The Conquest of England

Relacje z frontu na Wyspach.

Nazwa:
Lokalizacja: Poland

poniedziałek, stycznia 29, 2007

Trening czwartkowy

Trening prowadził Chris. Jak zawsze wybrał mnie do pokazywania, zapewne dlatego, że jesteśmy podobnego wzrostu. Tym razem demonstrował uderzenie w splot słoneczny.

- Don't worry, he is just a target

Chris nie rzuca słów na wiart. Ani nie chybia. Pod koniec treningu byłem już pewien, że gdyby tylko chciał, mógłby mnie jednym celnym ciosem posłać na deski. Na koniec powiedział jednak:

- Don't worry V, I am just buiding you up

Dzień 96 - czwartek

Wcześniej pozbawili nas prądu. Siedzieliśmy w ciemnościach i patrzyliśmy na siebie wilkiem, bo nikt nic nie jadł od wielu godzin. A teraz to. Wczoraj powiedzieli, że wody nie będzie przez pewien czas po czym pokazały się te kartki! Stop! Zabrania się korzystać z wody! Trwa proces chlorowania! Nie mieliśmy co pić. Każdy snuł się, zaspany i niemyty, bo od samego już rana zamknęli prysznice i umywalki. Prawdziwy dramat rozegrał się dopiero po południu. Woda nadal była odcięta, a wszystkie rodzaje obiadu, jakie mogłem sobie przyrządzić, wymagały gotowania. Sytuacja stawała się naprawdę zła, kiedy przypomniałem sobie o skarbie, który miałem z zamrażalniku. Bigos! Błogosławiony bigos, który wystarczy podgrzać! Polskie złoto i sól ziemi!*









* troszkę koloryzowałem, za to jak brzmi! ale wody naprawdę nie był przez cały dzień;

Dzień 95 - środa

Na wykładzie z Ojcem Vladem stawiły się 3 osoby. Przykro trochę, bo przecież to naprawdę jedne z bardziej interesujących zajęć. Ale mimo to dalej omawialiśmy sposoby odczytywania Biblii, jej rozmaitych autorów i możliwe interpretacje.

Po karate okazało się, że do jutra nie można korzystać z pryszniców. Cóż, jakoś to przeżyję. Więcej - przeżyję to zapewne bez większych problemów. W końcu lepsze to niż brak prądu.

Wieczorem przyszła Benedine i poprosiła, żebym jej co nieco wydrukował. Przy okazji pokazała mi swoje zdjęcia świąteczne i muzykę na komputerze.

Ekumenizm?

Notatka znaleziona w kserze z całek:
[kursywa to inny charakter pisma, zapewne należący do innej osoby]

"Seminea veritatis (seeds of truth)
  • God put His truth in every religion to bogger or smaller extent
  • therefore, catholics believe that even if someone doesn't know Jesus he can be salvated if he follows the truth seeds he encountered in life"
So Jesus is not really absolutely important at all. Because, I can live without it?

Not if you already heard/read about him. It's a one way ticket, man:)

Exactly the same thing with Islam. Meet you in Hell! :( "

Dzień 94 - wtorek

Dzień studenta, jaki jest, każdy widzi.

9:00 - pierwsze ćwiczenia ze statystyki komputerowej odwołane.; dowiedzieliśmy się o tym o 9:00 tego samego dnia

10:00 - wykład z matematyki o całkach; po lekcji Taty Jacka było to tylko formalnością

12:00 - tradycyjnie godzinny obiad połączony z dyskusją, tym razem o filmach; z niejakim rozmarzeniem wspomnieliśmy miniony weekend i pomknęliśmy myślami do następnego, który jest przecież zaledwie za 4 dni; na koniec rozmowa o religiach, która przeciągnęła się aż do 14

13:00 - pierwsze ćwiczenia z nowego przedmiotu - Ekonomii Integracji Europejskiej - odwołane, gdyż wykładowca "is not feeling well"

14:00 - kolejny wykład z matematyki; właściwie przykłady prostego zastosowania całek; ponownie sprawę ułatwiła szkoła Taty Jacka i zdążyłem zrobić połowę zadań na wykład czwartkowy; w międzyczasie tłumaczyłem jeszcze Asifowi stanowisko Kościoła Katolickiego w sprawie innych religii - na kartce, żeby nie przeszkadzać (--> ..:://Ekumenizm?\\::..).

