The Conquest of England

Relacje z frontu na Wyspach.

Nazwa:
Lokalizacja: Poland

niedziela, marca 04, 2007

Dzień 121 - wtorek

Uczelnia:

(1) Test nie był trudny. 15 pytań zamkniętych, czyli 25 minut skupienia. Powinno być dobrze.

(2) Na chińskim ryneczku, który podobnie jak targ owocowy odbywa się co wtorek na uczelni, kupiłem tym razem „soya beancurd” with pepper sauce. Jak co tydzień był to kot w orku, bo tam i tak wszystko napisane jest w chińskich znaczkach. Okazało się potem, że jest to swojego rodzaju przekąska ze skondensowanego do postaci stałej (wygląda jak skórka fasolki) mleka sojowego z ostrą przyprawą. Trudno powiedzieć, czy mi smakowało – orientalne potrawy mają tak odmienne spektrum smaków, że jedyne co często można o nich powiedzieć to tylko to, że są inne.

(3) Rano na zajęciach ze statystyki na komputerach dostaliśmy maila: podwójny wykład z Ekonomii integracji Unii Europejskiej, żeby nadrobić poprzednie, które wypadły. Czyli siedzimy nie do 5, a do 6.

O pierwszej na ćwiczeniach Ron – ów wykładowca – nie pojawił się. Po akademickim kwadransie niektórzy zaczęli wychodzić, ktoś wpadł na pomysł i na szybko powstała lista obecności. Zanieśliśmy ją do biura wydziału, pytając co się dzieje i czy odbędą się popołudniowe wykłady. Pani była jednak zaskoczona i jedyne co uzyskaliśmy, to zapewnienie, że powiadomią nas odnośnie popołudniowego wykładu „najszybciej jak to możliwe”.

Po matematyce raz jeszcze udaliśmy do na wydział. Po drodze wzrok przykuła karetka. Właśnie kogoś umieszczali w środku. Podeszliśmy bliżej i okazało się, że to nie kto inny, ale właśnie nasz wykładowca, Ron. Siedział na wózku okryty jakimś kocem, ale poruszał głową. Nikt nie wiedział, co się dzieje, więc pełni niepokoju znów znaleźliśmy się w biurze wydziału. Na pytanie: „co się stało?” odpowiedzieli tylko, że Ron nie czuje się dobrze. W zestawieniu z obrazem karetki brzmiało to idiotycznie. Nie omieszkałem tego zauważyć. Pani odpowiedziała, że znaleźli go nieprzytomnego w biurze, po czym roześmiała się jak po dobrym żarcie, nieudolnie próbując rozładować powagę sytuacji. Póki co zajęcia odwołane, co dalej, powiedzą później.


Akademik:

(1) Postanowiłem jakoś utrwalać wszystkie te strzępki informacji, które tu i tam zasłuszę o Malezji i Iranie. Wydrukowałem z Internetu dwie mapy i dokleiłem po bokach kilka czystych kartek, które czekają na zapisanie. Część mojej ściany wygląda trochę jak sala geograficzna, zajęta przez planszę Malezji i Iranu, dużą mapę zabytkowo-administracyjną Wielkiej Brytanii i ogólną mapkę Hiszpanii.

(2) Po południu, kiedy zwykle nikt mnie nie odwiedza, usłyszałem pukanie. W drzwiach ukazał się Jimbo i jego dziewczyna, ubrani jak do wyjścia. Mój sąsiad zapytał radośnie:

- Hey man, I just wanted to ask if you want to go and get drunk? I’m going, my girlfriend, Tim and Johny…

(3) Kolejny raz rozległo się pukanie. Po jego sile można się był domyśleć, że to Wan Yung. Istotnie.

- You idiot.

Powiedziała na wejściu. Brzmiało to nie jak żart, ale stwierdzenie, więc zdecydowałem, że nie można tego tak pozostawić. Po krótkiej rozmowie wyszło na jaw, że ma do mnie (i Benedine) pretensje o to, że bez pytania jej o zdanie zaproponowaliśmy Pardis wspólny dom. Brzmiało to o tyle dziwnie, że Wan Yung i Pardis mówią o sobie jak o przyjaciółkach i rzeczywiście spędzają ze sobą dużo czasu. Cała sprawa jednak w tym, że choć Pardis jest dobrą przyjaciółką, to nie tak porządną jak Aarti, która też mogłaby z nami mieszkać. Wyszło więc na to, że ja i Benedine „skazaliśmy” Wan Yung na Pardis. Krótko i rzeczowo wyjaśniłem jej, że cała ta sprawa to bzdura i co najwyżej problem między nimi dwiema. Z oporem przyznała mi rację i zmieniła temat.

