Wracamy pociągiem z Piccadilly Station. Wagon jest bez przedziałów, bo wszystkie tu są takie, ale wyglądem przypomina polskie Intercity. Przed nami dwie i pół godziny jazdy – w sam raz, żeby wspomnieć to, co działo się podczas weekendowego wypadu do Manchesteru.
W piątek popołudniu razem z Wan Yung pojechaliśmy do londyńskiego Chinatown. Wizyta w chińskim markecie była jak podróż do innego świata: nieznane owoce, zagadkowe słoiki i tajemnicze znaczki, które służyły za opis – wszystkie one sprawiały, że każdą rzecz jak dziecko brałem w ręce i jak dziecko badałem. Później zaczęliśmy szukać miejsca na obiad – naturalnie miał być to chiński bufet. Przeszliśmy całą dzielnicę 2 razy zanim uświadomiłem Wan Yung, że nie znajdzie tu zadowalającego jej standardu, jaki zna z domu. W końcu usiedliśmy w miejscu, gdzie do dyspozycji było zaledwie 20 potraw. Nie wiem, czy można sobie wyobrazić, nie doświadczając tego wcześniej, żeby zjeść 4 czy 5 talerzy zupełnie różnych potraw – po 1 kawałku każdej – i jeszcze wszystkiego nie skosztować. Mnie to jednak za każdym razem zadziwia. Gdyby ktoś zobaczył nas przy stole, zapewne przetarłby oczy ze zdumienia. Wan Yung, tak jak wielu innych skośnookich klientów, jadła łyżką i widelcem. Ja, gimnastykując palce i ćwicząc cierpliwość, jadłem pałeczkami…
Godzinę później pędziliśmy już na London Huston, dużą stację kolejową w północnej części miasta, żeby spotkać się tam z Saszą i razem ruszyć do Manchesteru. System przyjazdów i odjazdów na tej wielkiej stacji jest więcej niż skomplikowany. Czas przyjazdów i odjazdów jest wyświetlany na wielkich elektronicznych tablicach w głównym hallu na kilka minut przed pojawianiem się pociągu. Wtedy cała angielska flegma, cała gentlemańska spuścizna znika i zastępuje ją znajomy obraz tłumów, które chaotycznie cisną się do wejścia. Bilety stają się talonami, które, choć teoretycznie zapewniają przejazd, niewiele pomagają, jeśli nie wspomaga się ich łokciami. Masa ludzi rusza pędem, ciągnąc swoje walizki-dwukółki, żeby zająć ograniczone miejsca. Kto nie siedzi na 3 minuty przed odjazdem, ten musi wysiąść i czekać na następny pociąg. Nam udało się usiąść na niezajętej rezerwacji. Po tym wszystkim doszedłem do wniosku, że PKP nie jest jednak takie złe…

Z dworca odebrał nas tata Saszy, Dymiter. I wtedy właśnie zdałem sobie sprawę, że chociaż angielski to obecnie lingua franca Europy, to jednak jego znajomość i akcent mogą bardzo utrudniać wymianę myśli. Myślałem, że to Sasza ma bułgarski angielski. Nie pomyślałem, że jego rodzice mają raczej angielski bułgarski. Trochę czasu zajęło mi przyzwyczajenie się do tego swoistego dialektu.
Dom moich gospodarzy był położony z dala od centrum, w dzielnicy niewielkich domków jednorodzinnych. Nieduży, ale przytulny i, jak się okazało, wykańczany własnoręcznie przez pana Dymitra i synów: Saszę i Iwana.
Wiedziałem już troszkę o zwyczajach domowników, bo Sasza nieraz mi o nich opowiadał. Mianowicie wieczorem przygotowują zawsze obfitą kolację, która składa się z dużej porcji sałatki, ciepłego dania i deseru. Kiedy to wszystko jest już gotowe, zasiadają razem i oglądają film. Życie domowe toczy się wokół dużego pokoju, gdzie w dwóch kątach stoją telewizory, a przy ścianie komputer. Tak też spędziliśmy wieczór, rozkoszując się sałatką, mięsem z ziemniakami i lodami.
Wydaje mi się, że istotą podróżowania jest zapoznawanie się z obcością taką, jaka ona jest, choćby okazała się nowa, niezrozumiała czy nawet niezgodna z naszymi przekonaniami. Tym właśnie różni się chyba turyzm od podróżowania – że zamiast bezludnych zabytków zakonserwowanych jak martwa głowa w formalinie stykamy się z żywym, zmieniającym się światem i zamieszkującymi go ludźmi. Czasem nie odpowiada to naszym oczekiwaniom – tym lepiej, bo padają wtedy stereotypy, a w ich miejsce wchodzi rzeczywistość. Skrajny przykład: mógłbym oczekiwać, że w myśl moich iluzji zobaczę wnętrze wystrojone Bułgarskimi obrazkami prawosławnymi i ludzi w strojach niczym nasze Mazowsze. Zamiast tego poznałem zanglicyzowaną rodzinę emigrantów, czyli pewnie dobry przykład kilku procent populacji Wielkiej Brytanii.
Na drugi dzień pan Dymiter zabrał nas na objazd po Manchesterze. Najpierw pokazał mi położony nad kanałem ciągnącym się aż do Liverpoolu legendarny stadion Czerwonych Diabłów – Old Trafford. Ta mekka angielskich kibiców wznosi się okazale nad niskimi budynkami dzielnicy. W dni ważnych meczy przepełniona wiernymi futbolu, na co dzień zaprasza jedynie do przepełnionego komercją sklepu klubowego. Można tam, jak w dobrym sklepie z dewocjonaliami, kupić wszystko – oczywiście z symbolami klubowymi.