15:00 - targ z orientalną żywnością; kupiłem cienki chiński makaron i sos z sezonowych warzyw

16:00 - wykład z Ekonomii Integracji Europejskiej odwołany z powyższych powodów

20:00 - spotkanie z Bootsami; następna wycieczka to Snowdonia, masyw i najwyższy szczyt Walii

Podsumowanie: odbyło się 50% przewidzianych lekcji.

Wieczorem, po powrocie ze spotkania, przechodząc koło pokoju Jamesa usłyszałem głośne buczenie. Zapukałem, żeby zobaczyć po co wierci dziury w ścianach. Okazało się jednak, że szalał jedynie z odkurzaczem dlatego, iż za pół godziny miała przyjechać jego dziewczyna...

Dzień 93 - poniedziałek

Poniedziałki, jak to zwykle bywa, potrafią zaskakiwać.

Na ćwiczeniach miała miejsce sytuacja (--> ..:://Zdjęcie\\::..), która na szczęście skończyła się niegroźnie. Pod koniec zajęć wykładowca zdenerwował się, że niektórzy go nie słuchają i zagroził, że przedłuży wykład aż do końca lekcji (czyli jeszcze kwadrans). I rzeczywiście tak zrobił! Zaskoczył tym nas wszystkich - mnie pozytywnie, że potrafi jednak być stanowczy, innych pewnie negatywnie, że jednak trzyma się tego co mówi.

Podczas próby chóru śpiewaliśmy remix Abby - skompilowane największe hity: "Fernando", "Take a chance", "S.O.S.", "The winner takes it all", "Dancing Queen". Niestety ja, jako bas, miałem do śpiewania na przemian zaledwie kilka nutek. Cóż, każdemu według umiejętności.

Porozmawiałem natomiast serdecznie z Czechem i Słowakiem, których zawsze na próbach spotykam. W słowiańskiej rozmowie jest coś, co wymyka się słowom: czy to poczucie humoru, czy jakaś nić wspólnoty, która łączyła może niegdyś naszych przodków...a może po prostu wspólna płaszczyzna kulturowa, która funkcjonuje po jednej i drugiej stronie Karpat sprawia, że rozumiemy się dużo lepiej, aniżeli z Wyspiarzami?

Wieczorem odbywały się urodziny Louis. W plecaku znajdowała się jeszcze plastyczna masa cukrowa do pokrycia urodzinowego ciasta, które samo w sobie było bardzo przeciętne - zapewne dlatego, że vegańskie. Dość powiedzieć, że kiedy zajęci byliśmy wałkowaniem, do kuchni niepostrzeżenie wkradła się Pardis i po krótkiej, lecz dramatycznej scenie spożyła kawałek czekoladowego ciasta. Doniosły tragizm tego zdarzenia podkreśla fakt, że w grudniu okazało się, że Pardis jest uczulona na czekoladę. To, co potem nastąpiło, przerosło nasze wyobrażenie. Najpierw zaczęła ciężko wciągać powietrze, cały czas mówiąc, że wszystko jest dobrze. Otworzyła okno i stała przy nim, ciężko oddychając. Chciała coś powiedzieć, zaśmiać się, ale zaczęła się krztusić. Jej oddech stawał się coraz cięży i szybszy. Po chwili musiała usiąść. Bynajmniej nie przeszło to, ale wręcz przeciwnie - jak fale na morzu, pchane silnym wiatrem coraz wyżej się wznoszą, potężniej atakując skałę - tak też jej oddech stawał się z każdą minutą bardziej niespokojny. Mieliśmy iść z ciastem na górę, ale Pardis musiała odpocząć. Wyglądała jak ktoś, ktonie jest pewien swoich kroków. Powoli szliśmy na górę - ona przodem, jak tuż za nią. Raz niepewnie zachwiała się na schodach, drugi raz wsparła się na poręczy i przystanęła na chwilę. Wyglądała, jakby za chwilę miała zemdleć.

