The Conquest of England

Relacje z frontu na Wyspach.

Nazwa:
Lokalizacja: Poland

środa, lipca 04, 2007

Dzień 142 - wtorek

Na chińskim targu, który co wtorek odbywa się w budynku samorządu, kupiłem dziś wysuszony korzeń lotosu. Wan Yung powiedziała, że można z tego zrobić zupę.

Wieczorem, spragniony orientalnych smaków, zacząłem przyrządzać wywar. Na opakowaniu instrukcja była w chińskich znaczkach, więc zdałem się na intucję. Benedine radziła, żeby gotować tak długo, aż będzie miękkie.

Tak, jak średiowieczny alchemik biedził się, by znaleźć kamień filozoficzny, tak ja kombinowałem, jak uczynić korzeń lotosu miękkim. Po pół godzinie gotowania wciąż był twardy jak kalarepa, więc pokroiłem go na kawałki. Kolejne pół godziny w bulgoczącej wodzie nie przyniosło prawie żadnej zmiany.
W końcu byłem zbyt głodny, żeby czekać dłużej. Końcowy efekt wyglądał tak:








Dzień 141 - poniedziałek

Kiedy rozpoczynałem tu studia, sądziłem, że będzie tutaj dyscyplina, wysoki poziom, pewna "klasa", którą będą się cechować przynajmniej nauczyciele. I, jak kilka razy wcześniej, dziś znów prysły moje złudzenia.

Pan G.P. Ansaloni, ćwiczeniowiec, opowiadał nam dziś, jak pracował kiedyś w dziale sprzedaży i nic mu się nie chciało, więc połowę czasu pracy spędzał w internecie. Mówił, że człowiek jest leniwy, jeśli mu wystarczająco dobrze nie płacą. I jakby na potwierdzenie swoich słów przyznał, że spał dziś tylko 3 godziny, jest zmęczony, więc uważa zajęcia za zakończone. Była 13.20, niecałe pół godziny po rozpoczęciu.

Nie ma jednak tego złego: Poprosiłem Jose, żeby pomógł mi w "liście do przyjaciela" na hiszpański. Zaznaczył kilka błędów, wrzucił kilka przydatnych zwrotów i mój list od razu wyglądał lepiej.

Wieczorem przyszedł czas na pierwsze klubowe obowiązki - spotkaliśmy się z nowym skarbnikiem, żeby przejrzeć budżet. I wyszło na to, że zaczynamy na minusie. Ale konsekwencje przekroczenia budżetu nie są ponoć bolesne, więc na razie się nie martwię. Martwię się natomiast o skarbnika, który jest co najmniej pasywny - właściwie zgłosił się na tą rolę chyba z łaski i inicjatywy pewnie nie mogę oczekiwać...ale może dzięki temu się więcej nauczę?

Wieczorem przyszło do mnie deja vu - konkretnie sąsiad Vinay, którego ostatni raz widziałem chyba 5 miesięcy temu, kiedy przychodził pożyczyć notatki na sprawdzian. Teraz prosił o notatki z całego roku. Nic dziwnego, że prosił, skoro rzadko kiedy widziałem go na wykładach. Nic dziwnego też, że odesłałem go do podręcznika - nie czuł bym się w porządku wobec siebie dając mu notaktki, nad którymi pracowałem kilka godzin. Odszedł, trochę zawiedziony, z moim podręcznikiem.

Czas na kolację. Zostały mi 2 ryby i 5 porcji płatków. Cudu chyba nie będzie...

niedziela, lipca 01, 2007

Dzień 140 - niedziela

Powoli nadchodził wieczór. Słońca zachodziło już nad zamkiem w Windsorze, kiedy wybiegałem z akademika. Na ramieniu, jak zwykle, podskakiwała torba ze strojem do karate.

Lekko rozgrzany dotarłem na salę. Wszyscy powoli się schodzili. Byłem trochę podekscytowany i niepewny, bo sama nazwa stymulowała wyobraźnię - "Karate-athon", czyli maraton karate. W duchu liczyłem na naprawdę morderczą godzinę treningu.

Przed wejściem niektórzy rozmawiali o tym, ile zebrali pieniędzy. Cały ów Karateathon to bowiem pretekst, który miał zachęcać ludzi do dawania na cel charytatywny. Z założenia koledzy, przyjaciele, rodzina czy współpracownicy "sponsorują" daną osobę, która podejmuje się wziąć udział w Karate-athonie, ów sponsoring idzie natomiast na zbożny cel. Nie bardzo rozumiem ów mechanizm i to, dlaczego miałoby to być skuteczniejsze od zwykłego zbierania datków. Ale może chodzi - jak zawsze - o "having fun".

Podzielono nas na 3 grupy. Każda przez 10 minut miała w pocie czoła wykonywać zadane ćwiczenia. Na pierwszy ogień poszło kumite, czyli wolna walka (w rozsądnych granicach). Kumite, w przeciwieństwie do kihonu (ćwiczenia technik podstawowych) męczy nie tylko ciało, ale i umysł. Trzeba cały czas koncentrować się na ruchach przeciwnika - chwila nieuwagi i jesteśmy trafieni (oczywiście każdy kontroluje ciosy, bo nie ćwiczy się po to, żeby uszkodzić przeciwnika). Niestety moje nadzieje o morderczym wysiłku odpływają, bo sensei krzyczy: "Dawajcie z siebie wszystko", po czym już cicho mówi: "Nie ćwiczcie tak ostro, bo się szybko wykończycie".

Później przyszedł czas na minutę przerwy. Ledwie wystarczyło, żeby złapać oddech, który wszyscy nagle gdzieś stracili.

Grupa druga: kata czyli formy. Idea kata to sekwencja ruchów, która jest walką z wymyślonym przeciwnikiem. Wykonana idealnie ma nie tylko przypominać, ale właśnie być prawdziwą walką - dlatega tak ważne jest nastawienie psychiczne. Mimo, że nie ma przed tobą przeciwnika, uderzaj tak, jak gdyby tam stał. Z takim właśnie nastawieniem mieliśmy wykonać najbardziej podstawową z form - kihon. Oczywiście był tez haczyk - między każdym ruchem mieliśmy wykonać kopnięcie. Raz za razem prędkość wzrastała, więc pod koniec każdy zdawał się na automatyzm i liczył, że pamięć ciała go nie zawiedzie.

Druga przerwa zastała niektórych na ziemi. Ciężko sapali. Na plecach każdy miał już mokrą plamę.

Runda trzecia, czyli kihon. Obraz, jaki zwykle się z tym kojarzy, to rzędy tam samo ubranych wojowników, godzinami ćwiczących jedno uderzenie lub blok. Cios za ciosem i okrzyk za okrzykiem. W rzeczywistości jest jednak inaczej. Ćwiczenie składa się często z kilku czy nawet kilkunastu połączonych technik, które należy wykonać w miarę płynnie i szybko. A wszystko to po serii japońskich komend i krótkim pokazie. Tym razem trudność polegała tak na technice, jak i na szybkości.

Po pół godzinie większość osób wyglądała na zmęczoną. Ktoś nadwerężył sobie kolano, ktoś inny skarżył się na odcisk na stopie. Większość rozglądała się za butelką z wodą albo siedziała na ziemi i oddychała ciężko.

Cały układ powtórzył się jeszcze raz. Wszyscy już z nieco mniejszym zapałem i energią atakowali, bronili się i wykonywali techniki. Kiedy zbliżała się pełna godzina, wielu raz po raz niespokojnie patrzyło na zegar, który obojętnie wisiał na tylniej ścianie. Pewnie nie tylko mnie wydawało się, że złośliwie spowalniał czas, przedłużając nasze męki.

W końcu wybiła pełna godzina. Wszyscy a ulgą padliśmy na podłogę i leżeliśmy kilka minut, czując jak wraca nam spokojny oddech i przegrzane ciało powoli się ochładza. Tak skończyła się godzina intensywnego treningu. Szkoda, że to tylko raz w roku.

Późnym wieczorem, jak zwykle, zapukała Wan Yung. Po chwili wyszło na jak, jak zwykle, że ma na jutro esej do napisania. I jak zwykle odkłada to aż do 3 w nocy, kiedy poczuje ukłucie obowiązku i falę presji. Twierdzi, że tylko wtedy może się zmobilizować do pracy. Mówię, że to niedobrze, żegnam się i idę spać. Myślę, że dziś zasłuzyłem.

czwartek, maja 17, 2007

Dzień 139 - sobota

Sobota, jaka jest, każdy wie – jemy i uczymy się. Tak też było i dziś. W ramach odpoczynku dokończyłem „Szahinszacha” – Kapuścińskiego reportaż o Iranie w okresie rewolucji Szaha i rewolucji religijnej Chomeiniego. Przy okazji muszę przedyskutować to z Pardis, w końcu to jej historia.

Dzień 138 - piątek

Wiecie, dlaczego starszym płacą w pracy więcej? Bo są lepsi? Nic takiego – dzieje się tak tylko po to, żeby zachęcić młodych do cięższej pracy perspektywą przyszłych zarobków. A wiecie, dlaczego szefowie zarabiają tak dużo? Dlatego, że są najważniejsi? Nie tylko – perspektywa awansu do lepszych zarobków będzie każdego na każdym szczeblu motywowała do lepszej pracy. O tym i innych sprawach związanych z zatrudnieniem mówiono nam na dzisiejszym wykładzie.

Ale cóż wykład, kiedy za kilka godzin koncert! Wróciłem żeby się przebrać i znaleźć coś różowego jako nasz obowiązkowy element stroju. Jedyne dopuszczone kolory to czarny z nutką różowego. Na szczęście sąsiadka Pardis okazała się być fanką tego koloru, więc na próbę ruszyłem z różowym szalikiem (w kieszeni, rzecz jasna, żeby zachować godność). Sala okazała się być większa niż przypuszczałem – naliczyłem przeszło 100 krzeseł. Próba nie poszła najlepiej, ale skądinąd pamiętałem, że żadna z moich prób generalnych nigdy nie wypadała za dobrze…mimo to przed samym występem Jozef, wesoły Czech, powiedział: „Kto jest tak głupi, żeby dawać za taki marny koncert całe 10 funtów?”. Ale potem dodał: „Today, we will gather the fruits of our work” i rzucił do Svehli, Słowaka, „zniwa!”. „Żniwa!” – podchwyciłem i niespodziewanie wszyscyśmy się roześmiali.