Następnie poprosiłem, żebyśmy podjechali do Trafford Centre. Pan Dymiter nie był chętny, bo mówił, że to tylko kolejne centrum handlowe, ale z uśmiechem spełnił moją prośbę. Po drodze Sasza z przejęciem opowiadał o 160 sklepach i godzinach, jakie spędzał z bratem w tamtejszych marketach komputerowych. Ich tata podbił liczbę do 240. Dziś, po sprawdzeniu, okazuje się, że jest ich tam 280. 280 sklepów ze wszystkim, czego może potrzebować współczesny konsument, żeby owocnie spędzić weekend. Tysiące ludzi, którzy przychodzą tutaj każdego dnia to bez wątpienia znak naszych czasów – kultura konsumpcyjna w całej okazałości. Restauracje to całe osobne skrzydło, gdzie nawet architektura i wystrój podporządkowane są poszczególnym kuchniom świata: chińskiej, włoskiej czy indyjskiej. Rozrywka to naturalnie sztuka pop-kultury, czyli kino z kilkoma salami, gdzie wyświetla się najnowsze hollywoodzkie produkcje. A między tym wszystkim niezliczone kafejki i bary, gdzie można przysiąść i odpocząć od męczącego zwiedzania kolejnych markowych sklepów. Mimo całego tego krytycyzmu muszę przyznać, że bardzo mi się tam podobało. Zewnętrzna fasada nawiązywała do baroku, wnętrze zaś, z przeszklonym dachem nad głównym pasażem, łączyło w sobie nowoczesny standard szkła i metalu ze stylem klasycznym. Ciekawe, czy jest to ładniejsze niż Nowy Stary Browar, który dziś otwierają…



Po drodze do centrum przeszliśmy się jeszcze wzdłuż Manchester Sea Canal, zbudowanego w 1882 roku, żeby Manchester mógł zyskać niezależność od Liverpoolu.

Idąc czystą, zadbaną aleją obsadzoną drzewami dotarliśmy do mostu spinającego 2 brzegi. Zawieszony był zaledwie kilka metrów nad lustrem wody – jak zatem przepływały tutaj wielkie statki, by dotrzeć do położonych kilkaset metrów dalej magazynów portowych? Z pomocą pośpieszył tata Saszy, wyjaśniając, że most ten nie dzieli się na 2 podnoszone skrzydła, ale posiada specjalny mechanizm, który wznosi w górę całe przęsło.