Czy to nasze ciasto tak podziałało? Czy uczulenie Pardis jest tak przerażająco silne, żeby po 1 kawałku ciasta wyssać z niej siły? Nie. Wyszło bowiem na jaw, że tego samego dnia zjadła jeszcze kilka kawałków czekolady w innej postaci, a skumulowany efekt przyniósł to, co widzieliśmy na własne oczy.

W pokoju Louis trwała beztroska rozmowa. Pardis poczuła się lepiej i też dołączyła. Oboje mieliśmy jednak zadania domowe, więc o północy pożegnaliśmy się i poszliśmy do mojego pokoju?

Zaraz ktoś uważny zapyta: "Jak to, razem w Twoim pokoju zadania odrabialiście? To się tak teraz nazywa?", więc uprzedzając pytanie odpowiem - tak właśnie było, bo Pardis miała w pokoju bałagan, którego nie chciało jej się sprzątać, a w bałaganie, jak sama mówi, nie może pracować.

Około pierwszej za drzwiami rozległy się podniesione głosy. To Louis przyszła się pochwalić, że wypiła na raz cztery puszki piwa. Duża plama na jej swetrze sugerowała inne wnioski. Dość jednak powiedzieć, że była tym razem na tyle rozsądna, że zgodziła się od razu pójść spać.

Pardis skoczyła swoje zadanie wcześniej i chyba była zmęczona, bo przysnęła półleżąc na łóżku. Ja i Wan Yung, która zjawiła się razem z Louis, rozmawialiśmy jeszcze i dokańczaliśmy hiszpański. O się pożegnałem ją tradycyjnym już "See you today" i ułożyłem się do twardego snu.

Zdjęcie

Na ćwiczeniach z Economic Workshop na samym początku zajęć pan Gian Paolo Ansaloni wyszedł na środek i powiedział:

- Who has put my photo on the internet? It was in a language I couldn't understand.

W sali zrobiło się cicho. Niektórzy nieśmiało rozglądali się dookoła, szukając zrozumienia u innych - sami bowiem nie bardzo wiedzieli, o co chodzi. Afmosfera stawała się coraz bardziej napięta. Wiedziałem już od samego początku, w czym rzecz. Już pierwsze słowo sprawiło, że poczułem się nieswojo.

- It was me. I put it on my blog.

Wszystkie oczy skierowały się na mnie. Pan Ansaloni wyglądał na zaskoczonego, nie tak jednak, jak koledzy i koleżanki.

- Do you want me to remove it?
- No it's OK.

Uff...mogło być gorzej. Ale okazało się, że to nie koniec:

- What photo?

Zapytał ktoś z tyłu klasy. Sytuacja doprowadziła do tego, że musiałem wstać i "podzielić" się tym zdjęciem ze wszystkimi, wypisując na tablicy adres tego właśnie bloga. Jak dobrze, że jest po polsku...

piątek, stycznia 26, 2007

Dzień 92 - niedziela

Przede wszystkim życzymy wszystkiego najlepszego Babciom!

Niedziela była intensywna.
W 50 minut upiekłem z Benedine ciasto na jutrzejsze urodziny Louis.
Później pobiegłem na karate.
Po treningu szybko zjadłem obiad i pomknąłem do Asifa. Plan: obejrzeć Listę Schindlera. Niestety Costanza nie zjawiła się o czasie, więc wyszliśmy jej poszukać. Po długim spacerze do uniwersytetu i z powrotem okazało się, że czeka na nas na miejscu...

