Dzień 122 - środa
Środa jaka jest, każdy wie. Ale urokiem życia są przecież te dni, kiedy nie my ciągniemy swój los, ale los właśnie ciągnie nas nieobliczalnym wirem wydarzeń, które zapadają nam w pamięć dlatego właśnie, że są tak inne. Podobnie było i tej środy. Chociaż minął przeszło miesiąc od tamtych wydarzeń, kilka słów pospiesznej notatki magicznie przywołuje obrazy, słowa i sytuację. Co takiego działo się owej środy, zapyta ktoś z słuchaczy, że tak się nad tym rozwodzisz? Zdawać by się mogło, że nic szczególnego – ot, pieczenie chleba i zabawna sytuacja. Ale czasem kontekst nadaje takim drobnostkom rangę niemal symboli. I tak też było owej środy.
Wieczorem stwierdziłem, że mam wolną chwilę (ostatnimi czasy zdarza mi się to podejrzanie często) i jest to dobry moment, żeby w końcu wykorzystać przywiezioną w styczniu mąkę na chleb pszenny. Pieczenie było o tyle trudne, co nowe. Ale przecież uczymy się całe życie. Oczekując najlepszego i szykując się na najgorsze, przeszedłem dokładnie przez wszystkie punkty przepisu z tyłu opakowania. I pewnie wyszłoby dobrze, gdybym się nie zasiedział podczas pieczenia. Bochen nie wypiekł się na złocisto, ale na ciemnobrązowo. Nic to jednak – pod nieczułą czarną skorupą skrywał się prawdziwy skarb! I nie myślcie, że tylko sobie przypochlebiam – tak Pardis (z kraju, który słynie na Bliskim Wschodzie z doskonałego chleba), jak i Fanny (z ojczyzny bagietek) delektowały się smakiem świeżych, jeszcze ciepłych pajd Polskiego Chleba posmarowanego grubo masłem. Była to dla nas wszystkich miła odmiana od wszędobylskiego, gumowego, angielskiego chleba tostowego (--> ..:://Chleb polski\\::..).
Pomyślałem, że zostawię trochę do spróbowania dla Wan Yung, która była jeszcze w pracy i wracała w nocy. O 1:30 okazało się jednak, że nie jest specjalnie głodna i mimo moich próśb nie chciała zjeść nawet jednej kromki. Na dowidzenia dałem jej zatem chleb w rękę. Zamiast wdzięczności zaczęła wołać, że ją zmuszam (--> ..:://Rozmowa nocna\\::..). Ech…
Wieczorem stwierdziłem, że mam wolną chwilę (ostatnimi czasy zdarza mi się to podejrzanie często) i jest to dobry moment, żeby w końcu wykorzystać przywiezioną w styczniu mąkę na chleb pszenny. Pieczenie było o tyle trudne, co nowe. Ale przecież uczymy się całe życie. Oczekując najlepszego i szykując się na najgorsze, przeszedłem dokładnie przez wszystkie punkty przepisu z tyłu opakowania. I pewnie wyszłoby dobrze, gdybym się nie zasiedział podczas pieczenia. Bochen nie wypiekł się na złocisto, ale na ciemnobrązowo. Nic to jednak – pod nieczułą czarną skorupą skrywał się prawdziwy skarb! I nie myślcie, że tylko sobie przypochlebiam – tak Pardis (z kraju, który słynie na Bliskim Wschodzie z doskonałego chleba), jak i Fanny (z ojczyzny bagietek) delektowały się smakiem świeżych, jeszcze ciepłych pajd Polskiego Chleba posmarowanego grubo masłem. Była to dla nas wszystkich miła odmiana od wszędobylskiego, gumowego, angielskiego chleba tostowego (--> ..:://Chleb polski\\::..).
Pomyślałem, że zostawię trochę do spróbowania dla Wan Yung, która była jeszcze w pracy i wracała w nocy. O 1:30 okazało się jednak, że nie jest specjalnie głodna i mimo moich próśb nie chciała zjeść nawet jednej kromki. Na dowidzenia dałem jej zatem chleb w rękę. Zamiast wdzięczności zaczęła wołać, że ją zmuszam (--> ..:://Rozmowa nocna\\::..). Ech…

0 Comments:
Prześlij komentarz
<< Home