Społeczeństwo Obywatelskie

Zamiast tradycyjnej rozgrzewki na rozśpiewanie wszyscy usadowili się w rzędzie przed podwyższeniem, na którym stało biurko i siedzieli obecni głównodowodzący chóru. Rozpoczynały się wybory na stanowiska w komitecie-zarządzie.

Możecie myśleć, tak jak ja, że przebieg był podobny do tego, co pamiętamy z wyborów na przewodniczącego klasy: zgłasza się najfajniejszą osobę lub kozła ofiarnego, żeby wziął na siebie obowiązki przekładania sprawdzianów. Potem następuje głosowanie kierowane w 90% sympatią do danej osoby i cała sprawa kończy się równie szybko, jak się zaczęła.

Tak jednak się nie stało. Najpierw dotychczasowy zarząd zdawał sprawę ze swojej działalności i dokonań. Pojedynczo. Po kolei. Trwało to dobre 10 minut. Koło mnie siedział Jozef, Czech, z którym rozumiemy się bardzo dobrze. Oboje ledwie powstrzymaliśmy śmiech, kiedy zastępca przewodniczącego mówił o tym, że był odpowiedzialny za kserowanie nut. Obecni Anglicy natomiast przyjęli to śmiertelnie poważnie. Najlepsze miało jednak dopiero nadejść. Nadszedł czas wyboru nowych osób na stanowiska. Na przewodniczącego zgłosiła się jedna dziewczyna. Pomyślicie może, jak ja i Jozef, że w przypadku jednego kandydata cała demokratyczna formuła traci sens i automatycznie zostaje on wybrany. Ależ skądże! Najpierw dziewczyna mówiła, dlaczego chce objąć to stanowisko. Główne argumenty to: kiedy była chora, klub cheerleaderek się mną nie zainteresował, a ludzie z chóru byli bardzo pomocni; ten chór jest wszystkim co mam; potrafię rządzić ludźmi. Widziałem, jak twarz Czecha zmienia się i kuli się ze śmiechu. Podobnie z resztą i ja. Następnie nie nastąpiło głosowanie. Nadszedł czas na pytania od publiczności, które i tak nie były zbyt konstruktywne. Potem ją – jedyną kandydatkę – specjalna osoba wyprowadziła z pomieszczenia, żeby odbyło się głosowanie. Razem z Jozefem podnieśliśmy drżące ręce, ciągle jeszcze tłumiąc śmiech przez zęby. Kiedy jednak jedyna kandydatka – już jako nowa przewodnicząca – wróciła na salę, przywitała ją burza oklasków. W tym momencie Jozef nie wytrzymał i śmiał się już pełną gębą. Ja też. Absurd sytuacji był wszechogarniający. Co najśmieszniejsze, Anglicy wyglądali tak, jakby wszystko było w najlepszym porządku.

Sytuacja powtórzyła się jeszcze 4 razy, za każdym razem przebiegając tak samo. Dopiero pod koniec cała demokratyczna zabawa zaczęła mieć sens, pojawiło się bowiem dwóch kandydatów. Nie odbyło się jednak jawne głosowanie – naprędce sporządzono karteczki, żeby każdy mógł oddać tajny głos. Tak też się stało. Jozef śmiał się już bez przerwy, ze mną też nie było inaczej. Obaj żałowaliśmy, że nie ma jeszcze kolegi ze Słowacji, bo też by się pewnie setnie ubawił – „śmiał aż do rana”, jak to ujął Jozef. Cała fasada tej demokracji runęła, kiedy po równoprawnym i tajnym głosowaniu zaczęto liczyć głosy. Jedna dziewczyna usiadła z tyłu i zaczęła przekładać karteczki. I gdzie tu jawność? Nie mieliśmy siły już dłużej się śmiać.

Jozef słusznie jednak zauważył, że te różnice w podejściu biorą się stąd, że nie przeszli komunizmu. Od małego wychowywano ich w szacunku i odpowiedzialnym podejściu do władzy. U nas tego nie było, dlatego takie „obywatelskie podejście” i „demokratyczne cechy” traktujemy z nieco większym dystansem…

sobota, marca 03, 2007

Tragikomedia

Cztery razy dźwięczny gong przedarł się przez studencki gwar. Zegar na wieży wybił 16. Rozpoczęły się ćwiczenia z matematyki studentów ekonomii roku pierwszego.