Sam film był bardzo poruszający, chociaż nie tak wstrząsający jak opowiadania Borowskiego. Mimo to byłem zaskoczony, kiedy okazało się, że wszystko jest oparte na faktach. Później wynikła dyskusja na temat i miałem okazję opowiedzieć to, co wiedziałem, widziałem, czytałem i słyszałem o Auschwitz. A później jak zwykle rozmowa zeszła na religię i pytanie, czy Jezus był prorokiem czy Bogiem.

Dzień 91 - sobota

Uczyłem się. Cały dzień*.















----------------------------------------------------------
* kiedy zaś odszedł wraz ze słońcem dzień i przyszła noc, do mojego pokoju zaczęły pukać różne osoby i już się więcej nie uczyłem...

Dzień 90 - piątek

Jak różny był dzisiejszy dzień! Ileż w nim przypadku, sprzeczności i przeplatających się zaskoczeń i rozczarowań!

Wykład, który samym tytułem odstręczał, okazał się być tyle kontrowersyjny, co intrygujący. "Economics of family". Z jednej strony porażało, jak można warunkować liczbę małżeństw polityką podatkową, z drugiej opowiadało o rzeczach naturalnych, choć często pomijanych milczeniem: stan majątkowy a liczba dzieci, powód, dla którego mężczyzna pracuje z kobieta zostaje w domu, przyczyny dla których większość rozwodów dotyczy ludzi bogatszych bardziej niż biednych. "Marriage is all about money"...

Po obiedzie piątkowym - Fish'n'chips- przyszedł czas na hiszpański. Adrian Vega wszedł i zaczął mówić po hiszpańsku. Tak po prostu. Wymieniliśmy zdziwione spojrzenia i częściowo na migi doszliśmy do sensu jego wypowiedzi. Zapowiada się ciekawie...co więcej, byłem zaskoczony i zasmucony jednocześnie - wiele słów, które się pojawiło, znałem, ale przez święta zapomniałem. Ale i tak jest fajnie!

Wieczorem kupiłem sok i ciasteczka i wyruszyłem na Erasmusową imprezę. Jose miał przechwycić mnie przed wejściem do teren uczelni. Byłem tam o 20.00, bo wtedy tez miała zacząć się impreza, ale pamiętając o jego "hiszpańskości" cierpliwie przeczekałem kolejne 10 minut. Później zacząłem się przechadzać po okolicy i przypadkowo znalazłem miejsce, gdzie miała się odbywać impreza. Na drzwiach wisiała kartka - "Erasmus Society Meeting: 20.30". Upłynęło kolejne 15 minut, zegar na wieży uczelnianej wskazał dwudziestą trzydzieści, ale nikt się nie pojawił. Po następnych 20 minutach nadal byłem jedyną osobą w sali...straciłem cierpliwość i rozczarowany wróciłem do pokoju, myśląc po drodze, jak sobie zrekompensować zawiedzione nadzieje na rozrywkowy wieczór.

Rozwiązanie znalazło się samo - film o ataku 11 września, gorąco polecany przez Asifa. W międzyczasie przyszła jeszcze Benedine i razem oglądaliśmy wstrząsające fakty o World Trade Centre. Nie była to żadna teoria spiskowa, a jedynie analiza tego, co miliony ludzi, zapewne nie dość uważnie, oglądały na ekranach telewizorów i słuchały w radiu...zainteresowanych chętnie pokieruję do źródła.

W międzyczasie przyszedł czas kolacji. Jako że dawno nie gotowałem oraz chciałem uprzyjemnić sobie ten wieczór, postanowiłem zrobić racuchy. Dlaczego właśnie racuchy? Ktoś życzliwy przysłał mi przepis na placki z jabłkami, ale jabłek akurat nie miałem...dość powiedzieć, że zarówno ciasto jak i efekt końcowy wyszły jak u mamy. Smakowały mi, smakowały Benedine, smakowały nawet Wan Yung, która w tym czasie przyszła z pracy. Pracuje bowiem jako barmanka w Medicine, studenkim pubie.

