The Conquest of England

Relacje z frontu na Wyspach.

Nazwa:
Lokalizacja: Poland

piątek, września 29, 2006

Dzień 6 - czwartek

Chciałem się dziś zapisać na hiszpański, ale trochę godziny mi nie pasują...chyba zrezygnuję i pouczę się we własnym zakresie (jeśli starczy mi czasu i chęci).

Później dopchałem się do Freshers' Fayre. Kolejka miała chyba 100 metrów... W środku zaatakowało mnie mnóstwo ulotek i zachęcaczy. Jeden z nich po prostu bez słowa wcisnął mi w ręce to:


Ah well...

Wewnątrz starałem się zachować zimną krew i nie dać się zwabić do każdego napotkanego stowarzyszenia i klubu. Dotarłem bez potknięć do stanowiska Boots Club (klub wędrowniczy), do którego postanowiłem już wcześniej dołączyć. Później przeciskałem się do stoiska karate, ale zawadziłem niechcący o dziewczynę w koszulce MACS (Mountaineering and Climbing Society). Nic nie mogłem zrobić. Właściwie to chciałem mieć już to za sobą, bo i tak nie miałem wyboru. Zostawiłem 7 funtów wpisowego i popłynąłem w tłumie dalej. Dotarłem do karate, ale okazało się, że nie mam juz pieniędzy na wpisowe. Cóż, może i tak miało być. Ale i tak się zapiszę. Pod koniec porozmawiałem jeszcze z Investment Society - przez tygodni jest kurs inwestowania, potem gra na prawdziwej giełdzie na prawdziwe pieniądze. Ryzko, czyli cos w sam raz dla nas...

Wróciłem do pokoju z kilogramem ulotek. I tutaj muszę się przyznać ze wstydem, że odpuściłem. No po prostu mi się nie chciało. Ale przecież każdy ma chwile słabości...oczywiście nie usprawiedliwia mnie to w żadnej mierze, ale może chociaż wzbudzi czyjąś litość? Jeszcze raz powiem - szczerze i otwarcie - po prostu mi się nie chciało. Na pierwsze danie podgrzałem zupę z puszki. Na drugie danie podgrzałem fasolę z puszki. Przepraszam. Okazuję skruchę i mocno postanawiam poprawę.

Na 6.30 udałem się znów do Zamczyska, by spotkać innych katolików, którzy chcą się stowarzyszać. Ojciec Vlad (nie pochodzi z Transylwanii, ale z Rosji) opowiadał nam co nieco o wielkiej kaplicy szkolnej, a potem udaliśmy się do konkurencji - grupy wszystkich chrześcijan, żeby podjadać im barbeque...nie ma to jak braterska miłość...

Ostatnim punktem programu był quiz muzyczny w Monkey's Forehead. Moi sąsiedzi zebrali sie tam, by wygrać 250 funtów przewidzianych jako główna nagroda (2 z nich będzie studiować muzykę i można by chyba powiedzieć, że ich przechwałki nie były na wyrost). Niestety po 3 rundach słuchania rozmaitych kawałków nagrody nie wygrał nikt. A moje płuca mają na koncie kilka paczek samodzielnie skręconych papierosów...czegóż to się nie robi dla kolegów...