki sobie rodak, ale lepsze to niż nic.

Kolacja była pyszna - mam jeszcze pół bochenka Polskiego Razowca. Nie wiem co będzie potem...

Dzień 1 - sobota

Raport:
Zdobyto przyczółek. Daleko od pola walki, ale dość spokojnie. Tuż obok miejsce pamięci poległych w czasie II wojny światowej żołnierzy RAFu.

Wszedłem w posiadanie fałszywych dokumentów i teraz mogę bezpiecznie podawać się za angielskiego studenta.

Po zmierzchu zbadano teren miasta - małe, ale dobrze zaopatrzone.

Przeżyjemy.
Jakoś.

Podróż

Samolot leciał niecałe 2 godziny i była to naprawdę przyjemna przejażdżka (przelotka?). Potem czekała nas podróż pociągiem i metrem przez centrum Londynu (niestety pod ziemią). Przez kilka przystanków w przedziale siedziało dwóch Polaków. Wyróżniali się z tłumu - rozmawiali najgłośniej i pili piwo zawinięte dla niepoznaki w foliową siatkę...

Po przybyciu do Egham taksówka zawiozła nas do Coopers Lodge. Tam mieliśmy nocować. Miejsce bardzo ładne, otoczone dużym ogrodem. Po 15 minutach czekania w recepcji na klucz do zarezerwowanego pokoju zaspanysyn poinformował nas w imieniu matki, że miejsc już nie ma, ale załatwiła nam pokój "just round the corner" i taksówka już jedzie. Wcisnął nam w rękę 20 funtów i zniknął za automatyczną bramą...Po kolejnym kwadransie podjechała taksówka i zawiozła nas kilka MIL dalej, do jakiejś gospody. Koniec końców opłaciło nam się to - pokój był tańszy, a posiłki pewnie równie dobre.

czwartek, września 21, 2006

Odejście

Odejście
sobie

Góry i lasy będą
Nie te same chociaż wciąż te same
Gdziekolwiek pójdziesz pozostawisz za sobą
Szary ślad przeszłości w śniegu nowej drogi

Ostatni uścisk i tęskne spojrzenie
Będą towarzyszyć Ci w drodze
Przeszłości ciężkie brzemię
I brudny okruch prawdziwej pamięci

Kiedy przyjdzie już Czas
Zrozumiesz w końcu jak bardzo chcesz pozostać
Ale pójdziesz jednak pójdziesz
W to najspokojniejsze z miejsc

Biały świt oblepi Cię
Wejdziesz w jasność nowego dnia
Mrużąc oczy
Za sobą pozostawisz w szarej mgle
Swoją małą wielką Ojczyznę


Przecież nie masz wyboru

__________________________________________

wigilia wyjazdu

Łączność na froncie

Polowa radiostacja będzie nadawać na częstotliwości

Wojtek Szymczak
arion_elannun
Poland
Poznań
Polish

szyfrowania Skype. Jeśli nie będzie zbyt gęstej mgły, pojawi się również obraz.

poniedziałek, września 18, 2006

Pożegnalny Tour

Spójrzmy prawdzie w oczy - zostało mi 112 godzin do odlotu. Jest przynajmniej 8 osób, z którymi chciałbym się zobaczyć. Poza tym przyjeżdża jeszcze babcia. W tak zwanym międzyczasie muszę się spakować oraz kupić kilka brakujących rzeczy. To będzie ciężki tydzień...

środa, września 13, 2006

Przygotowania

Niby mam tam tylko mieszkać, ale coś trzeba zabrać. Sęk w tym, że "coś" jest bardzo subiektywne i ja widzę je jako jedną walizkę, a rodzice dwie...

Póki co nie myślę na razie za dużo o pakowaniu - to oznaczało by przecież, że duchem już wyjechałem. A tak naprawdę od 2 tygodni żegnam się z Wami i się nażegnać nie mogę.

Może to juz tak będzie - przyjadę na wakacje i całe zejdą mi na tym, żeby najpierw wszystkich odnaleźć i powitać, a zaraz potem - znów żegnać. Zobaczymy...

Założenia taktyczne

Jest prawie niemożliwe, żeby każdemu, na kim mi zależy i komu zależy na mnie, zdawać osobną relację z tego, "jak tam jest". Dlatego pomyślałem, że główne wrażenia i relacje będę zamieszczał tutaj. Oczywiście, jeśli jesteś ciekawy czegoś więcej, z chęcią opowiem Ci to mailem, na GG lub przez Skype'a.