Benedine poszła potem do pokoju, Wan Yung zaś pozostała i porozmawialiśmy sobie co nieco o Malezji. Z pomocą Wikipedii powędrowaliśmy do przeogromnych malezyjskich centrów handlowych, a potem w święte miejsca hindusów i najwyższe bliźniacze wieże świata. Nawet nie zauważyliśmy, jak szybko płynął czas...

środa, stycznia 24, 2007

Power Cut

Ekran przede mną nagle zgasł. Światło też. Po chwili zaczęły się otwierać sąsiednie drzwi. Z korytarza dochodziły głosy: "Man, you've got the same?", "Oh man, we're fucked up". Wyszedłem, żeby zorientować się w sytuacji. Zapalone było na awaryjne oświetlenie. Ktoś powiedział: "Wojtek, do something about it!". Niestety nic się zrobić nie dało. Z wyższych pięter dochodziły odgłosy zamieszania i chaotycznych rozmów. A w tle ciągle przebijało się delikatne, ale uporczywe pikanie sygnału awaryjnego. Postanowiłem skorzystać jeszcze z ostatnich promieni światła i skończyć zaczęty rozdział.

W międzyczasie zaczęły schodzić się wieści. W całej okolicy poprzewracało drzewa tak, że drogi są ledwo przejezdne. Jedno duże drzewo przewróciło się w poprzek wjazdu na teren akademika. Inne spadło na samochód jednego z profesorów. Wiatr tak trzasnął otwartym oknem, że wybiło szybę. Linie wysokiego napięcia zostały w niektórych miejscach zerwane.

Miałem mieć wykład, ale coś mi mówiło, że zostanie odwołany. Tak też się stało.

W międzyczasie obejrzałem z sąsiadami jakiś serial komediowy, wyciskając z laptopa resztki baterii. Miałem przecież wymówkę, żeby nic nie robić - nie było prądu.

Za oknami powoli zapadał zmierzch. Gwar raz jeszcze wypełnił korytarze. Cały akademik jakby ożył, ludzie z plecakami i torbami wyprowadzali się na jedną noc do znajomych mieszkających w Zamczysku. Korytarze pustoszały, a ja i grupka dziewczyn zostaliśmy z kilkoma świeczkami w pokoju na piętrze. Świece rozjaśniły pomieszczenie, ale w kątach pozostały cienie od drgających świateł. Wiatr wciskał się przez nieszczelne okna i igrał z lichym płomieniem. Za drzwiami było już zupełnie cicho. I zupełnie ciemno.

Nie czekaliśmy długo. Wystarczyło 5 minut, żeby ktoś zaczął opowiadać niepokojące historie. Pardis opowiadała nam swoje dzieciństwo, kiedy panicznie bała się prawie wszystkiego - ciemności, iluzorycznych postaci, które uważała za prawdziwe a nawet własnego cienia. Ktoś inny mówił o tym, co czasem zdarza się ludziom we śnie - budzą się, ale nie mogą się poruszyć. Widzą tylko postać, która powoli się do nich przybliża, siada i przygniata do ziemi. Jej ręce powoli wyciągają się w kierunku szyi nieszczęśnika, żeby zacząć go dusić...

Po 2 godzinach musiałem wyjść z przytulnego ciepła świec w samotną ciemność korytarza.Przez chwilę próbowałem sobie wyobrazić jak to jest widzieć różne rzeczy...przeszedł mnie dreszcz i przepędziłem tę myśl. Zamykałem już pokój, kiedy nagle oślepiło mnie światło - wszystko wróciło do normy, a niezwykły nastrój prysł równie szybko, jak się pojawił.

Dzień 89 - czwartek

To, o czym napiszę nie jest pewnie niczym nowym dla osób znających studenckie realia. Nie raz zapewne zdarzyło wam się pojawić na wykładzie, którego właściwie mogłoby nie być. Nie raz zdarzyło wam się zastanawiać: "co ja tu właściwie robię?", kiedy tam na zewnątrz świat, przyjaciele, słońce i radość, a tu - nic, po prostu nic.

