Dzień 85 - niedziela
Podróż do na Wyspy za każdym razem zaskakuje. Od pierwszych chwil wpada się w wir nieoczekiwanych wydarzeń i zmian.
Już na lotnisku musiałem wyładować kilka kilogramów jedzenia, bo od listopada Ryanair wprowadził limit do 15kg. W ten sposób pożegnałem się z dobrym polskim miodem, makaronem, mandarynkami i kilkoma innymi rzeczami, które w następne dni stałby się bezcenne.
Podczas check-in zrobiła się nienaturalnie duża kolejka. Po chwili sprawa się wyjaśnił – to jeden z naszych rodaków wypił za dużo i teraz szedł, radośnie się uśmiechając, odprowadzany przez ochronę. Ktoś rzucił, że będzie straszne opóźnienie, bo trzeba jeszcze wyjąć jego bagaż przed lotem. Rzeczywiście, wlecieliśmy, ale jedyne 5 minut po czasie.
Zaskoczenie moje było jeszcze większe, gdy okazało się, że do Stansted przybyliśmy kilka chwil przed czasem. Razem z polską granicą skończyła się jednak sprawna organizacja. Na walizki wszyscy czekali dłużej niż zwykle wskutek „jakiejś awarii”. Chwilę później okazało się, że pociągi do Londynu nie kursują i trzeba skorzystać z zastępczego autobusu. Zawiózł nas na Liverpool Street. Nie wiedziałem gdzie to jest, więc wsiadłem do metra, kierując się na południe. Tak się złożyło, że akurat ta linia kończyła bieg na następnej stacji, więc musiałem czekać na inną linię. Kiedy już zorientowałem się w sytuacji, pojechałem we właściwym kierunku i wysiadłem na London Waterloo, skąd odchodzą m.in. pociągi do Egham. Coś jednak sprawiło, że wydałało mi się inaczej. Sądząc, że przejechałem stację za daleko, wsiadłem szybko w metro powrotne, orientując się w sytuacji dopiero po zamknięciu drzwi. Mimo to cieszę się, że tak się złożyło – miałem niepowtarzalną okazję, żeby pobyć na stacji metra zupełnie sam, wsłuchując się w odgłos swoich kroków, które odbijały się od zakrzywionych ścian tunelu i czując na twarzy powiew nadjeżdżającego pociągu. Kiedy znalazłem się z powrotem na Waterloo, wsiadłem w pierwszy pociąg w moim kierunku – nie bezpośredni, ale przecież wszystkie jadą przez te same miasteczka . Prawie. Pociąg jechał tak szybko, jak nocny ze Szczecina do Zakopanego, który zwalnia w górskiej okolicy, żeby podróżni mogli podziwiać widoki…Znalazłem się w końcu na znajomej stacji, która przywitała mnie jak zwykle szyldami Royal Holloway. Spacer do pokoju był już czystą przyjemnością i po 7 godzinach podróży prawie wszystkimi środkami transportu znalazłem się u celu.
Nie było jeszcze zbyt późno, więc poszedłem na górę rozdać „prezenty”. Wan Yung i Benedine dostały spóźnione prezenty gwiazdkowe, Fanny kilka tabliczek Milki, o które mnie prosiła, po czym wszyscy razem uraczyliśmy się makowcem. Oceniony został jednogłośnie jako bardzo smaczny.
Zaskoczony zostałem po raz kolejny, kiedy Louis powiedziała, że ma coś dla mnie, po czym wręczyła mi…polskie Jeżynki. Podobno niedaleko jej domu jest „Polish shop”. W chwilę później przyszła Pardis i też dała mi spóźniony prezent – tasbih, czyli muzułmański różniec.

0 Comments:
Prześlij komentarz
<< Home