Kiedy stanęliśmy już naprzeciw ciemności widowni, w paraliżującym świetle jupiterów, nie myślałem już o tym, że to nie najlepsze miejsce dla kogoś, kto nie bardzo potrafi śpiewać. Ale w końcu śpiewać każdy może, a poza tym mój głos i tak ginął w całym chórze.

Pięknie zabrzmiało „Halleluja”, znane ze Shreka i piosenek Leonarda Cohena. Nie gorzej udało nam się „Somebody to love” jako zaplanowany bis – wprawdzie Frieddie Merkury by się pewnie powstydził, ale…natomiast heavy metalowa piosenka System of a Down była niewątpliwie największym zaskoczeniem i zgarnęła największe oklaski. Nie co dzień słyszy się przecież metal a capella.

Po koncercie byłem bardzo z siebie dumny i zadowolony – występowałem już wprawdzie na scenie, ale nigdy jako śpiewak. Nigdy też nie sądziłem, że przyjdzie dzień, w którym razem z chórem będę dawał koncert. Życie, jak widać, potrafi zaskakiwać.

Dzień 137 - czwartek

Wykład ze statystyki, który zabija moje przedpołudnia, był – wyjątkowo – ciekawy. No bo nie codziennie uczą przecież, jak przewidywać przyszłość albo odkrywać rzeczy ukryte. A tutaj okazuje się, że to właściwie bardzo proste: zbieramy trochę informacji, dodajemy, podstawiamy, dzielimy i już gotowe – linia regresji pokazuje nam współzależność skutków i przyczyn.

Podczas obiadu okazało się, że przygotowanie ryby z miodem jest prostsze aniżeli podaje to większość książek kucharskich. Po prostu podgrzewamy rybkę i polewamy ją miodem. Smakuje świetnie.

Wykład popołudniowy (Economic Philosophy) tym razem trwał tylko 50 minut, bo Jeff miał wezwanie na policję. Nikogo właściwie nie zdziwiło, że 80% zeszło na dygresje i omawianie motywacji podjęcia studiów. Ale przynajmniej było ciekawie.

Zaraz potem rozgrywały się wybory do Investment Club na przyszły rok. Razem z Iulianną myśleliśmy sobie, żeby razem przejąć stery nad sektorem międzynarodowym. Na miejscu okazało się niestety, że jest jeszcze ten trzeci i nasze plany rozdania stołków między sobie runęły. Wiedziałem o nim, że jest bardzo liczy na przejęcie sektora, zapewne z tytułu korzyści, jakie to ze sobą niesie (wpis do CV). Wiedziałem też, że chociaż nie był zbyt dokładny i sumienny przy odrabianiu cotygodniowych raportów, to teraz gra dla niego ma zbyt wysoką stawkę. Wystarczyło, że zamieniłem z nim kilka słów, żeby okazało się, jak bardzo zależy mu na tej pozycji. Chwila zawahania, potyczka z własną ambicją i dumą i…odszedłem, mówiąc, że się wycofuję.

Raz jeszcze karate stało się ucieczką i wytchnieniem. Blaithe, roześmiany wojownik, zapewnił nam jeden z bardziej męczących treningów, jakie pamiętam. Mówił jeszcze:

– You’re nice and warmed up? Time for a tough session. If you feel it is easy for you, make it harder. Driving an easy way is bad. Karate is all about making things harder.

Ktoś zaraz powie: „Jakże to tak? Po co się trudzić, skoro można coś zrobić łatwo, mniejszym kosztem albo nie robić tego w ogóle? To przecież bez sensu!”. Wysiłek i zmęczenie są nagrodą samą w sobie – kroczenie drogą samodyscypliny jest zarówno środkiem, jak i celem samym w sobie.

Było przed 22, kiedy wróciłem do pokoju. Kimono powiesiłem na kiju, spodnie na wieszaku, wziąłem brudne garnki i poszedłem do kuchni. W drodze pomyślałem, że to dobry dzień, żeby zrobić naleśniki. Kolejny raz zgorszył mnie widok zapchanego resztkami makaronu penne zlewu. Ale prawdziwa cholera wzięła mnie, kiedy nasypałem już płatków do miseczki, wyjąłem produkty na naleśniki i sięgnąłem do lodówki po mleko. Bo zamiast mleka znalazłem tam tylko szyderczą pustkę. I zaczęło się kombinowanie (--> ..:://Teganita\\::..)

Teganita

Parados:

Chór:
Od zarania świata, gdy bogowie lud stworzyli
I życiem ich na ziemi łaskawie obdarzyli
Człowiek naturę swą odrzuca, kusi go potęga
I los dany przemienia i wciąż wyżej sięga!
Prometejskiego śladem czynu, co skazę zostawił
Gdy na świat przyniósł złodziejstwo, a honor ograbił.

Epejsodion IV:

Wojtek:
Ach ta niepewność! Ten strach przed nieznanem
Co ujrzę, gdy dziś przed drzwiami mej spiżarni stanę?
Czy widok ten raz jeszcze duszę mą ukoi
Czy też spokój jej cały runie na wzór Troi?

Ale dość myśli niespokojnych, czas zmierzyć się z losem
Oko w oko spojrzeć, nie uchylić przed ciosem
I choćby tam najstraszniejsze mnie męki czekały
I to lepsze jest niż drżeć w niepewności cały.

O bogowie! Niech mi wasza łaska towarzyszy pod niebem
Hermesie, chroń mnie przed twych wyznawców gniewem

Mocą bogów wspierany otwieram drzwi spiżarni
Chłód mnie owiewa okrutny, zwiastun mych męczarni
Bo co było – zniknęło i pozostał tylko głód
O Bogowie, zlitujcie się, uczyńcie dla mnie cud!

Stasimon IV:

Chór:
Nie rozpaczaj, młodzieńcze, i porzuć swe obawy
Bo to źle gdy człowiek życie wiedzie podług strawy
Nie żołądek, lecz rozum niech twe kroki kieruje
Na ścieżkę, gdzie przebaczenie nad gniewem króluje!

I o tym pamiętaj, że sam nie jesteś w biedzie
Że po Tobie wzrokiem życzliwym Fortuna wciąż wiedzie
Rozejrzyj się wkoło, zbierz myśli i jedzenie
I z tych dwóch składników przyrządź sobie pożywienie

Epejsodion V:

Wojtek:
Oto czuję, jak w mej głowie już wizja się rodzi
Aby z tych oto składników dziś naleśnik spłodzić
Jogurtem zastąpię mleko skradzione parszywie
I tak swą kolację przyrządzę uczciwie.

Exodos:

Tak oto stara mądrość ludowa się jawi
Że co dobre, dobrze się kończy – i trawi.

wtorek, kwietnia 03, 2007

Fast food

1. Wbiegamy do kuchni, prawą ręką otwierając drzwi (w lewej trzymamy bowiem brudne garnki z dnia poprzedniego).

2. Lewa stawia garnki w zlewie i sięga po czajnik elektryczny, podczas gdy prawa odkręca już gorącą wodę. Nalewamy około litr i przystawiamy.

3. Wykorzystujemy minutę do tego, żeby odmierzyć 300 ml zimnej wody i rozrobić w niej sos w proszku.

4. Do czystego garnka z szafki (ten drugi leży na zlewie brudny) nalewamy wrzątku i wstawiamy na palnik.

5. Jedna ręka sięga po sól, druga po makaron, ryż, kaszę, kuskus czy cokolwiek innego, co chcemy ugotować.

6. W tym czasie woda w garnku już bulgoce, więc solimy i wsypujemy to, co chcemy zjeść. Mieszamy wyciągniętym w tak zwanym międzyczasie widelcem, który potem kładziemy wzdłuż na rączce garnka lub trzymamy w zębach, żeby był „pod ręką”.

7. Bierzemy patelnię (jeśli jest wśród brudnych naczyń, to szybko ją myjemy i dokładnie wycieramy) i polewamy olejem, który drugą ręką wyciągamy z szafki. Wstawiamy na palnik.

8. Wyciągamy z zamrażalnika rybę (lub kurczaka z lodówki [lub cokolwiek innego, co nadaje się do smażenia]). Lewą ręką kręcimy lekko patelnią, żeby rozprowadzić rozgrzany olej i kładziemy mięso, które mamy właśnie w prawej ręce.

9. Widelcem (nie w zębach, a w dłoni!) mieszamy ryż/makaron/kaszę/kuskus/cokolwiek innego.

10. Myjemy szybko i wycieramy drugi brudny garnek. Wlewamy rozpuszczony proszek na sos i wstawiamy na średni ogień.

10a. W zależności od sosu możemy chcieć użyć przypraw. Teraz jest czas, żeby je wyciągnąć. Możemy nimi posypać smażące się mięso (np. przyprawa do ryb czy przyprawa kuchni greckiej do mięs) bądź poczekać i posypać ryż (np. curry).

11. Mieszamy widelcem po kolei w każdym naczyniu. Rybę przekładamy na druga stronę. Mamy teraz wolną chwilkę, więc możemy szybko umyć pozostałe brudne naczynia lub po prostu popatrzeć w okno, zamyślić się albo przeczytać 2 strony książki.

