Dzień 130 - czwartek
Dzień Kobiet - niestety nie tutaj. Pewnie by się feministki sprzeciwiły. Poza tym jakoś tutaj jest inaczej: dziewczyn ni kobiet nie przepuszcza się w drzwiach, nie robi się tych drobnych grzeczności, które u nas na co dzień przechodzą niemal niezauważone, a stanowią przecież o kulturze. Inny kraj, prawda. Ale też czegoś zgoła innego spodziewałem się po młodym pokoleniu kraju gentlemanów.
Na Economic Philosophy znowu szargaliśmy świętości. Przesadzam? Tak, ale takie wrażenie pozostało mi po dwugodzinnej dyskusji o tym, czy małżeństwo ma sens, skoro jest tylko oficjalnym dokumentem zabezpieczającym przed zbyt częstymi rozwodami. O co chodzi? Wyobraźcie sobie sytuację, gdzie mąż poświęca się na rzecz żony i zostaje w domu, żeby ona mogła kroczyć ścieżką kariery (taki właśnie przykład rozważaliśmy, ale sytuacja odwrotna jest chyba bardziej realna). Po 10 latach ona ma dyplom, duże zarobki i przyszłość przed sobą, a on – dekadę spędzoną na pracach domowych i poświęceniu. Ale to przecież nic. Na horyzoncie pojawia się ten drugi – bogaty, przystojniejszy, zdolniejszy. Żona mówi do widzenia i znika z nowym, lepszym egzemplarzem, bo w końcu każdy w tej grze jest self-interested: niewierna żona, bo szuka najlepszego możliwego dla siebie partnera, porzucony mąż, bo myślał, że poświęcenie pozwoli mu na czerpanie korzyści z kariery żony w przyszłości i nowy partner, bo wybrał lepszą partnerkę niż zapewne inne, które znał. Raz jeszcze więc – o co chodzi? O to, że małżeństwo zabezpiecza słabych, żeby ich nie wykorzystano tak jak przykładowa żona przykładowego męża. Zejdźmy jeszcze głębiej do czarnej czeluści analizy ekonomicznej: związek i wszystko to, co się z nim wiąże jest inwestycją w bliższą i dalszą przyszłość – wyraża się to przez uczucia, uczynki, więzi. Dlatego z czasem coraz trudniej się rozstać, bo „kapitał”, który bezpowrotnie zainwestowaliśmy w dany związek, zostałby bezpowrotnie utracony. Ale pozostaniemy z kimś tak długo tylko, jak owa wtopiona inwestycja jest większa od możliwych korzyści z nowego związku…tak, dobrze myślicie, jesteśmy już blisko równania na Wasz związek…i takie to pranie mózgów serwują nam w każde czwartkowe popołudnie. „A miłość?”, zapyta jeszcze ktoś naiwnie. Miłość pojawia się i znika i nie ma większego wpływu na takie decyzje.
Żeby było śmieszniej, zaraz po wykładzie udałem się na małą konferencję pod tytułem: „Po co jest seks” w kontekście różnych religii. Nie było większych rewelacji: chrześcijański punkt widzenia przedstawiony przez Ojca Vlada był trochę rozmyty, pastorka anglikańska mówiła, że dostojnicy kościelni nie powinni mieć żon ze względu na funkcję, którą pełnią (dość podobnie jak u nas, bo przecież celibat księży wprowadzono dopiero w Wiekach Średnich). Ciekawym punktem było bardzo ciekawe wystąpienie muzułmańskiego dziennikarza, który porównywał 2 spojrzenia Islamu na seks: dawne i współczesne. Okazało się, że dawniej był to nie temat tabu, ale ważna kwestia, którą rozważali w swoich pismach duchowni muzułmańscy. Obecna próba zanegowania seksu jako takiego jest raczej wynikiem chwilowej (w sensie dziejowym) zmiany nastrojów i narastaniu fundamentalizmu aniżeli pierwotnej niechęci Islamu wobec tej kwestii, jak zdają się potwierdzać liczne księgi pisane kiedyś przez myślicieli Bliskiego Wschodu.
15 minut biegu i trening karate pozwolił mi zapomnieć o wszystkich wątpliwościach, jakie kotłowały mi się w głowie. Lekka zadyszka, rozgrzewka i już jesteśmy w znajomym świecie, gdzie nie ma pytań bez odpowiedzi i problemów nie do rozwiązania. Tylko pot, zmęczenie i satysfakcja. I prosta reguła postępowania:
- Is this your 100%? If you find that you’re comfortable in that stance, make it lower! Make it hard for yourself! Only then you’ll progress and develop!
I couldn’t agree more.
