The Conquest of England

Relacje z frontu na Wyspach.

Nazwa:
Lokalizacja: Poland

niedziela, września 24, 2006

Dzień 2 - niedziela

Dziś pożegnałem się z tatą. Pierwszy raz mówił mi, że bardzo mu smutno...

Potem zacząłem czuć , że naprawdę jestem tu sam...

Żeby coś zrobić, wziąłem laptopa pod pachę i powędrowałem do kościoła. Kazanie było zrozumiałe i bardzo konkretne - okazało się, że pochodzi on z Rosji, ale wychował się w Szwecji, a teraz mieszka w Anglii. Dostałem jego maila i widzimy się w czwartek na barbeque. Takie to tu są zwyczaje.

Liturgia natomiast nie była tak piękna jak u dominikanów. Śpiewaliśmy może 4 jakieś pieśni, a części stałe mszy były raczej "dekalmowane". Nawet Alleluja.

Udałem się do Zamczyska, gdzie dowiedziałem się co jest nie tak z netem. Ten wątek przewijał się także później, bo musiałem całą drogę (ok 1 milę) przemierzyć jeszcze raz - cośtam znów nie działało. Po południu ostatecznie udało mi się podpiąć. Jeden z sąsiadów (Anglik z Middlesex o aparycji Turka) skwitował to krótkim stwierdzeniem: "You've got the Net? You bastard!"

Popołudnie spędziłem na boisku, grając raz po raz w piłkę. Halówki nie są niestety najlepszym obuwiem na mokrą trawę, więc nie zdobyliśmy za dużo bramek...

Wieczorem przyszedł czas na upragniony internet oraz poznawanie ludzi. Na Skype spędziłem ponad godzinę, aż rozbolało mnie ucho od słuchawki. Cóż, nikt nie mówił, że będzie łatwo.

W międzyczasie miała miejsce operacja:obiad, ale o tym za chwilę.

Później poznałem kilku sąsiadów i przeszliśmy po kliku piętrach, pukają do drzwi i mówiąc "Hello" każdem, kto się nawinął. Dzięki temu poznałem Półpolaka - urodzony w Anglii, młodość spędził w Polsce, teraz od kilku lat znów jest w Anglii. Taki sobie rodak, ale lepsze to niż nic.

Kolacja była pyszna - mam jeszcze pół bochenka Polskiego Razowca. Nie wiem co będzie potem...