12. Próbujemy ryżu/makaronu/kaszy/kuskusu/czegokolwiek (powinno być gotowe po ok. 15/10/15/6/? minutach).

13. Kiedy jest już dobre, wyłączamy palnik pod patelnią i mieszamy w garnku z sosem – powinien być już gęsty.

13. Wylewamy wodę:

  • Jeśli używasz sitka, to ten poradnik nie jest dla ciebie,
  • jeśli uzywasz przykrywki lub talerza, to po wylaniu wody potrząśnij jeszcze garnkiem – trochę zawsze zostaje po pierwszym wylewaniu,
  • jeśli podążasz Drogą Mistrzów, chwyć pewnie rączkę i cierpliwie przechylaj garnek; zajmie to więcej czasu, ale daje lepsze efekty; możesz wspomóc się widelcem, który przyłożysz do krawędzi, żeby zatrzymać wylatujące ziarenka ryżu, kaszy czy czegokolwiek.

14. Dodaj sos i rybę do ryżu, kaszy lub kuskusu. Jeśli jednak gotowałeś makaron, lepiej wrzucić go do sosu, żeby pozbyć się osiadłej na dnie garnka wody.

15. Dodaj rozdrobnioną rybę lub pokrojonego kurczaka.

16. Wszystko zamieszaj i ewentualnie dodaj przypraw.

17. Zalej patelnię i drugi garnek gorącą wodą.

18. Wyłącz wszystkie palniki.

19. Pomódl się przed jedzeniem.

20. Smacznego!

Całkowity czas: 15 – 20 minut
Czas/jakość: bardzo dobra

Dzień 136 - środa

Rano zobaczyłem, że przy drodze zaczęły zakwitać przebiśniegi. Dziwne, zwłaszcza, że ostatnio noce były raczej mroźne. Ale może to znak, że czas wypatrywać lecących do Polski bocianów?

Sądziłem, że skrzynka będzie zasypana mailami z odpowiedziami na ankietę. Nie wiem czy tak było, bo nie mogłem się nawet zalogować. Cały czas pojawiał się komunikat: „Twoje konto zostało zablokowane. Skontaktuj się z administratorem”. Tak też zrobiłem. I co się okazało, zbanowali mnie za masowego maila. Bo nie wolno tak robić. Chciałem zapytać po co w takim razie udostępniają wszystkie adresy w liście kontaktów, ale wolałem nie pogarszać sprawy. Wygląda na to, ze będę musiał zbierać dane do ankiety tradycyjną drogą…

Po powrocie do akademika postanowiłem sprawdzić pocztę i spotkałem tam Pardis. Akurat odbierała paczkę, która przyszła do niej na Irański Nowy Rok, jej najważniejsze święto. To musi być bardzo miłe, dostać taką paczkę. Ale polskich, jak uczy doświadczenie, chyba nie przepuszczają.

Obiad był kolejną wariacją wersji fast ford (--> ..:://Fast food\\::..). Później dalej szperałem po angielskich parkach narodowych, internetowych przewodnikach turystycznych i różnorakich mapach: czysta rozkosz! Ale o 18:00 musiałem się pozbierać i pomknąć na uniwersytet. W torbie zamiast białego stroju i żółtego pasa miałem jednak plik kartek z nutami. Prześpiewaliśmy pozostałe kilka piosenek naszego repertuaru, za pierwszym razem z kartkami, za drugim bez. Za pierwszym razem wyszło bardzo dobrze, za drugim nie bardzo…

Dzień 135 - wtorek

Ostatni stres pamiętam chyba w związku ze studniówką. I maturą. Nie pisemną, bo to była tylko ekscytacja, ale ustną. Aha, i jeszcze bal maturalny. W każdym razie zawsze jakoś wiązało się to z publicznym występowaniem – nie to, że nie lubię, ale publiczne przemawianie było dla mnie czymś dużo bardziej wyjątkowym niż przeróżne pisemne testy. Dziś, o dziwo, było trochę inaczej. Myślałem wprawdzie o tym, co mniej więcej powiem, ale ogólnie liczyłem na to, że „jakoś pójdzie”. Dopiero koło południa zacząłem niepokój, który jak fala przypływu zwiększał się z każdą godziną. Postanowiłem zrobić sobie jednak mały plan tego króciutkiego, minutowego wystąpienia – w końcu stawka jest, bądź co bądź, wysoka. Wieczorem, kiedy zebraliśmy się wszyscy, czułem już tą znajomą ekscytację, jak sprinter przed startem w najważniejszym biegu. Każdy moment, który dzielił mnie od prezentacji wydawał się zbyt długi. Ale w końcu przyszedł czas. Zebrani w pustej jadalni, pod zabytkowym, renesansowym sklepieniem, obserwowani przez martwe oczy portretów tych, którzy zasłużyli się dla uniwersytetu, usłyszeliśmy pytanie, na które czekałem już od kilku dni:

- „Who wants to run for the position of the President of the Boots?”

Podniosłem rękę I rozejrzałem się. Zamiast innych rąk zobaczyłem tylko oczy – jedne zaskoczone, inne obojętne, inne jeszcze – wróżące sukces. Głos w mojej głowie mówił: „gratuluję, panie przewodniczący”, ale zagłuszył go inny, krzycząc: „skup się, zaraz będziesz gadać” i trzeci, który przebił się dopiero, kiedy stanąłem przed wszystkimi: „naturalnie zapomniałeś kartki”. „Cisza!” – pomyślałem i zacząłem mówić. Potem wyprowadzili mnie za drzwi i przeprowadzili „tajne głosowanie”. Po 20 sekundach wszedłem, żeby usłyszeć: „Panie i panowie, przedstawiam wam nowego przewodniczącego Bootsów”. Rozległy się nieśmiałe brawa, ja usiadłem i zacząłem oswajać się z nowym statusem.

Na pozostałe pozycje – sekretarki i skarbnika też ledwo znaleźli się chętni. Ale cóż, nie ma co narzekać, postaramy się zrobić najlepsze co możliwe w obecnym składzie.

Po wyborach poszliśmy piętro niżej do „Crosslands”, żeby omówić obowiązki, które mnie czekają. Okazało się, że jak zwykle jest mnóstwo rzeczy, których nie widać z zewnątrz, a zaprzątają głowę tych, którzy sterują od kuchni. Co więcej, mam jakieś 2 tygodnie, żeby wymyślić i znaleźć 5 miejsc na przyszłoroczne wycieczki oraz załatwić tam schroniska. Ale przecież o to mi chodziło. Przecież to właśnie to, co tak lubię.

I właśnie dlatego po powrocie zabrałem się nie za spanie, a za szukanie…

Dzień 134 - poniedziałek

Chciałem się wycwanić przy zbieraniu wyników do ankiety na statystykę – zamiast chodzić i pytać postanowiłem wykorzystać dobrodziejstwa techniki. Jako że nasza uniwersytecka poczta elektroniczna zawiera nie tylko adresy do wszystkich poszczególnych studentów i profesorów, to są też pogrupowane kierunkowo listy adresowe: ekonomia, geografia, fizyka etc. Przez pół godziny wybierałem poszczególne grupy, żeby w miarę reprezentacyjnie oddawały społeczność studencką. Byłem bardzo zaskoczony, kiedy w chwilę po wysłaniu przyszły wiadomości od administratora: „niedostarczono”…

Podczas obiadu Asif powiedział, że kiedy przyjechał do Brukseli kilka lat temu, to nie mógł się przyzwyczaić – nie dość, że ludzie tam siedzieli na krzesłach przy wysokich stołach, to jeszcze używali do jedzenia sztućców. Okazało się bowiem, że w Bangladeszu (i pewnie kilku innych państwach Dalekiego Wschodu) siedzi się na poduszkach przy niewielkim stole i po opłukaniu dłoni w misce z czystą wodą je się rękami prosto z misek. Z jednej strony wydaje się może barbarzyńskie. Ale może to Europejczycy zaczęli używać sztućców, bo ciągle mieli brudne ręce? Kto wie…ale jak w takim razie jecie np. ryż i kurczaka z sosem – zapytałem zdziwiony. Da się, da się – powiedział Asif z przebiegłym uśmiechem – kiedyś was nauczę.

Wieczorna próba przedłużyła się do 3,5 godziny. Ale tak to jest, kiedy za 4 dni ma się koncert. Prześpiewaliśmy połowę repertuaru i dodatkową próbę uzgodniliśmy na środowy wieczór.

Pomyślałem o moich biednych esejach na przyszły tydzień – z każdym dniem ich wołanie stawało się coraz bardziej nieśmiałe, stłumione, a zarazem bardziej rozpaczliwe. Godziny mijały, a folder „Spring essays” był cały czas pusty. Teraz albo nigdy – pomyślałem i jak pomyślałem, tak zrobiłem. Do 3 powstał niezły szkic, dokończenie będzie formalnością. Położyłem się zmęczony, ale ze spokojniejszym trochę poczuciem obowiązku.

Dzień 131, 132, 133 - piątek, sobota, niedziela

Wracamy pociągiem z Piccadilly Station. Wagon jest bez przedziałów, bo wszystkie tu są takie, ale wyglądem przypomina polskie Intercity. Przed nami dwie i pół godziny jazdy – w sam raz, żeby wspomnieć to, co działo się podczas weekendowego wypadu do Manchesteru.