Zaraz za nim okazale prezentuje się nowoczesny budynek Imperial War Museum. Pan Dymiter podsumował je krótko: „Najciekawszym eksponatem wojennym jest tam…trabant”.
W drodze powrotnej minął nas biegacz z iPodem w uszach. „English are strong men…they do a lot of sports” – powiedział z powagą mój gospodarz – “especially this cricket, the stupides…” – tu chwycił się za usta i filuternie uśmiechnął. Zrozumiałem. Roześmialiśmy się oboje.
Centrum Manchesteru bardzo przypomina Poznań. Dużo jest budynków ceglanych, pozostałości po okresie intensywnego rozwoju przemysłu – to nadaje miastu charakterystyczny styl. Nei tak ściśnięty jak Londyn, Manchester cieszy oko, zwłaszcza, że nowoczesna architektura nie kontrastuje, ale współgra ze starszymi budynkami. W południowej części położony jest kompleks uniwestytetów, w tym Manchester University – największej szkoły wyższej w Anglii. 40 tysięcy studentów sprawia, że podobnie jak Poznań jest to miasto uniwersyteckie. Nie ma tu tak typowego na kontynencie rynku – wpływy Renesansu nie dotarły tak daleko. Jest jednak Albert Square z zabytkowym ratuszem i odchodzącymi od niego głównymi ulicami.
[zdjęcie]
Zwłaszcza jedna, Market Street, przykuwa uwagę – tysiące ludzi przechadzających się wąską uliczką otoczoną z obu stron ciągnącymi się, jak sugeruje nazwa, sklepami. Triangle, Printworks, Selfridges, House of Fraser czy największe z nich – Arndale – to nie pasaże ze sklepami, to jeden gigantyczny kompleks rozrywkowo-handlowy. Wielkie sale kinowe, restauracje, bary, kafejki, luksusowe sklepy z biżuterią i ubraniami, specjalistyczne punkty sportowe, oddziały banków i biura podróży – wszystko, czego potrzeba współczesnemu klientowi, żeby na chwilę uczynić go zadowolonym.
Nieco dalej, w przeciwnym kierunku znajdują się Piccadilly Gardens. Obecnie nie ma to jednak nic wspólnego z ogrodem – betonowy plac jest w remoncie i większa jego część jest zamknięta. Napotkaliśmy tam kilku Murzynów, którzy śpiewali coś przez mikrofon – okazało się, że to chrześcijański rap na freestyle’u, kolejna próba dotarcia do zlaicyzowanego społeczeństwa.
Po drodze mijamy niewielkie Manchester Art Gallery. Krótka wizyta pozwala zapoznać się z przedstawicielami angielskiej sztuki od XVI wieku aż do współczesności. Nie zachwyca, ale mimo to warto zajrzeć i ocenić samemu.
Katedra, przedstawiana w Internecie jako jeden z piękniejszych zabytków miasta, trochę rozczarowuje. Schowana w wąskich uliczkach nieopodal Market Street, nie prezentuje się w całej okazałości. Wewnątrz, zamiast modlitewnej ciszy i skupienia zastałem gwar dzieci, które uczestniczyły w jakiejś szkółce parafialnej i właśnie dostawały w nagrodę ciasteczka. Dorośli siedzieli wokół na krzesłach, niektórzy żywo rozmawiali. Minęło mnie kilku księży w sutannach i ze wstążką wokół szyi. Kościoły metodystów, podobnie jak ewangelickie, służą nie tylko jako uświęcone miejsce spotkania z Bogiem, ale też jako ośrodek spotkań wspólnoty parafialnej. Takie rozwiązanie sprawia, że kościół może stać się centrum życia nie tylko religijnego, ale też wspólnotowego, umacniając nie tylko więzi duchowe, ale też społeczne. Sens takiego rozwiązania stawał się bardzo wyraźny w zestawieniu z centrami handlowymi. Tu i tam ludzie spędzają całe popołudnia – jedni na lekturze Biblii, drudzy zaś – na odwiedzaniu sklepów. Być może jest to realna alternatywa wobec kultury konsumpcyjnej i spędzania weekendów na zakupach, w restauracjach i kinopleksach, które w dużych miastach staje się już niemal tradycją.
Nasz spacer po centrum zakończył się znowu w jego głównym punkcie – Albert Square. Trwał tam właśnie festiwal z okazji dnia Świętego Partyka, patrona Irlandii. Z wielkiego namiotu dobywała się żywa i skoczna muzyka tradycyjna, a wokół, na mniejszych straganach, sprzedawano mniej lub bardziej sensowne pamiątki i suweniry. W drewnianej budzie brodaty starzec o wyglądzie pustelnika wróżył jakiejś naiwnej dziewczynce z dłoni, kilka kroków dalej serwowano tradycyjne irlandzkie przekąski.

Było już późno, czas na lunch dawno minął i zbliżała się godzina „tea” . Niech wan jednak nie zmyli ta niewinna nazwa – nie chodzi bynajmniej o spotkanie na herbatkę – „tea” to nazwa posiłku jedzonego o tej porze dnia. Naszym „tea” była wizyta w Chinatown, tym razem w Manchesterze. Nieprzeliczone potrawy i godzinna biesiada sprawiły, że późniejszy 50-minutowy spacer do domu Saszy okazał się trudniejszy niż przypuszczałem, zwłaszcza, że „fifteen minutes” okazało się być „fifty minutes”.
Warto jednak było iść – w drodze powrotnej zobaczyłem coś, co naprawdę szokowało:

Zabytkowy kościół? Piękny gotycki styl? Już nie – kilka metrów dalej widniał szyld mówiący, że wewnątrz są pokoje na sprzedaż…
To przygnębiające wrażenie zatarł jednak Hidden Gem, niewielki kościół jak klejnot ukryty w uliczkach nieopodal Albert Square. Stara, gotycka fasada i odnowione, renesansowe wnętrze stanowiły piękny widok. Na białych ścianach wisiała droga krzyżowa, niepodobna jednak zupełnie do tych, które widuje się na codzień. Twarze i kontury skryte w kubistycznej grze brył, w pełnej ekspresji i kontrastu grze kolorów sprawiały widok niepowtarzalny. Artystyczna głębia odczucia, która płynęła z tych dzieł sztuki – ból, cierpienie i miłość były doskonale przedstawione na tych obrazach.

Teraz wracamy już pociągiem z Piccadilly Station. Wagon jest bez przedziałów, bo wszystkie tu są takie, ale wyglądem przypomina polskie Intercity. Przed nami dwie i pół godziny jazdy – w sam raz, żeby się zdrzemnąć po męczącym weekendzie.