0:05 a.m.
Do okna zapukały 2 niewiasty (trzeba wam wiedzieć, że mieszkam na parterze). Pytały, gdzie się wszyscy podziali, bo jest jakby pusto. Mówiły, że szukały towarzystwa. Zaprosiłem je (wprosiły się?) do mnie i posiedzieliśmy trochę, rozmawiając.
1:00 a.m.
Wpadł Bruce - czarnoskóry londyńczyk w czapce z daszkiem. Mówił z typowym "ghetto-murzyńskim" akcentem.
1:30 a.m.
Przyszło jeszcze 2 sąsiadów - Tim oraz Austro-Belgijczyk. Zrobiło się ciasno (Belgijczyk siedział już na ziemi), więc poszliśmy do Jamesa, który ponoć zamówił pizzę.
Tutaj mała dygresja: byłem trochę zaskoczony, kiedy zobaczyłem pokój Jamesa - ma on tam 2 gitary (na specjalnych stojakach), 2 duże wzmacniacze, 2 stojaki i około 100 płyt z muzyką, wieżę z głośnikami, niewielki karton z winylami oraz adapter. Aż mi się go żal zrobiło, ale nie ma tego złego - wzmacniacze posłużyły za siedzienia, a gitarę zapewne pożyczę...
2:00 a.m.
Wpadł Tim i zaczął zabawiać towarzystwo rozmową. Przysłuchwiałem się (co miałem robić - w końcu ledwo rozumiałem o czym mówią) i uśmiechałem, symulując zrozumienie. Aż w końcu Tim powiedział: "Voyteck, you haven't spoken yet". Powiedziałem tylko, że staram się ich słuchać i rozumieć...nie wiem czy wypadło to przekonująco.
2:30 a.m.
W pokoju było już gęsto od dymu, udałem się na spoczynek. Była
3:15 a.m.
Faktycznie położyłem się spać. Zza ścian dobiegały wciąż odgłosy rozmów i muzyki...
8:00 a.m.
Pobudka. Śniadanie (rozkoszuję się jeszcze Polskim Razowcem...carpe diem czy jakoś tak). Ser z Tesco - w porządku. Mleko z Tesco - nie w porzadku. Więcej go nie kupię. Ale pewnie i tak kupię, bo jest najtańsze i chyba jedyne dostępne.
10:30 a.m.
Z lekkim poślizgiem dotarłem do Zamczyska. O 11:00 mam Induction Talk, czyli oficjalne rozpoczęcie roku(tak to rozumiem).
10:35 a.m.
Na 11:00 sa nazwiska A-K...ja mam się zjawić o 14:30...
11:30 a.m.
Kupiłem po drodze mapę okolicy. Do zamku w Windsorze nie jest szczególnie daleko, a ścieżka wiedzie ponoć przez piękny park. Poza tym już tam byłem (-> wycieczka klasowa), więc miło będzie wrócić na stare śmiecie...
2:00 p.m.
Wstąpiłem na chwilę na Fresher's Festival. Było rodeo, pompowany zamek, wielkie gumowe kostiumy sumo. Zabawiłem tam przez 20 minut, robiąc salta i różne inne koziołki.
2:29 p.m.
Zauważyłem, że wskutek skakania i salt mam rozdarty rękaw...

2:30 p.m.
Induction Talk. Profesor (o zrozumiałym, dzięki Bogu, akcencie) zaczął odczarowywać rzeczywistość. Oto niektóre z jego zaklęć:
-Work hard
-Make us proud of you
-Follow our rules
-your degree must be worth something
To, co mówił, brzmiało całkiem rozsądnie. Szczególnie wzruszył mnie ostatni slajd jego prezentacji: "Plagiarism". Mają tutaj taki specjalny program, przez który przepuszczają każdą pracę. Porównuje on i poszukuje oznak ściągania w zadaniach domowych. Może podeślę ten programik MENISowi?:)
Siedziałem z założonymi rękami. Wiadomo dlaczego.
4:15 p.m.
Wstąpiłem po drodze do SPARa i kupiłem coś, co miało mi zastąpić standardowy kubek do odmierzania mąki i mleka na naleśniki. W domu zorientowałem się, że to śmietanka do kawy...
5:00 p.m.
Przechodziłem dziś koło sklepu 4 razy. Zapomniałem kupić cukru i soli...
5:30 p.m.
Ze względu na niedostatek składników postanowiłem doskonalić się w tym, co już znam. Spagetti poszło mi sprawniej niż wczoraj...myślałem o tym, żeby jeść je tak długo, aż nie będę mógł na nie patrzeć - wtedy miałbym większą motywację, żeby przygotować coś nowego:)
Ale chyba nie będzie to konieczne. Póki co - czeka mnie walka z naleśnikami. Potem potrawa Jamesa, czyli smażone mięsko z cebulką. Ciekawe czy patelnia stanie się moim atrybutem...
7:23 p.m.
Przed chwilą wpadł Bruce, londyńczyk w czapce. Chciał zapytać, co sie dzieje z Wojtkiem. Pochwalił mnie, że mam Biblię (niejako firmową, angielską...) i zapytał, czy idę na imprezę.
8:00 p.m.
Przysżłości nie przepowiadam...