W piątek popołudniu razem z Wan Yung pojechaliśmy do londyńskiego Chinatown. Wizyta w chińskim markecie była jak podróż do innego świata: nieznane owoce, zagadkowe słoiki i tajemnicze znaczki, które służyły za opis – wszystkie one sprawiały, że każdą rzecz jak dziecko brałem w ręce i jak dziecko badałem. Później zaczęliśmy szukać miejsca na obiad – naturalnie miał być to chiński bufet. Przeszliśmy całą dzielnicę 2 razy zanim uświadomiłem Wan Yung, że nie znajdzie tu zadowalającego jej standardu, jaki zna z domu. W końcu usiedliśmy w miejscu, gdzie do dyspozycji było zaledwie 20 potraw. Nie wiem, czy można sobie wyobrazić, nie doświadczając tego wcześniej, żeby zjeść 4 czy 5 talerzy zupełnie różnych potraw – po 1 kawałku każdej – i jeszcze wszystkiego nie skosztować. Mnie to jednak za każdym razem zadziwia. Gdyby ktoś zobaczył nas przy stole, zapewne przetarłby oczy ze zdumienia. Wan Yung, tak jak wielu innych skośnookich klientów, jadła łyżką i widelcem. Ja, gimnastykując palce i ćwicząc cierpliwość, jadłem pałeczkami…

Godzinę później pędziliśmy już na London Huston, dużą stację kolejową w północnej części miasta, żeby spotkać się tam z Saszą i razem ruszyć do Manchesteru. System przyjazdów i odjazdów na tej wielkiej stacji jest więcej niż skomplikowany. Czas przyjazdów i odjazdów jest wyświetlany na wielkich elektronicznych tablicach w głównym hallu na kilka minut przed pojawianiem się pociągu. Wtedy cała angielska flegma, cała gentlemańska spuścizna znika i zastępuje ją znajomy obraz tłumów, które chaotycznie cisną się do wejścia. Bilety stają się talonami, które, choć teoretycznie zapewniają przejazd, niewiele pomagają, jeśli nie wspomaga się ich łokciami. Masa ludzi rusza pędem, ciągnąc swoje walizki-dwukółki, żeby zająć ograniczone miejsca. Kto nie siedzi na 3 minuty przed odjazdem, ten musi wysiąść i czekać na następny pociąg. Nam udało się usiąść na niezajętej rezerwacji. Po tym wszystkim doszedłem do wniosku, że PKP nie jest jednak takie złe…

Z dworca odebrał nas tata Saszy, Dymiter. I wtedy właśnie zdałem sobie sprawę, że chociaż angielski to obecnie lingua franca Europy, to jednak jego znajomość i akcent mogą bardzo utrudniać wymianę myśli. Myślałem, że to Sasza ma bułgarski angielski. Nie pomyślałem, że jego rodzice mają raczej angielski bułgarski. Trochę czasu zajęło mi przyzwyczajenie się do tego swoistego dialektu.

Dom moich gospodarzy był położony z dala od centrum, w dzielnicy niewielkich domków jednorodzinnych. Nieduży, ale przytulny i, jak się okazało, wykańczany własnoręcznie przez pana Dymitra i synów: Saszę i Iwana.

Wiedziałem już troszkę o zwyczajach domowników, bo Sasza nieraz mi o nich opowiadał. Mianowicie wieczorem przygotowują zawsze obfitą kolację, która składa się z dużej porcji sałatki, ciepłego dania i deseru. Kiedy to wszystko jest już gotowe, zasiadają razem i oglądają film. Życie domowe toczy się wokół dużego pokoju, gdzie w dwóch kątach stoją telewizory, a przy ścianie komputer. Tak też spędziliśmy wieczór, rozkoszując się sałatką, mięsem z ziemniakami i lodami.

Wydaje mi się, że istotą podróżowania jest zapoznawanie się z obcością taką, jaka ona jest, choćby okazała się nowa, niezrozumiała czy nawet niezgodna z naszymi przekonaniami. Tym właśnie różni się chyba turyzm od podróżowania – że zamiast bezludnych zabytków zakonserwowanych jak martwa głowa w formalinie stykamy się z żywym, zmieniającym się światem i zamieszkującymi go ludźmi. Czasem nie odpowiada to naszym oczekiwaniom – tym lepiej, bo padają wtedy stereotypy, a w ich miejsce wchodzi rzeczywistość. Skrajny przykład: mógłbym oczekiwać, że w myśl moich iluzji zobaczę wnętrze wystrojone Bułgarskimi obrazkami prawosławnymi i ludzi w strojach niczym nasze Mazowsze. Zamiast tego poznałem zanglicyzowaną rodzinę emigrantów, czyli pewnie dobry przykład kilku procent populacji Wielkiej Brytanii.

Na drugi dzień pan Dymiter zabrał nas na objazd po Manchesterze. Najpierw pokazał mi położony nad kanałem ciągnącym się aż do Liverpoolu legendarny stadion Czerwonych Diabłów – Old Trafford. Ta mekka angielskich kibiców wznosi się okazale nad niskimi budynkami dzielnicy. W dni ważnych meczy przepełniona wiernymi futbolu, na co dzień zaprasza jedynie do przepełnionego komercją sklepu klubowego. Można tam, jak w dobrym sklepie z dewocjonaliami, kupić wszystko – oczywiście z symbolami klubowymi.




Następnie poprosiłem, żebyśmy podjechali do Trafford Centre. Pan Dymiter nie był chętny, bo mówił, że to tylko kolejne centrum handlowe, ale z uśmiechem spełnił moją prośbę. Po drodze Sasza z przejęciem opowiadał o 160 sklepach i godzinach, jakie spędzał z bratem w tamtejszych marketach komputerowych. Ich tata podbił liczbę do 240. Dziś, po sprawdzeniu, okazuje się, że jest ich tam 280. 280 sklepów ze wszystkim, czego może potrzebować współczesny konsument, żeby owocnie spędzić weekend. Tysiące ludzi, którzy przychodzą tutaj każdego dnia to bez wątpienia znak naszych czasów – kultura konsumpcyjna w całej okazałości. Restauracje to całe osobne skrzydło, gdzie nawet architektura i wystrój podporządkowane są poszczególnym kuchniom świata: chińskiej, włoskiej czy indyjskiej. Rozrywka to naturalnie sztuka pop-kultury, czyli kino z kilkoma salami, gdzie wyświetla się najnowsze hollywoodzkie produkcje. A między tym wszystkim niezliczone kafejki i bary, gdzie można przysiąść i odpocząć od męczącego zwiedzania kolejnych markowych sklepów. Mimo całego tego krytycyzmu muszę przyznać, że bardzo mi się tam podobało. Zewnętrzna fasada nawiązywała do baroku, wnętrze zaś, z przeszklonym dachem nad głównym pasażem, łączyło w sobie nowoczesny standard szkła i metalu ze stylem klasycznym. Ciekawe, czy jest to ładniejsze niż Nowy Stary Browar, który dziś otwierają…



Po drodze do centrum przeszliśmy się jeszcze wzdłuż Manchester Sea Canal, zbudowanego w 1882 roku, żeby Manchester mógł zyskać niezależność od Liverpoolu.

Idąc czystą, zadbaną aleją obsadzoną drzewami dotarliśmy do mostu spinającego 2 brzegi. Zawieszony był zaledwie kilka metrów nad lustrem wody – jak zatem przepływały tutaj wielkie statki, by dotrzeć do położonych kilkaset metrów dalej magazynów portowych? Z pomocą pośpieszył tata Saszy, wyjaśniając, że most ten nie dzieli się na 2 podnoszone skrzydła, ale posiada specjalny mechanizm, który wznosi w górę całe przęsło.

Zaraz za nim okazale prezentuje się nowoczesny budynek Imperial War Museum. Pan Dymiter podsumował je krótko: „Najciekawszym eksponatem wojennym jest tam…trabant”.

W drodze powrotnej minął nas biegacz z iPodem w uszach. „English are strong men…they do a lot of sports” – powiedział z powagą mój gospodarz – “especially this cricket, the stupides…” – tu chwycił się za usta i filuternie uśmiechnął. Zrozumiałem. Roześmialiśmy się oboje.

Centrum Manchesteru bardzo przypomina Poznań. Dużo jest budynków ceglanych, pozostałości po okresie intensywnego rozwoju przemysłu – to nadaje miastu charakterystyczny styl. Nei tak ściśnięty jak Londyn, Manchester cieszy oko, zwłaszcza, że nowoczesna architektura nie kontrastuje, ale współgra ze starszymi budynkami. W południowej części położony jest kompleks uniwestytetów, w tym Manchester University – największej szkoły wyższej w Anglii. 40 tysięcy studentów sprawia, że podobnie jak Poznań jest to miasto uniwersyteckie. Nie ma tu tak typowego na kontynencie rynku – wpływy Renesansu nie dotarły tak daleko. Jest jednak Albert Square z zabytkowym ratuszem i odchodzącymi od niego głównymi ulicami.

[zdjęcie]

Zwłaszcza jedna, Market Street, przykuwa uwagę – tysiące ludzi przechadzających się wąską uliczką otoczoną z obu stron ciągnącymi się, jak sugeruje nazwa, sklepami. Triangle, Printworks, Selfridges, House of Fraser czy największe z nich – Arndale – to nie pasaże ze sklepami, to jeden gigantyczny kompleks rozrywkowo-handlowy. Wielkie sale kinowe, restauracje, bary, kafejki, luksusowe sklepy z biżuterią i ubraniami, specjalistyczne punkty sportowe, oddziały banków i biura podróży – wszystko, czego potrzeba współczesnemu klientowi, żeby na chwilę uczynić go zadowolonym.

Nieco dalej, w przeciwnym kierunku znajdują się Piccadilly Gardens. Obecnie nie ma to jednak nic wspólnego z ogrodem – betonowy plac jest w remoncie i większa jego część jest zamknięta. Napotkaliśmy tam kilku Murzynów, którzy śpiewali coś przez mikrofon – okazało się, że to chrześcijański rap na freestyle’u, kolejna próba dotarcia do zlaicyzowanego społeczeństwa.

Po drodze mijamy niewielkie Manchester Art Gallery. Krótka wizyta pozwala zapoznać się z przedstawicielami angielskiej sztuki od XVI wieku aż do współczesności. Nie zachwyca, ale mimo to warto zajrzeć i ocenić samemu.

