Dzień 121 - wtorek
Uczelnia:
(1) Test nie był trudny. 15 pytań zamkniętych, czyli 25 minut skupienia. Powinno być dobrze.
(2) Na chińskim ryneczku, który podobnie jak targ owocowy odbywa się co wtorek na uczelni, kupiłem tym razem „soya beancurd” with pepper sauce. Jak co tydzień był to kot w orku, bo tam i tak wszystko napisane jest w chińskich znaczkach. Okazało się potem, że jest to swojego rodzaju przekąska ze skondensowanego do postaci stałej (wygląda jak skórka fasolki) mleka sojowego z ostrą przyprawą. Trudno powiedzieć, czy mi smakowało – orientalne potrawy mają tak odmienne spektrum smaków, że jedyne co często można o nich powiedzieć to tylko to, że są inne.
(3) Rano na zajęciach ze statystyki na komputerach dostaliśmy maila: podwójny wykład z Ekonomii integracji Unii Europejskiej, żeby nadrobić poprzednie, które wypadły. Czyli siedzimy nie do
O pierwszej na ćwiczeniach Ron – ów wykładowca – nie pojawił się. Po akademickim kwadransie niektórzy zaczęli wychodzić, ktoś wpadł na pomysł i na szybko powstała lista obecności. Zanieśliśmy ją do biura wydziału, pytając co się dzieje i czy odbędą się popołudniowe wykłady. Pani była jednak zaskoczona i jedyne co uzyskaliśmy, to zapewnienie, że powiadomią nas odnośnie popołudniowego wykładu „najszybciej jak to możliwe”.
Po matematyce raz jeszcze udaliśmy do na wydział. Po drodze wzrok przykuła karetka. Właśnie kogoś umieszczali w środku. Podeszliśmy bliżej i okazało się, że to nie kto inny, ale właśnie nasz wykładowca, Ron. Siedział na wózku okryty jakimś kocem, ale poruszał głową. Nikt nie wiedział, co się dzieje, więc pełni niepokoju znów znaleźliśmy się w biurze wydziału. Na pytanie: „co się stało?” odpowiedzieli tylko, że Ron nie czuje się dobrze. W zestawieniu z obrazem karetki brzmiało to idiotycznie. Nie omieszkałem tego zauważyć. Pani odpowiedziała, że znaleźli go nieprzytomnego w biurze, po czym roześmiała się jak po dobrym żarcie, nieudolnie próbując rozładować powagę sytuacji. Póki co zajęcia odwołane, co dalej, powiedzą później.
Akademik:
(1) Postanowiłem jakoś utrwalać wszystkie te strzępki informacji, które tu i tam zasłuszę o Malezji i Iranie. Wydrukowałem z Internetu dwie mapy i dokleiłem po bokach kilka czystych kartek, które czekają na zapisanie. Część mojej ściany wygląda trochę jak sala geograficzna, zajęta przez planszę Malezji i Iranu, dużą mapę zabytkowo-administracyjną Wielkiej Brytanii i ogólną mapkę Hiszpanii.
(2) Po południu, kiedy zwykle nikt mnie nie odwiedza, usłyszałem pukanie. W drzwiach ukazał się Jimbo i jego dziewczyna, ubrani jak do wyjścia. Mój sąsiad zapytał radośnie:
- Hey man, I just wanted to ask if you want to go and get drunk? I’m going, my girlfriend, Tim and Johny…
(3) Kolejny raz rozległo się pukanie. Po jego sile można się był domyśleć, że to Wan Yung. Istotnie.
- You idiot.
Powiedziała na wejściu. Brzmiało to nie jak żart, ale stwierdzenie, więc zdecydowałem, że nie można tego tak pozostawić. Po krótkiej rozmowie wyszło na jaw, że ma do mnie (i Benedine) pretensje o to, że bez pytania jej o zdanie zaproponowaliśmy Pardis wspólny dom. Brzmiało to o tyle dziwnie, że Wan Yung i Pardis mówią o sobie jak o przyjaciółkach i rzeczywiście spędzają ze sobą dużo czasu. Cała sprawa jednak w tym, że choć Pardis jest dobrą przyjaciółką, to nie tak porządną jak Aarti, która też mogłaby z nami mieszkać. Wyszło więc na to, że ja i Benedine „skazaliśmy” Wan Yung na Pardis. Krótko i rzeczowo wyjaśniłem jej, że cała ta sprawa to bzdura i co najwyżej problem między nimi dwiema. Z oporem przyznała mi rację i zmieniła temat.