Wiecie zatem jak się czułem na czwartkowej matematyce, moim jedynym porannym wykładzie, który okazał się powtórką...

Dzień rozwijał się w sposób bardziej nieprzewidywany niż zwykle.

Około 13 usłyszałem chrobot klucza w zamku. Było to o tyle dziwne, że moje klucze leżały tuż pod ręką, na biurku. Po chwili w drzwiach ukazał się James - nieco zdezorientowany i rozczochrany. Spojrzał na mnie ze zdziwieniem, błysk zrozumienia rozjaśnił jego źrenice i wychodząc pośpiesznie wymamrotał przeprosiny i że jest zmęczony i nie myśli, bo wczoraj trochę za dużo wypił i że go bolała głowa...

Niespełna godzinę nastąpiło niespodziewanie "power cut" (--> ..:://Power Cut::\\..) .

Wieczorem podczas treningu ćwiczyła ze mną pani nieco starsza. Jak to zwykle w sztukach walki bywa, zdarza się od czasu do czasu źle zablokować czy spóźnić z unikiem. Słowem - oberwać. Nie mocno, ale na tyle, żeby się skupić na dalszym treningu. Otóż, pani oberwała. Lekko, nieznacznie. Pytałem, czy wszystko w porządku i że przepraszam, ale jej "ok" było jakieś takie...jadowite. Przyszedł Chris i też zapytał co się stało. Potem powiedział, żebym był trochę ostrożniejszy na przyszłość. Z twarzy można było jednak wyczytać coś zgoła innego...jego dziewczyna powiedziała mi potem, że mam się zupełnie nie przejmować tym incydentem...

Dzień 88 - środa

Trzy ważne punkty dnia:

1. Zapisałem się na espaniol. Nie było to jednak takie proste. Kiedy wypełniałem formę zgłoszeniową, podszedł do mnie pan i zapytał: jak się nazywasz. Musiałem się przez chwilę zastanowić. Nie dlatego bynajmniej, że nie pamiętam, ale dlatego, że było to po hiszpańsku. Z pytaniem o pochodzenie jeszcze sobie poradziłem. Na resztę odpowiadałem tylko miną pełną zrozumienia, porozumiewawczym skinieniem oraz pełnym znaczenia "si".

Tak dostałem się do grupy Ib.

2. Religions and Conflicts: reaktywacja. Od dziś temat wykładów dotyczyć będzie religii i fundamentalizmu. Pierwsze zajęcia skupiały się na sposobach odczytywania Biblii i funkcjach komunikacji. Do teraz dziwię się, że na tak ciekawy wykład przychodzi tak niewiele osób...

3. Pierwszy po świętach trening karate. Kiedy ważyłem się przed wyjazdem z domu, przytyłem kilka kilogramów...niestety odczułem to boleśnie już w pierwszych chwilach treningu. Z rozciąganiem było jeszcze gorzej. No ale sięgnąłem przynajmniej dna, od którego mogę się odbić. Zobaczymy, jak to dalej pójdzie.

wtorek, stycznia 23, 2007

Dzień 87 - wtorek

Tak, wczoraj zdecydowanie dano mi czas na rozgrzewkę. Inaczej dziś mógłbym czuć się przeciążony.

15 spotkałem się z Hiszpanem Jose. Przekazałem mu polskie banknoty do kolekcji. Zbiera bowiem banknoty z całego świata. Porozmawialiśmy sobie godzinkę o tym i tamtym i zupełnie przypadkiem zaprosił mnie na spotkanie kilku studentów Erasmusa wieczorem w pubie. Plany na wieczór miałem więc ustalone.

Cudem przetrwałem pierwszy wykład nowego przedmiotu. Skończyła się bowiem Międzynarodowa Polityka Ekonomiczna i nadszedł czas Ekonomii Integracji Europejskiej. Przedmiot ten zapowiada się równie fascynująco, jak jego nazwa. Co więcej, sala z ciasnej i ciemnej zmieniła się na jeszcze ciaśniejszą oraz duszną. Kiedy wchodzę o 16 na ostatni wykład dnia do takiej "sypialni", trudno mi nieco wchłaniać wiedzę.