Katedra, przedstawiana w Internecie jako jeden z piękniejszych zabytków miasta, trochę rozczarowuje. Schowana w wąskich uliczkach nieopodal Market Street, nie prezentuje się w całej okazałości. Wewnątrz, zamiast modlitewnej ciszy i skupienia zastałem gwar dzieci, które uczestniczyły w jakiejś szkółce parafialnej i właśnie dostawały w nagrodę ciasteczka. Dorośli siedzieli wokół na krzesłach, niektórzy żywo rozmawiali. Minęło mnie kilku księży w sutannach i ze wstążką wokół szyi. Kościoły metodystów, podobnie jak ewangelickie, służą nie tylko jako uświęcone miejsce spotkania z Bogiem, ale też jako ośrodek spotkań wspólnoty parafialnej. Takie rozwiązanie sprawia, że kościół może stać się centrum życia nie tylko religijnego, ale też wspólnotowego, umacniając nie tylko więzi duchowe, ale też społeczne. Sens takiego rozwiązania stawał się bardzo wyraźny w zestawieniu z centrami handlowymi. Tu i tam ludzie spędzają całe popołudnia – jedni na lekturze Biblii, drudzy zaś – na odwiedzaniu sklepów. Być może jest to realna alternatywa wobec kultury konsumpcyjnej i spędzania weekendów na zakupach, w restauracjach i kinopleksach, które w dużych miastach staje się już niemal tradycją.

Nasz spacer po centrum zakończył się znowu w jego głównym punkcie – Albert Square. Trwał tam właśnie festiwal z okazji dnia Świętego Partyka, patrona Irlandii. Z wielkiego namiotu dobywała się żywa i skoczna muzyka tradycyjna, a wokół, na mniejszych straganach, sprzedawano mniej lub bardziej sensowne pamiątki i suweniry. W drewnianej budzie brodaty starzec o wyglądzie pustelnika wróżył jakiejś naiwnej dziewczynce z dłoni, kilka kroków dalej serwowano tradycyjne irlandzkie przekąski.

Było już późno, czas na lunch dawno minął i zbliżała się godzina „tea” . Niech wan jednak nie zmyli ta niewinna nazwa – nie chodzi bynajmniej o spotkanie na herbatkę – „tea” to nazwa posiłku jedzonego o tej porze dnia. Naszym „tea” była wizyta w Chinatown, tym razem w Manchesterze. Nieprzeliczone potrawy i godzinna biesiada sprawiły, że późniejszy 50-minutowy spacer do domu Saszy okazał się trudniejszy niż przypuszczałem, zwłaszcza, że „fifteen minutes” okazało się być „fifty minutes”.

Warto jednak było iść – w drodze powrotnej zobaczyłem coś, co naprawdę szokowało:



Zabytkowy kościół? Piękny gotycki styl? Już nie – kilka metrów dalej widniał szyld mówiący, że wewnątrz są pokoje na sprzedaż…

To przygnębiające wrażenie zatarł jednak Hidden Gem, niewielki kościół jak klejnot ukryty w uliczkach nieopodal Albert Square. Stara, gotycka fasada i odnowione, renesansowe wnętrze stanowiły piękny widok. Na białych ścianach wisiała droga krzyżowa, niepodobna jednak zupełnie do tych, które widuje się na codzień. Twarze i kontury skryte w kubistycznej grze brył, w pełnej ekspresji i kontrastu grze kolorów sprawiały widok niepowtarzalny. Artystyczna głębia odczucia, która płynęła z tych dzieł sztuki – ból, cierpienie i miłość były doskonale przedstawione na tych obrazach.

Teraz wracamy już pociągiem z Piccadilly Station. Wagon jest bez przedziałów, bo wszystkie tu są takie, ale wyglądem przypomina polskie Intercity. Przed nami dwie i pół godziny jazdy – w sam raz, żeby się zdrzemnąć po męczącym weekendzie.

niedziela, kwietnia 01, 2007

Dzień 131 - piątek

Dzisiejszy wykład był świetnym przykładem tego, jak można koncept długości jednego zdania omawiać przez godzinę, wykorzystując pół słownika wyrazów trudnych i mimo to nie przekazać głównej idei. No ale nie ma tego złego – doceniłem dzięki temu kilka innych wykładów.

Po hiszpańskim miałem 20 minut, żeby znaleźć się na dworcu – razem z Wan Yung ruszaliśmy do Londynu, a stamtąd dalej na północ, do miasta Czerwonych Diabłów i domu Saszy.

Dzień 130 - czwartek

Dzień Kobiet - niestety nie tutaj. Pewnie by się feministki sprzeciwiły. Poza tym jakoś tutaj jest inaczej: dziewczyn ni kobiet nie przepuszcza się w drzwiach, nie robi się tych drobnych grzeczności, które u nas na co dzień przechodzą niemal niezauważone, a stanowią przecież o kulturze. Inny kraj, prawda. Ale też czegoś zgoła innego spodziewałem się po młodym pokoleniu kraju gentlemanów.

Na Economic Philosophy znowu szargaliśmy świętości. Przesadzam? Tak, ale takie wrażenie pozostało mi po dwugodzinnej dyskusji o tym, czy małżeństwo ma sens, skoro jest tylko oficjalnym dokumentem zabezpieczającym przed zbyt częstymi rozwodami. O co chodzi? Wyobraźcie sobie sytuację, gdzie mąż poświęca się na rzecz żony i zostaje w domu, żeby ona mogła kroczyć ścieżką kariery (taki właśnie przykład rozważaliśmy, ale sytuacja odwrotna jest chyba bardziej realna). Po 10 latach ona ma dyplom, duże zarobki i przyszłość przed sobą, a on – dekadę spędzoną na pracach domowych i poświęceniu. Ale to przecież nic. Na horyzoncie pojawia się ten drugi – bogaty, przystojniejszy, zdolniejszy. Żona mówi do widzenia i znika z nowym, lepszym egzemplarzem, bo w końcu każdy w tej grze jest self-interested: niewierna żona, bo szuka najlepszego możliwego dla siebie partnera, porzucony mąż, bo myślał, że poświęcenie pozwoli mu na czerpanie korzyści z kariery żony w przyszłości i nowy partner, bo wybrał lepszą partnerkę niż zapewne inne, które znał. Raz jeszcze więc – o co chodzi? O to, że małżeństwo zabezpiecza słabych, żeby ich nie wykorzystano tak jak przykładowa żona przykładowego męża. Zejdźmy jeszcze głębiej do czarnej czeluści analizy ekonomicznej: związek i wszystko to, co się z nim wiąże jest inwestycją w bliższą i dalszą przyszłość – wyraża się to przez uczucia, uczynki, więzi. Dlatego z czasem coraz trudniej się rozstać, bo „kapitał”, który bezpowrotnie zainwestowaliśmy w dany związek, zostałby bezpowrotnie utracony. Ale pozostaniemy z kimś tak długo tylko, jak owa wtopiona inwestycja jest większa od możliwych korzyści z nowego związku…tak, dobrze myślicie, jesteśmy już blisko równania na Wasz związek…i takie to pranie mózgów serwują nam w każde czwartkowe popołudnie. „A miłość?”, zapyta jeszcze ktoś naiwnie. Miłość pojawia się i znika i nie ma większego wpływu na takie decyzje.

Żeby było śmieszniej, zaraz po wykładzie udałem się na małą konferencję pod tytułem: „Po co jest seks” w kontekście różnych religii. Nie było większych rewelacji: chrześcijański punkt widzenia przedstawiony przez Ojca Vlada był trochę rozmyty, pastorka anglikańska mówiła, że dostojnicy kościelni nie powinni mieć żon ze względu na funkcję, którą pełnią (dość podobnie jak u nas, bo przecież celibat księży wprowadzono dopiero w Wiekach Średnich). Ciekawym punktem było bardzo ciekawe wystąpienie muzułmańskiego dziennikarza, który porównywał 2 spojrzenia Islamu na seks: dawne i współczesne. Okazało się, że dawniej był to nie temat tabu, ale ważna kwestia, którą rozważali w swoich pismach duchowni muzułmańscy. Obecna próba zanegowania seksu jako takiego jest raczej wynikiem chwilowej (w sensie dziejowym) zmiany nastrojów i narastaniu fundamentalizmu aniżeli pierwotnej niechęci Islamu wobec tej kwestii, jak zdają się potwierdzać liczne księgi pisane kiedyś przez myślicieli Bliskiego Wschodu.

15 minut biegu i trening karate pozwolił mi zapomnieć o wszystkich wątpliwościach, jakie kotłowały mi się w głowie. Lekka zadyszka, rozgrzewka i już jesteśmy w znajomym świecie, gdzie nie ma pytań bez odpowiedzi i problemów nie do rozwiązania. Tylko pot, zmęczenie i satysfakcja. I prosta reguła postępowania:

- Is this your 100%? If you find that you’re comfortable in that stance, make it lower! Make it hard for yourself! Only then you’ll progress and develop!

I couldn’t agree more.

Dzień 128 - środa

Yoshi to jest agent – przyjechał do Anglii z dawnego Edo, stolicy Japonii. Ale to jeszcze nic niezwykłego – wielu jest tu takich. Rzecz w tym, że Yoshi kiepsko mówi po angielsku. A po hiszpańsku jeszcze mniej, chociaż chodził na hiszpański od podstaw w zeszłym semestrze. Dlatego też wynikają takie sytuacje, jak ta dziś rano na zajęciach z español:

Nauczyciel: Yoshi, ¿qué tal estas hoy?
Yoshi: Hę?
Nauczyciel: Yoshi, ¿QUÉ TAL?
Yoshi: ¿Qué?
Nauczyciel: Ok, Yoshi, how are You today...
Yoshi: Aaa. Yyyyhhhmm…
Nauczyciel (wyliczając na palcach): Yoshi: bien, mal o neutral…

