Chleb polski
Gdybym miał napisać, z czym kojarzy mi się dzieciństwo, to obok przedszkola, klocków Lego i konkursowych przyjęć urodzinowych wspomniałbym chleb. Nie jakiś zwykły, ale taki, który na samą myśl sprawia, że chce się, żeby już było jutro rano. Tak, dobrze wiecie o czym mówię: prosto z piekarni kupowało się te pyszne bochenki, które były tak ciepłe, że można przez nie ogrzać sobie ręce. Mama czasem pozwalała mi ułamać piętkę, bo podobno najbardziej ją lubiłem, ale to wcale nieprawda. Lubiłem piętkę dlatego, że po niej przychodził czas na miękki, ciepły środek, który można było wydłubywać, formować w kulki, kostki i w ogóle wszystko co chciałeś. Ale wtedy Mama robiła się niezadowolona i zabierała chleb. Później, już w domu, też nie można było do woli rozkoszować się miąższem – zawsze był to kompromis między twardą i nie lubianą skórką a przepysznym miąższem.
Potem Mama kroiła kromki do zupy. Zawsze chciałem, żeby były jak najgrubsze, bo lubiłem je zamaczać i w ten sposób jeść niejako nie łyżką, ale chlebem. Czasem zanim jeszcze przyszedł czas na obiad, po kryjomu kroiłem sobie pajdę lub dwie i grubo smarowałem margaryną (masło z lodówki było za twarde, a ja nie lubiłem czekać). Albo ten noce przy ognisku, kiedy po kolacji zostało pół bochenka i dwóch głodnych Tygrysów. Grube kromki posypane cukrem, pieczone nad ogniem lub też nie, służyły za doskonały jak na obozowe warunki deser. A któż nie pamięta chleba z masłem i solą, smaku tak charakterystycznego i pierwotnego, że chyba na zawsze pozostanie w moich wspomnieniach! Po kilku kromkach chciało się już nie jeść, ale pić, pić bardzo, a mimo to każdy jeszcze jadł, bo przecież tak były dobre.
Twarda skórka, miękki środek i tyle wspomnień, Wszystkie one wróciły do mnie mniej lub bardziej świadomie, kiedy własnoręcznie próbowałem wypiec to Znamię Polskości na obcej ziemi. Pomyślicie wszyscy, że przesadzam, ale w tym niewielkim bochenku, spalonym lekko od góry i niedopieczonym od dołu, było coś polskiego – iskra ojczyzny, która przywędrowała tu razem ze mną. I dlatego smakował mi równie bardzo, jak za dawnych czasów.
Potem Mama kroiła kromki do zupy. Zawsze chciałem, żeby były jak najgrubsze, bo lubiłem je zamaczać i w ten sposób jeść niejako nie łyżką, ale chlebem. Czasem zanim jeszcze przyszedł czas na obiad, po kryjomu kroiłem sobie pajdę lub dwie i grubo smarowałem margaryną (masło z lodówki było za twarde, a ja nie lubiłem czekać). Albo ten noce przy ognisku, kiedy po kolacji zostało pół bochenka i dwóch głodnych Tygrysów. Grube kromki posypane cukrem, pieczone nad ogniem lub też nie, służyły za doskonały jak na obozowe warunki deser. A któż nie pamięta chleba z masłem i solą, smaku tak charakterystycznego i pierwotnego, że chyba na zawsze pozostanie w moich wspomnieniach! Po kilku kromkach chciało się już nie jeść, ale pić, pić bardzo, a mimo to każdy jeszcze jadł, bo przecież tak były dobre.
Twarda skórka, miękki środek i tyle wspomnień, Wszystkie one wróciły do mnie mniej lub bardziej świadomie, kiedy własnoręcznie próbowałem wypiec to Znamię Polskości na obcej ziemi. Pomyślicie wszyscy, że przesadzam, ale w tym niewielkim bochenku, spalonym lekko od góry i niedopieczonym od dołu, było coś polskiego – iskra ojczyzny, która przywędrowała tu razem ze mną. I dlatego smakował mi równie bardzo, jak za dawnych czasów.

0 Comments:
Prześlij komentarz
<< Home