Wieczorem Chris pożyczył mi nieco swojej muzyki - angielskie pieśni sakralne oraz melodie średniowieczne. Wszystkie bardzo piękne. Pardis, kiedy weszła do pokoju, sądziła że gdzieś w pobliżu musi być kościół...

Nadszedł wieczór. Czułem się trochę niepewnie, kiedy przestępowałem próg Medicine, studenckiego klubu. Wszak byłem tam tylko raz - żeby zobaczyć wnętrza. Niepewność zniknęła, kiedy pojawił się Jose z ekipą Erasmusów. Bardzo kulturalnie przedstawił mnie wszystkim i w ten sposób (przynajmniej z widzenia) poznałem Inesa z Turcji, Adriana z Francji i kilka innych osób, których imion już nie pamiętam. Ponadto jeszcze Victora z Madrytu. Właśnie z nim rozmawiałem przez większość czasu. Zaczęło się oczywiście od Zestawu Standardowego, czyli "skąd jesteś?gdzie tu mieszkasz?co studiujesz?". Ciekawsza część nadeszła później - okazało się że Victor gra na gitarze i to całkiem poważnie, od czasu do czasu daje w Madrycie koncerty dla przyjaciół. Koncerty flamenco też. Później, kiedy poczułem, że temat się wyczerpuje, zastosowałem mój as z rękawa...

- How do you like food here?

Nie mogłem trafić lepiej.

- Food? You know, the food here is not good. In general. I normally eat good food in Spain, you know. And here? What they have here: fish and chips. Fish? And Chips? What is that?! I don't understand!

Na koniec Jose zaprosił mnie jeszcze na piątkową imprezę wszystkich studentów z wymiany. Bo "jestem fajny". Po godzinie rozmowy wróciłem do pokoju. Dużo wrażeń jak na drugi dzień.

Dzień 86 - poniedziałek

7:30 - pobudka. Stara dobra przyjaciółka Rutyna. Codziennie rano organizuje mi pierwsze godziny dnia i dopiero wieczorem ustępuje pola niespodziewanym wydarzeniom.

Sądziłem, że zacznę, jak zawsze, od długiego poniedziałku. Okazało się jednak, że pierwszy tydzień drugiego semestru, podobnie jak na początku roku, odbywa się bez ćwiczeń. Zatem przez najbliższe 5 dni mam 4 godziny zajęć. Przepraszam, jeśli kogoś z Was to urazi

Oddałem też napisane przez święta 2 eseje - o globalnym ociepleniu oraz o nieracjonalności konsumenta. Wcześniej musiałem jednak dodrukować stronę, bo biuro (tutaj nie oddaje się pracy domowej nauczycielom, ale pozostawia się za potwierdzeniem w biurze wydziału) zażyczyło sobie na piśmie zliczonych słów.

Jak widzicie, dzień taki nijaki - swoista rozgrzewka po świętach.

piątek, stycznia 19, 2007

Dzień 85 - niedziela

Podróż do na Wyspy za każdym razem zaskakuje. Od pierwszych chwil wpada się w wir nieoczekiwanych wydarzeń i zmian.

Już na lotnisku musiałem wyładować kilka kilogramów jedzenia, bo od listopada Ryanair wprowadził limit do 15kg. W ten sposób pożegnałem się z dobrym polskim miodem, makaronem, mandarynkami i kilkoma innymi rzeczami, które w następne dni stałby się bezcenne.

Podczas check-in zrobiła się nienaturalnie duża kolejka. Po chwili sprawa się wyjaśnił – to jeden z naszych rodaków wypił za dużo i teraz szedł, radośnie się uśmiechając, odprowadzany przez ochronę. Ktoś rzucił, że będzie straszne opóźnienie, bo trzeba jeszcze wyjąć jego bagaż przed lotem. Rzeczywiście, wlecieliśmy, ale jedyne 5 minut po czasie.