Dzień 128 - wtorek

Wszędzie Polacy, dosłownie można ich tu spotkać na każdym prawie kroku: w Sali komputerowej studenci, w Sparze pani obsługująca półki, przed akademikiem młody facet rozwożący pizzę, Ślązak na karate, a teraz to: 2 polskie pary w Tesco! za jednym razem! w ogóle byłem w Tesco nie tylko po jedzenie, ale też po prezent dla rodziców Saszy, bo za 3 dni jadę do niego do domu do Manchesteru i nie wypada chyba przyjechać z pustymi rękami, zwłaszcza, że to Bułgarzy, Słowiańskie dusze, pewnie gość w dom Bóg w dom jak u nas, więc tak chodziłem i się rozglądałem, a Sasza, jak zwykle, krok w krok za mną, czasem to jest aż śmieszne, bo wchodzę do rzędu, gdzie jest jedno miejsce, a on za mną i dopiero potem się orientuje, że nie ma miejsca, no i tak za mną chodził, więc mu w końcu powiedziałem, że szukam prezentu dla jego rodziców – jako żywo zareagował, że nic nie mam kupować, ale postawiłem sprawę jasno, że kupię niezależnie od tego, czy mi pomożesz, czy nie, więc lepiej jak mi coś doradzisz, żeby Twoi rodzice byli chociaż trochę zadowoleni, powiedz mi, co lubią, bo wiesz, myślałem o jakiejś bombonierce, a on, że tak, że bardzo lubią czekoladki i akurat szliśmy wzdłuż półki z różnymi wyrobami czekoladowymi i Sasza mówi: O, to! patrzę, a tam Ferrero Rocher, myślę – tak, dobry pomysł, Sasza sięga i mówi: weź to, pokazując mi pudełko z, w tym momencie nie wiedziałem, czy się śmiać czy płakać, pudełko z dosłownie czterema czekoladkami!, ale wyśmiałem go i wziąłem konkretne opakowanie, jakieś 25 czekoladek, przynajmniej wyglądało ładnie, więc byłem zadowolony i po powrocie uszykowałem je już na podróż, tylko powoli zaczynałem czuć nadchodzącą, wzbierającą jak fala ilość pracy, która mnie czeka, zwłaszcza po weekendzie, przez który, już się nie łudziłem, przez który nic nie zrobię, nie przeczytam, nie powtórzę, ale przecież nie takie rzeczy się robiło, myślałem, kładąc się do łóżka. I spałem całą noc.

Dzień 127 - poniedziałek


„…Fairtrade to ruch, który zaczął się kilkanaście lat temu w Anglii. Kilka firm takich jak Oxfam uznało, że umowy handlowe z producentami kawy czy herbaty z Ameryki Południowej i Afryki są niesprawiedliwe, że to wyzysk. Że wielkie spółki płacą im tyle, że nie wystarcza ani na to, żeby posłać dzieci do szkoły, ani na to, żeby godnie przyodziać rodzinę, nie wspominając już o inwestycjach w maszyny i lepszą produkcję. Dlatego postanowiły założyć Fairtrade, który zapewnia farmerom sprawiedliwą płacę za ich produkty: pozwala kupić żywność, ubrania i posłać dzieci do szkoły. Poza tym płaci tzw. premię, która przeznaczana jest na inwestycje i rozwój, żeby w przyszłości mogli być bardziej konkurencyjni….”

To i inne rzeczy mówił mi pan na stoisku Fairtrade w ramach Fairtrade Fortnight, który trwa właśnie na naszym uniwersytecie. Brzmiało na tyle ciekawie, że poczytałem o tym później i postanowiłem poświęcić temu zarówno moją ankietę na statystykę, jak i duży esej.

Fairtrade nie jest tak idealny, jak się z początku wydaje: krytycy zarzucają mu, że prowadzi do jeszcze większej produkcji produktów, których i tak jest już za dużo. Zamiast obniżać cenę, żeby zbalansować ilość popyt i podaż, podnoszą ją, co prowadzić będzie do jeszcze większych zaburzeń, gdyż ludzie zamiast kupować więcej kupią jeszcze mniej. Konsumenci narzekają natomiast, że chociaż dobre w zamyśle, to jednak stanowczo za drogie jak na niską jakość, jaką oferuje. Ale i te argumenty tracą na znaczeniu kiedy uświadomimy sobie, że życie nie jednostek, ale całych społeczeństw w państwach takich jak Peru czy Kenia zależne jest od eksportu kawy czy kakao. Chociaż system jest zły, nie mają oni wyboru – produkują, bo od tego zależy ich egzystencja.

Wieczorem opowiadałem Wan Yung co nieco o Polsce – historii, mentalności Polaków i sytuacji obecnej. Wspomniałem, jako kuriozalną ciekawostkę, że nasz prezydent i premier to nie tylko bracia, ale bracia bliźniacy. Wiecie, jak to skomentowała? „Cute”…

Dzień 126 - niedziela


„Jeden obraz wart jest więcej niż tysiąc słów”


Śmiechy chichy

Czy ktoś z was wpadł kiedyś na wielkiego Murzyna w odblaskowej kamizelce security pół godziny po północy? Ja tak. Dziwne doświadczenie – długo mierzyliśmy się nawzajem wzrokiem – ja nieco niepewny i rozbawiony, on surowy i stanowczy. Zapytałem, czy mogę w czymś pomóc. Okazało się, że jesteśmy za głośno – fakt, razem z Fanny, Pardis i Wan Yung śmialiśmy się dość donośnie pewnie usłyszał to za oknem. Poszedłem i przekazałem, żeby były cicho. Było to o tyle ważne, że w podobnej sytuacji Chris dostał kiedyś karę – 15 funtów – która żadnemu z nas się nie uśmiechała. Ale szkoda, że tego strażnika nie ma, kiedy o wpół do trzeciej pijani studenci wracają z imprez i robią hałas na korytarzach…

Extranjeras

W filmie występowały też Polki. Mówiły o tym, jak w Hiszpanii odnalazły lepsze życie, zaaklimatyzowały się i żyją w obcym kraju. Pomyślałem o sobie – czy ja też tak powiem za 2 lata? A za 4? Mam nadzieję, że nie. Pomyślałem o tych wszystkich, którzy wyjechali do Anglii – bo tu lepiej, więcej płacą, bo tu inne życie. Pomyślałem o tych wszystkich w Polsce, którzy mówią: mamy głupich polityków, beznadziejny rząd, w kraju nie da się żyć, młodzi uciekają, z Polską coraz gorzej. Mówią, bo nie wiedzą, co jest po drugiej stronie, za wielką wodą, która pochłania wspomnienia. Mówią, że można się przyzwyczaić. Tak, zapewne można i jest to wielką tragedią, tak jak osobistą tragedią jest każda emigracja czy przesiedlenie. Bo to przedarcie karty na dwoje, to wyrwanie drzewa bez korzeni, to rozszczepienie Domu na schronienie i wspomnienie. Tak, dzieci takich ludzi pewnie wciąż będą niepewne swojej prawdziwej tożsamości, ale ich dzieci już się przyzwyczają, bo zatrą się granice.

Myślę, że w pewnym sensie emigracja jest tragedią. Tragedią, gdyż jest jednocześnie smutnym i nieuniknionym wyborem. Człowiek pozostawia tą część siebie, którą oddał innym, za sobą: zrywa niewidzialne więzi społeczne, które sprawiały, że czuł się dobrze tu, a nie gdzie indziej; zrywa niewidzialne więzi narodowe, które sprawiały, że przedstawiał się jako członek tej grupy, z którą łączyła go tradycja i całe życie doświadczeń. Choć na początku tego nie widać, zjawisko to wydaje się nieuniknione – woda płynie jeszcze jakiś czas, ale źródło wyschło.

Myślę, że w pewnym sensie emigracja to zaczynanie życia od nowa. Tyle tylko, ze natura nie przygotowała nas na to tak dobrze, jak za pierwszym razem: za mało jesteśmy ciekawi, za bardzo obarczeni tradycją, doświadczeniem i zdolnością porównywania. Zamiast chłonąć nowy świat zupełnie bezkrytycznie, w swoim poznawaniu zawierać jego całość, porównujemy, pamiętamy, mimowolnie przyjmujemy lub buntowniczo odrzucamy każdy element nowej rzeczywistości. Tak rodzi się kultura emigracyjna, która za obiekt czci przyjmuje zwykle utracone dziedzictwo kultury.

Myślę, że można z tym żyć. Natura wyposażyła nas też w pamięć, która przemija i jakkolwiek strasznie miałoby to zabrzmieć jest to jedyna rzecz, która pozwala na przetrwanie. Ciężar świata, który nie jest już żywy, a jedynie jak oprawiony w złotą ramę obraz wisi na ścianie wspomnień, jest zbyt wielki, by dźwigać go co dnia. Ból, który pojawia się, gdy obraz blaknie z miesiąca na miesiąc, gdy w pamięci pojawiają się już białe plamy, to nic innego jak tęsknota. Wreszcie, kiedy pozostaje tylko rama i kontur, zaczynamy wypełniać pustkę obrazu nową rzeczywistością i świeżymi wspomnieniami. Nasz obraz nabiera barw i znów nam służy – ale już w innym świecie. Jedynym, jaki mamy.

Dzień 125 - sobota

Moja sobota wygląda pewnie inaczej niż typowa sobota studencka. Budzę się rano koło ósmej, biorę prysznic i zaczynam naukę. Jako, że w tygodniu nie mam czasu na porządne przeczytanie rozdziałów czy odrobienie zadań, sobota jest dniem intensywnie pracującym. Ktoś zawoła: „ Wojtek, ty się tylko uczysz i uczysz!”. Cóż, owszem, uczę się dużo w soboty. Ale to dlatego, że uczę się mało w tygodniu. Taka mała modulacja.

Ale trudno się uczyć bez przerwy, więc zrobiłem sobie małą pauzę na kolejny pożyteczny film – tak, hiszpański – o emigrantkach w kraju don Quijote’a (--> ..:://Extranjeras\\::..).

Później sprawdziłem jeszcze wyjątkowo najświeższe wiadomości – Bogu dzięki, bo inaczej przegapiłbym zapewne zaćmienie Księżyca! Niecodziennie wszak widzi się naszego satelitę najpierw zanikającego, a potem przechodzącego w kolor pomarańczowy na tle czarnego nieba.