Na Economic Philosophy znowu szargaliśmy świętości. Przesadzam? Tak, ale takie wrażenie pozostało mi po dwugodzinnej dyskusji o tym, czy małżeństwo ma sens, skoro jest tylko oficjalnym dokumentem zabezpieczającym przed zbyt częstymi rozwodami. O co chodzi? Wyobraźcie sobie sytuację, gdzie mąż poświęca się na rzecz żony i zostaje w domu, żeby ona mogła kroczyć ścieżką kariery (taki właśnie przykład rozważaliśmy, ale sytuacja odwrotna jest chyba bardziej realna). Po 10 latach ona ma dyplom, duże zarobki i przyszłość przed sobą, a on – dekadę spędzoną na pracach domowych i poświęceniu. Ale to przecież nic. Na horyzoncie pojawia się ten drugi – bogaty, przystojniejszy, zdolniejszy. Żona mówi do widzenia i znika z nowym, lepszym egzemplarzem, bo w końcu każdy w tej grze jest self-interested: niewierna żona, bo szuka najlepszego możliwego dla siebie partnera, porzucony mąż, bo myślał, że poświęcenie pozwoli mu na czerpanie korzyści z kariery żony w przyszłości i nowy partner, bo wybrał lepszą partnerkę niż zapewne inne, które znał. Raz jeszcze więc – o co chodzi? O to, że małżeństwo zabezpiecza słabych, żeby ich nie wykorzystano tak jak przykładowa żona przykładowego męża. Zejdźmy jeszcze głębiej do czarnej czeluści analizy ekonomicznej: związek i wszystko to, co się z nim wiąże jest inwestycją w bliższą i dalszą przyszłość – wyraża się to przez uczucia, uczynki, więzi. Dlatego z czasem coraz trudniej się rozstać, bo „kapitał”, który bezpowrotnie zainwestowaliśmy w dany związek, zostałby bezpowrotnie utracony. Ale pozostaniemy z kimś tak długo tylko, jak owa wtopiona inwestycja jest większa od możliwych korzyści z nowego związku…tak, dobrze myślicie, jesteśmy już blisko równania na Wasz związek…i takie to pranie mózgów serwują nam w każde czwartkowe popołudnie. „A miłość?”, zapyta jeszcze ktoś naiwnie. Miłość pojawia się i znika i nie ma większego wpływu na takie decyzje.
Żeby było śmieszniej, zaraz po wykładzie udałem się na małą konferencję pod tytułem: „Po co jest seks” w kontekście różnych religii. Nie było większych rewelacji: chrześcijański punkt widzenia przedstawiony przez Ojca Vlada był trochę rozmyty, pastorka anglikańska mówiła, że dostojnicy kościelni nie powinni mieć żon ze względu na funkcję, którą pełnią (dość podobnie jak u nas, bo przecież celibat księży wprowadzono dopiero w Wiekach Średnich). Ciekawym punktem było bardzo ciekawe wystąpienie muzułmańskiego dziennikarza, który porównywał 2 spojrzenia Islamu na seks: dawne i współczesne. Okazało się, że dawniej był to nie temat tabu, ale ważna kwestia, którą rozważali w swoich pismach duchowni muzułmańscy. Obecna próba zanegowania seksu jako takiego jest raczej wynikiem chwilowej (w sensie dziejowym) zmiany nastrojów i narastaniu fundamentalizmu aniżeli pierwotnej niechęci Islamu wobec tej kwestii, jak zdają się potwierdzać liczne księgi pisane kiedyś przez myślicieli Bliskiego Wschodu.
15 minut biegu i trening karate pozwolił mi zapomnieć o wszystkich wątpliwościach, jakie kotłowały mi się w głowie. Lekka zadyszka, rozgrzewka i już jesteśmy w znajomym świecie, gdzie nie ma pytań bez odpowiedzi i problemów nie do rozwiązania. Tylko pot, zmęczenie i satysfakcja. I prosta reguła postępowania:
- Is this your 100%? If you find that you’re comfortable in that stance, make it lower! Make it hard for yourself! Only then you’ll progress and develop!
I couldn’t agree more.

3 Comments:
Interesujące jest to o islamie. Przypominają mi się rozważania nad obecnością i rolą seksu w dawnej kulturze żydowskiej. Za to chrześcijaństwo chyba dość szybko poszło za (neo)platonikami...
Platon!
Jakże opacznie rozumiał miłość.
Jak pisać o miłości może ktoś kto nie kochał nigdy i nie zatracił się w uczuciu?
Może skupić się na stronie miłości niezależnej od emocji. Wszak Grecy mieli jej 4 rodzaje: storge, eros, fiilia i agape. I uczucie, w którym się zatracasz, należy raczej tylko do tej 2 kategorii...
Prześlij komentarz
<< Home