Zaskoczenie moje było jeszcze większe, gdy okazało się, że do Stansted przybyliśmy kilka chwil przed czasem. Razem z polską granicą skończyła się jednak sprawna organizacja. Na walizki wszyscy czekali dłużej niż zwykle wskutek „jakiejś awarii”. Chwilę później okazało się, że pociągi do Londynu nie kursują i trzeba skorzystać z zastępczego autobusu. Zawiózł nas na Liverpool Street. Nie wiedziałem gdzie to jest, więc wsiadłem do metra, kierując się na południe. Tak się złożyło, że akurat ta linia kończyła bieg na następnej stacji, więc musiałem czekać na inną linię. Kiedy już zorientowałem się w sytuacji, pojechałem we właściwym kierunku i wysiadłem na London Waterloo, skąd odchodzą m.in. pociągi do Egham. Coś jednak sprawiło, że wydałało mi się inaczej. Sądząc, że przejechałem stację za daleko, wsiadłem szybko w metro powrotne, orientując się w sytuacji dopiero po zamknięciu drzwi. Mimo to cieszę się, że tak się złożyło – miałem niepowtarzalną okazję, żeby pobyć na stacji metra zupełnie sam, wsłuchując się w odgłos swoich kroków, które odbijały się od zakrzywionych ścian tunelu i czując na twarzy powiew nadjeżdżającego pociągu. Kiedy znalazłem się z powrotem na Waterloo, wsiadłem w pierwszy pociąg w moim kierunku – nie bezpośredni, ale przecież wszystkie jadą przez te same miasteczka . Prawie. Pociąg jechał tak szybko, jak nocny ze Szczecina do Zakopanego, który zwalnia w górskiej okolicy, żeby podróżni mogli podziwiać widoki…Znalazłem się w końcu na znajomej stacji, która przywitała mnie jak zwykle szyldami Royal Holloway. Spacer do pokoju był już czystą przyjemnością i po 7 godzinach podróży prawie wszystkimi środkami transportu znalazłem się u celu.

Nie było jeszcze zbyt późno, więc poszedłem na górę rozdać „prezenty”. Wan Yung i Benedine dostały spóźnione prezenty gwiazdkowe, Fanny kilka tabliczek Milki, o które mnie prosiła, po czym wszyscy razem uraczyliśmy się makowcem. Oceniony został jednogłośnie jako bardzo smaczny.

Zaskoczony zostałem po raz kolejny, kiedy Louis powiedziała, że ma coś dla mnie, po czym wręczyła mi…polskie Jeżynki. Podobno niedaleko jej domu jest „Polish shop”. W chwilę później przyszła Pardis i też dała mi spóźniony prezent – tasbih, czyli muzułmański różniec.

środa, stycznia 17, 2007

Pro memoria

Pro memoria
podróżnikom

-Znów przybywam na ląd, który jest pępkiem świata
Do miejsca, gdzie pędzę młodzieńcze moje lata
Miejsca i ludzi różnych zwiedzam i poznaję
A dusza moja leci już hen w obce kraje.

-Tu, skąd w niebo się wzbił, zniknęło już wspomnienie
Tam świat się otwiera i rodzi marzenie
Tu życie pozostało dawne - nieprawdziwe?
Tam prąd nowy go niesie na wyspy szczęśliwe.

-A ludzie? Ach tak, ludzie - nie są tacy sami
Kultura, rasa, język - z tymi różnicami
Trudno zstąpić głębiej i trwałą więź utworzyć
Choć z początku ciężko, to można się ułożyć.

-A gdzie Ci, którym ufałeś, gdzie przyjaciele?
Gdzie to w co wierzyłeś, gdzie idee i cele?
Czy wszystko chcesz porzucić i siebie przepomnieć
A serca, w których żyjesz ani słowem wspomnieć?

__________________________________________
Egham, 17 stycznia 2007