Wieczorem miałem się dalej uczyć, ale – znowu pewnie Bożym zrządzeniem – wpadła mi w oko ulotka zawieszona na tablicy informacyjnej: uniwersytecki chór katedralny i kilku zaproszonych solistów wykonują „The passing of the year” autorstwa Johna Donne’a oraz „Carmina Burana” Carla Orffa*. Płomyczek spontanicznego entuzjazmu szybko przemienił się w rozbuchany ogień i na godzinę przed rozpoczęciem przekonałem Benedine, że warto się na to wybrać. I rzeczywiście warto było. Pierwsza carmina burana huknęła z mocą i płynęła w niej potężna energia, moc wielowiekowych słów i melodii. Za taki koncert dałbym 3 funty nawet w Polsce!


* każdy to zna; kto nie kojarzy niech na YouTube wpisze „o fortuna”

Dzień 124 - piątek

Nie, nie będę kolejny raz pisał o czym był wykład z Economic Workshop. Raz, że nie pamiętam, dwa, że pewnie był nudny skoro nie pamiętam (sprawdziłem: dotyczył aktywnej polityki rynku pracy, czyli miałem rację; no dobrze, nie był nudny, ale też nie porwał mnie polotem).

Po zajęciach postanowiłem sobie podarować chwilę – no dobrze, 2 godziny – przyjemności i pozyczyłem film na wieczór. Żeby upiec dwie pieczenie za jednym oglądaniem był to thriller Pedro Almodóvara „Devil’s spine”. Film po hiszpańsku, czyli jakby nauka…

Zanim jednak nadszedł wieczór, wykorzystałem trochę słońca, które popołudniu przebiło się zza chmur i poczytałem „Szachinszacha”. Książkę polecam zarówno ze względu na autora, jak i na zawartość. Byłem na tyle zszokowany treścią, że poszedłem piętro wyżej, żeby zestawić to z informacjami ze źródła. Pardis powiedziała, że jej dziadek uczestniczył w ruchu rewolucyjnym Mosadegha i kilka lat przesiedział w więzieniu. Świadectwo Kapuścińskiego – zarówno o Iranie, jak i jego mieszkańcach – okazało się smutnie prawdziwe. Kto czytał, ten wie o czym mówię.

Wieczorem przyszedł czas na film. Nie był to horror typu: powtór-kły-krew. Jak na Almodóvara przystało, miał on swój styl. I smak. Nie był straszny (chociaż Benedine siedziała z kołdrą pod nosem), ale budził niepokój, może ze względu na niejednoznaczne, tajemnicze postaci. I, co ważniejsze, nie był schematyczny...

Dzień 123 - czwartek

Na wieczornym spotkaniu Investment Club wyjątkowo pojawił się Przemek, student Managementu. Widujemy go rzadko – zwykle nie chce mu się przychodzić, bo mówi, że te spotkania go nudzą: wszak każdy tylko czyta to, co przygotował. Zapytany, jak to widzi inaczej, powiedział, że właśnie nie bardzo to widzi. Przemek jednak gra na Forexie. Na razie to nie prawdziwe konto, bo się wprawia. Dość jednak powiedzieć, że nawet na koncie demo zarobił w ostatnim miesiącu 60%. Porównując to z wkładem pracy jest to kwota niesamowita. Może i ja kiedyś spróbuję?

Na spotkaniu pojawiła się też kwestia prowadzenia sektora w przyszłym roku. Czy byłbym chętny? Odpowiedziałem, że nie wiem (na myśli miałem bowiem inne pozycje w innych klubach), być może. Ale nie jest to bynajmniej moja pasja. Będzie, co ma być, wybory za dwa tygodnie.

Wieczorem kolejny raz do pokoju wtargnęły dziewczyny, kolejny raz z jakąś egzotyczną potrawą. Tym razem był to Serunding Daging Lembu, czyli ostre mięso wołowe…w postaci kostki sporządzonej z wysuszonych włókien. Smakowało nieźle jako przekąska.

Rozmowa nocna

Godzina 1:45, korytarz akademika.

Wan Yung: James, give Wojtek a slap, he is bulling me!
James: Wojtek doesn’t bully anyone.
Wan: Yes he does!
James: I don’t believe you…

Chleb polski


Gdybym miał napisać, z czym kojarzy mi się dzieciństwo, to obok przedszkola, klocków Lego i konkursowych przyjęć urodzinowych wspomniałbym chleb. Nie jakiś zwykły, ale taki, który na samą myśl sprawia, że chce się, żeby już było jutro rano. Tak, dobrze wiecie o czym mówię: prosto z piekarni kupowało się te pyszne bochenki, które były tak ciepłe, że można przez nie ogrzać sobie ręce. Mama czasem pozwalała mi ułamać piętkę, bo podobno najbardziej ją lubiłem, ale to wcale nieprawda. Lubiłem piętkę dlatego, że po niej przychodził czas na miękki, ciepły środek, który można było wydłubywać, formować w kulki, kostki i w ogóle wszystko co chciałeś. Ale wtedy Mama robiła się niezadowolona i zabierała chleb. Później, już w domu, też nie można było do woli rozkoszować się miąższem – zawsze był to kompromis między twardą i nie lubianą skórką a przepysznym miąższem.

Potem Mama kroiła kromki do zupy. Zawsze chciałem, żeby były jak najgrubsze, bo lubiłem je zamaczać i w ten sposób jeść niejako nie łyżką, ale chlebem. Czasem zanim jeszcze przyszedł czas na obiad, po kryjomu kroiłem sobie pajdę lub dwie i grubo smarowałem margaryną (masło z lodówki było za twarde, a ja nie lubiłem czekać). Albo ten noce przy ognisku, kiedy po kolacji zostało pół bochenka i dwóch głodnych Tygrysów. Grube kromki posypane cukrem, pieczone nad ogniem lub też nie, służyły za doskonały jak na obozowe warunki deser. A któż nie pamięta chleba z masłem i solą, smaku tak charakterystycznego i pierwotnego, że chyba na zawsze pozostanie w moich wspomnieniach! Po kilku kromkach chciało się już nie jeść, ale pić, pić bardzo, a mimo to każdy jeszcze jadł, bo przecież tak były dobre.

Twarda skórka, miękki środek i tyle wspomnień, Wszystkie one wróciły do mnie mniej lub bardziej świadomie, kiedy własnoręcznie próbowałem wypiec to Znamię Polskości na obcej ziemi. Pomyślicie wszyscy, że przesadzam, ale w tym niewielkim bochenku, spalonym lekko od góry i niedopieczonym od dołu, było coś polskiego – iskra ojczyzny, która przywędrowała tu razem ze mną. I dlatego smakował mi równie bardzo, jak za dawnych czasów.


Dzień 122 - środa

Środa jaka jest, każdy wie. Ale urokiem życia są przecież te dni, kiedy nie my ciągniemy swój los, ale los właśnie ciągnie nas nieobliczalnym wirem wydarzeń, które zapadają nam w pamięć dlatego właśnie, że są tak inne. Podobnie było i tej środy. Chociaż minął przeszło miesiąc od tamtych wydarzeń, kilka słów pospiesznej notatki magicznie przywołuje obrazy, słowa i sytuację. Co takiego działo się owej środy, zapyta ktoś z słuchaczy, że tak się nad tym rozwodzisz? Zdawać by się mogło, że nic szczególnego – ot, pieczenie chleba i zabawna sytuacja. Ale czasem kontekst nadaje takim drobnostkom rangę niemal symboli. I tak też było owej środy.

Wieczorem stwierdziłem, że mam wolną chwilę (ostatnimi czasy zdarza mi się to podejrzanie często) i jest to dobry moment, żeby w końcu wykorzystać przywiezioną w styczniu mąkę na chleb pszenny. Pieczenie było o tyle trudne, co nowe. Ale przecież uczymy się całe życie. Oczekując najlepszego i szykując się na najgorsze, przeszedłem dokładnie przez wszystkie punkty przepisu z tyłu opakowania. I pewnie wyszłoby dobrze, gdybym się nie zasiedział podczas pieczenia. Bochen nie wypiekł się na złocisto, ale na ciemnobrązowo. Nic to jednak – pod nieczułą czarną skorupą skrywał się prawdziwy skarb! I nie myślcie, że tylko sobie przypochlebiam – tak Pardis (z kraju, który słynie na Bliskim Wschodzie z doskonałego chleba), jak i Fanny (z ojczyzny bagietek) delektowały się smakiem świeżych, jeszcze ciepłych pajd Polskiego Chleba posmarowanego grubo masłem. Była to dla nas wszystkich miła odmiana od wszędobylskiego, gumowego, angielskiego chleba tostowego (--> ..:://Chleb polski\\::..).

Pomyślałem, że zostawię trochę do spróbowania dla Wan Yung, która była jeszcze w pracy i wracała w nocy. O 1:30 okazało się jednak, że nie jest specjalnie głodna i mimo moich próśb nie chciała zjeść nawet jednej kromki. Na dowidzenia dałem jej zatem chleb w rękę. Zamiast wdzięczności zaczęła wołać, że ją zmuszam (--> ..:://Rozmowa nocna\\::..). Ech…

niedziela, marca 04, 2007

Dzień 121 - wtorek

Uczelnia:

(1) Test nie był trudny. 15 pytań zamkniętych, czyli 25 minut skupienia. Powinno być dobrze.

(2) Na chińskim ryneczku, który podobnie jak targ owocowy odbywa się co wtorek na uczelni, kupiłem tym razem „soya beancurd” with pepper sauce. Jak co tydzień był to kot w orku, bo tam i tak wszystko napisane jest w chińskich znaczkach. Okazało się potem, że jest to swojego rodzaju przekąska ze skondensowanego do postaci stałej (wygląda jak skórka fasolki) mleka sojowego z ostrą przyprawą. Trudno powiedzieć, czy mi smakowało – orientalne potrawy mają tak odmienne spektrum smaków, że jedyne co często można o nich powiedzieć to tylko to, że są inne.

(3) Rano na zajęciach ze statystyki na komputerach dostaliśmy maila: podwójny wykład z Ekonomii integracji Unii Europejskiej, żeby nadrobić poprzednie, które wypadły. Czyli siedzimy nie do 5, a do 6.

