Społeczeństwo Obywatelskie
Zamiast tradycyjnej rozgrzewki na rozśpiewanie wszyscy usadowili się w rzędzie przed podwyższeniem, na którym stało biurko i siedzieli obecni głównodowodzący chóru. Rozpoczynały się wybory na stanowiska w komitecie-zarządzie.
Możecie myśleć, tak jak ja, że przebieg był podobny do tego, co pamiętamy z wyborów na przewodniczącego klasy: zgłasza się najfajniejszą osobę lub kozła ofiarnego, żeby wziął na siebie obowiązki przekładania sprawdzianów. Potem następuje głosowanie kierowane w 90% sympatią do danej osoby i cała sprawa kończy się równie szybko, jak się zaczęła.
Tak jednak się nie stało. Najpierw dotychczasowy zarząd zdawał sprawę ze swojej działalności i dokonań. Pojedynczo. Po kolei. Trwało to dobre 10 minut. Koło mnie siedział Jozef, Czech, z którym rozumiemy się bardzo dobrze. Oboje ledwie powstrzymaliśmy śmiech, kiedy zastępca przewodniczącego mówił o tym, że był odpowiedzialny za kserowanie nut. Obecni Anglicy natomiast przyjęli to śmiertelnie poważnie. Najlepsze miało jednak dopiero nadejść. Nadszedł czas wyboru nowych osób na stanowiska. Na przewodniczącego zgłosiła się jedna dziewczyna. Pomyślicie może, jak ja i Jozef, że w przypadku jednego kandydata cała demokratyczna formuła traci sens i automatycznie zostaje on wybrany. Ależ skądże! Najpierw dziewczyna mówiła, dlaczego chce objąć to stanowisko. Główne argumenty to: kiedy była chora, klub cheerleaderek się mną nie zainteresował, a ludzie z chóru byli bardzo pomocni; ten chór jest wszystkim co mam; potrafię rządzić ludźmi. Widziałem, jak twarz Czecha zmienia się i kuli się ze śmiechu. Podobnie z resztą i ja. Następnie nie nastąpiło głosowanie. Nadszedł czas na pytania od publiczności, które i tak nie były zbyt konstruktywne. Potem ją – jedyną kandydatkę – specjalna osoba wyprowadziła z pomieszczenia, żeby odbyło się głosowanie. Razem z Jozefem podnieśliśmy drżące ręce, ciągle jeszcze tłumiąc śmiech przez zęby. Kiedy jednak jedyna kandydatka – już jako nowa przewodnicząca – wróciła na salę, przywitała ją burza oklasków. W tym momencie Jozef nie wytrzymał i śmiał się już pełną gębą. Ja też. Absurd sytuacji był wszechogarniający. Co najśmieszniejsze, Anglicy wyglądali tak, jakby wszystko było w najlepszym porządku.
Sytuacja powtórzyła się jeszcze 4 razy, za każdym razem przebiegając tak samo. Dopiero pod koniec cała demokratyczna zabawa zaczęła mieć sens, pojawiło się bowiem dwóch kandydatów. Nie odbyło się jednak jawne głosowanie – naprędce sporządzono karteczki, żeby każdy mógł oddać tajny głos. Tak też się stało. Jozef śmiał się już bez przerwy, ze mną też nie było inaczej. Obaj żałowaliśmy, że nie ma jeszcze kolegi ze Słowacji, bo też by się pewnie setnie ubawił – „śmiał aż do rana”, jak to ujął Jozef. Cała fasada tej demokracji runęła, kiedy po równoprawnym i tajnym głosowaniu zaczęto liczyć głosy. Jedna dziewczyna usiadła z tyłu i zaczęła przekładać karteczki. I gdzie tu jawność? Nie mieliśmy siły już dłużej się śmiać.
Jozef słusznie jednak zauważył, że te różnice w podejściu biorą się stąd, że nie przeszli komunizmu. Od małego wychowywano ich w szacunku i odpowiedzialnym podejściu do władzy. U nas tego nie było, dlatego takie „obywatelskie podejście” i „demokratyczne cechy” traktujemy z nieco większym dystansem…

0 Comments:
Prześlij komentarz
<< Home