O pierwszej na ćwiczeniach Ron – ów wykładowca – nie pojawił się. Po akademickim kwadransie niektórzy zaczęli wychodzić, ktoś wpadł na pomysł i na szybko powstała lista obecności. Zanieśliśmy ją do biura wydziału, pytając co się dzieje i czy odbędą się popołudniowe wykłady. Pani była jednak zaskoczona i jedyne co uzyskaliśmy, to zapewnienie, że powiadomią nas odnośnie popołudniowego wykładu „najszybciej jak to możliwe”.

Po matematyce raz jeszcze udaliśmy do na wydział. Po drodze wzrok przykuła karetka. Właśnie kogoś umieszczali w środku. Podeszliśmy bliżej i okazało się, że to nie kto inny, ale właśnie nasz wykładowca, Ron. Siedział na wózku okryty jakimś kocem, ale poruszał głową. Nikt nie wiedział, co się dzieje, więc pełni niepokoju znów znaleźliśmy się w biurze wydziału. Na pytanie: „co się stało?” odpowiedzieli tylko, że Ron nie czuje się dobrze. W zestawieniu z obrazem karetki brzmiało to idiotycznie. Nie omieszkałem tego zauważyć. Pani odpowiedziała, że znaleźli go nieprzytomnego w biurze, po czym roześmiała się jak po dobrym żarcie, nieudolnie próbując rozładować powagę sytuacji. Póki co zajęcia odwołane, co dalej, powiedzą później.


Akademik:

(1) Postanowiłem jakoś utrwalać wszystkie te strzępki informacji, które tu i tam zasłuszę o Malezji i Iranie. Wydrukowałem z Internetu dwie mapy i dokleiłem po bokach kilka czystych kartek, które czekają na zapisanie. Część mojej ściany wygląda trochę jak sala geograficzna, zajęta przez planszę Malezji i Iranu, dużą mapę zabytkowo-administracyjną Wielkiej Brytanii i ogólną mapkę Hiszpanii.

(2) Po południu, kiedy zwykle nikt mnie nie odwiedza, usłyszałem pukanie. W drzwiach ukazał się Jimbo i jego dziewczyna, ubrani jak do wyjścia. Mój sąsiad zapytał radośnie:

- Hey man, I just wanted to ask if you want to go and get drunk? I’m going, my girlfriend, Tim and Johny…

(3) Kolejny raz rozległo się pukanie. Po jego sile można się był domyśleć, że to Wan Yung. Istotnie.

- You idiot.

Powiedziała na wejściu. Brzmiało to nie jak żart, ale stwierdzenie, więc zdecydowałem, że nie można tego tak pozostawić. Po krótkiej rozmowie wyszło na jaw, że ma do mnie (i Benedine) pretensje o to, że bez pytania jej o zdanie zaproponowaliśmy Pardis wspólny dom. Brzmiało to o tyle dziwnie, że Wan Yung i Pardis mówią o sobie jak o przyjaciółkach i rzeczywiście spędzają ze sobą dużo czasu. Cała sprawa jednak w tym, że choć Pardis jest dobrą przyjaciółką, to nie tak porządną jak Aarti, która też mogłaby z nami mieszkać. Wyszło więc na to, że ja i Benedine „skazaliśmy” Wan Yung na Pardis. Krótko i rzeczowo wyjaśniłem jej, że cała ta sprawa to bzdura i co najwyżej problem między nimi dwiema. Z oporem przyznała mi rację i zmieniła temat.

Społeczeństwo Obywatelskie

Zamiast tradycyjnej rozgrzewki na rozśpiewanie wszyscy usadowili się w rzędzie przed podwyższeniem, na którym stało biurko i siedzieli obecni głównodowodzący chóru. Rozpoczynały się wybory na stanowiska w komitecie-zarządzie.

Możecie myśleć, tak jak ja, że przebieg był podobny do tego, co pamiętamy z wyborów na przewodniczącego klasy: zgłasza się najfajniejszą osobę lub kozła ofiarnego, żeby wziął na siebie obowiązki przekładania sprawdzianów. Potem następuje głosowanie kierowane w 90% sympatią do danej osoby i cała sprawa kończy się równie szybko, jak się zaczęła.

Tak jednak się nie stało. Najpierw dotychczasowy zarząd zdawał sprawę ze swojej działalności i dokonań. Pojedynczo. Po kolei. Trwało to dobre 10 minut. Koło mnie siedział Jozef, Czech, z którym rozumiemy się bardzo dobrze. Oboje ledwie powstrzymaliśmy śmiech, kiedy zastępca przewodniczącego mówił o tym, że był odpowiedzialny za kserowanie nut. Obecni Anglicy natomiast przyjęli to śmiertelnie poważnie. Najlepsze miało jednak dopiero nadejść. Nadszedł czas wyboru nowych osób na stanowiska. Na przewodniczącego zgłosiła się jedna dziewczyna. Pomyślicie może, jak ja i Jozef, że w przypadku jednego kandydata cała demokratyczna formuła traci sens i automatycznie zostaje on wybrany. Ależ skądże! Najpierw dziewczyna mówiła, dlaczego chce objąć to stanowisko. Główne argumenty to: kiedy była chora, klub cheerleaderek się mną nie zainteresował, a ludzie z chóru byli bardzo pomocni; ten chór jest wszystkim co mam; potrafię rządzić ludźmi. Widziałem, jak twarz Czecha zmienia się i kuli się ze śmiechu. Podobnie z resztą i ja. Następnie nie nastąpiło głosowanie. Nadszedł czas na pytania od publiczności, które i tak nie były zbyt konstruktywne. Potem ją – jedyną kandydatkę – specjalna osoba wyprowadziła z pomieszczenia, żeby odbyło się głosowanie. Razem z Jozefem podnieśliśmy drżące ręce, ciągle jeszcze tłumiąc śmiech przez zęby. Kiedy jednak jedyna kandydatka – już jako nowa przewodnicząca – wróciła na salę, przywitała ją burza oklasków. W tym momencie Jozef nie wytrzymał i śmiał się już pełną gębą. Ja też. Absurd sytuacji był wszechogarniający. Co najśmieszniejsze, Anglicy wyglądali tak, jakby wszystko było w najlepszym porządku.

Sytuacja powtórzyła się jeszcze 4 razy, za każdym razem przebiegając tak samo. Dopiero pod koniec cała demokratyczna zabawa zaczęła mieć sens, pojawiło się bowiem dwóch kandydatów. Nie odbyło się jednak jawne głosowanie – naprędce sporządzono karteczki, żeby każdy mógł oddać tajny głos. Tak też się stało. Jozef śmiał się już bez przerwy, ze mną też nie było inaczej. Obaj żałowaliśmy, że nie ma jeszcze kolegi ze Słowacji, bo też by się pewnie setnie ubawił – „śmiał aż do rana”, jak to ujął Jozef. Cała fasada tej demokracji runęła, kiedy po równoprawnym i tajnym głosowaniu zaczęto liczyć głosy. Jedna dziewczyna usiadła z tyłu i zaczęła przekładać karteczki. I gdzie tu jawność? Nie mieliśmy siły już dłużej się śmiać.

Jozef słusznie jednak zauważył, że te różnice w podejściu biorą się stąd, że nie przeszli komunizmu. Od małego wychowywano ich w szacunku i odpowiedzialnym podejściu do władzy. U nas tego nie było, dlatego takie „obywatelskie podejście” i „demokratyczne cechy” traktujemy z nieco większym dystansem…

sobota, marca 03, 2007

Tragikomedia

Cztery razy dźwięczny gong przedarł się przez studencki gwar. Zegar na wieży wybił 16. Rozpoczęły się ćwiczenia z matematyki studentów ekonomii roku pierwszego.

Drobna, jasnowłosa Włoszka stanęła przed klasą i zapytała, kto chce na ochotnika rozwiązać na tablicy zadanie domowe. Odpowiedziała jej - jak co tydzień - cisza.

- Come on, I don't want to choose you...

Kiedy angielskie słowa o włoskim akcencie znów odbiły się od ściany milczenia, nauczycielka w desperackim ataku wskazała palcem chłopca w drugim rzędzie.

- You, can you come?
- But I haven't been here for the last 5 weeks.
- Don't worry, I will tell you. At least you write down.

Chłopak niechętnie podniósł się z miejsca. Zwracał na siebie uwagę długim, czarnym, wełnianym szalikiem owiniętym pojedyńczo wokół szyi i zwisającym luźno na ciemny sweter oraz markowymi spodniami z dresu, znaczonymi trzema białymi paskami. Sportowe buty zdobił charakterystyczny biały "ticzek".

- So what's the formula you have to use?

Pytanie napotkało jedynie niewiedzący wzrok tego, który wyszedł, by cierpieć za wszystkich innych.

- I have just written it on the blackboard, but I want you to realise....

Istotnie, wzór znajdował się na tablicy. Daleka droga dzieli jednak poznanie metody i właściwe rozwiązanie problemu.

Po kilku minutach wspólnej pracy nauczycielki i ucznia, na tablicy znalazło się przedyktowane rozwiązanie. Chłopak wrócił na miejsce i wiadome stało się, że przyszedł czas na kolejną ofiarę.

W międzyczasie z lewej strony klasy wzniosła się w powietrze ręka i ten, który zwykle okazywał skryte znudzenie odezwał się:

- Is it that in the second part of the question, that you have skipped, they are asking us about how many products actually had the price below 40 pounds which means how many have cost 20 pounds or is it something esle?

- Oh...yes, might be...yes...sure....

Głos nie brzmiał jak głos nauczyciela. Przypominał raczej jąkający się ton ucznia, który próbuje wymijająco odpowiedzieć na pytanie, na które nie zna odpowiedzi lub, co gorsza, którego nie rozumie. Pytający pokiwał bez przekonania głową i zatopił nos w podręczniku z ekonomii.

Pozostały kwadrans minął szybko. Kolejna lekcja za tydzień.