Drobna, jasnowłosa Włoszka stanęła przed klasą i zapytała, kto chce na ochotnika rozwiązać na tablicy zadanie domowe. Odpowiedziała jej - jak co tydzień - cisza.

- Come on, I don't want to choose you...

Kiedy angielskie słowa o włoskim akcencie znów odbiły się od ściany milczenia, nauczycielka w desperackim ataku wskazała palcem chłopca w drugim rzędzie.

- You, can you come?
- But I haven't been here for the last 5 weeks.
- Don't worry, I will tell you. At least you write down.

Chłopak niechętnie podniósł się z miejsca. Zwracał na siebie uwagę długim, czarnym, wełnianym szalikiem owiniętym pojedyńczo wokół szyi i zwisającym luźno na ciemny sweter oraz markowymi spodniami z dresu, znaczonymi trzema białymi paskami. Sportowe buty zdobił charakterystyczny biały "ticzek".

- So what's the formula you have to use?

Pytanie napotkało jedynie niewiedzący wzrok tego, który wyszedł, by cierpieć za wszystkich innych.

- I have just written it on the blackboard, but I want you to realise....

Istotnie, wzór znajdował się na tablicy. Daleka droga dzieli jednak poznanie metody i właściwe rozwiązanie problemu.

Po kilku minutach wspólnej pracy nauczycielki i ucznia, na tablicy znalazło się przedyktowane rozwiązanie. Chłopak wrócił na miejsce i wiadome stało się, że przyszedł czas na kolejną ofiarę.

W międzyczasie z lewej strony klasy wzniosła się w powietrze ręka i ten, który zwykle okazywał skryte znudzenie odezwał się:

- Is it that in the second part of the question, that you have skipped, they are asking us about how many products actually had the price below 40 pounds which means how many have cost 20 pounds or is it something esle?

- Oh...yes, might be...yes...sure....

Głos nie brzmiał jak głos nauczyciela. Przypominał raczej jąkający się ton ucznia, który próbuje wymijająco odpowiedzieć na pytanie, na które nie zna odpowiedzi lub, co gorsza, którego nie rozumie. Pytający pokiwał bez przekonania głową i zatopił nos w podręczniku z ekonomii.

Pozostały kwadrans minął szybko. Kolejna lekcja za tydzień.

piątek, marca 02, 2007

Dzień 120 - poniedziałek

Ale się działo! Nie sądziłem, że po pierwszym dniu po wakac...Reading Weeku będzie tyle do opisywania. A jednak.

Zacznijmy od bzdur:

W stołówce zaczynam podejrzewać teorię spiskową. Zawsze dostaję albo ten mniejszy kawałek mięsa, albo narożny kawałek lasagne, przez co jest bardziej przypalony. Gdyby chociaż rekompensowali to ziemniakami czy warzywami...

I przejdźmy do konkretów:

Wyobraź sobie klasę pełną studentów ekonomii. Nauczyciel zadaje pytanie: "Kto był na ostatnim wykładzie w piątek przed Reading weekiem?". Głowy opadają, nieznacznie wznosi się jedna ręka. "Ja byłam, ale tylko na połowie". Klasa wybucha śmiechem. Nauczyciel też. Po czym mówi: "Zdaję sobie sprawę, że to nie jest najlepszy pomysł robić wykład w piątek przed tygodniem wolnego. Ale musicie myśleć o tym, że jak zbyt mało osób zacznie pojawiać się na wykładach, to zaczną sprawdzać obecność."

Później nastąpiła jednak całkiem konstruktywna dyskusja o dyskryminacji kobiet w pracy i pensjach, o jej przyczynach i tym, czy to właściwe, czy też nie. Prawda, jak zawsze, lezy pośrodku, więc wszyscy zgodzili się, że czasem jest to dyskryminacja, a czasem po prostu siła rzeczy i inaczej być nie może. Panie wydawały się jednak wyjątkowo buntowniczo nastawione wobec zdeterminowania przez naturę do roli matki.

To, co zdarzyło się później zasługuje na osobne miejsce:
Są to oczywiście tradycyjnie ćwiczenia z matematyki (--> ..:://Tragikomedia\\::..) oraz wybory do komitetu chóru (-->..:://Społeczeństwo obywatelskie\\::..).

Na dobry początek

Za każdym razem, kiedy powracam do tego akademika, do mojego pokoju i kuchni, coś mnie zaskakuje. Kiedyś mój jedyny kubek zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach, żeby po dóch miesiącach jeszcze bardziej tajemniczo znaleźć się na swoim miejscu, innym razem fakt, że w mojej szafce jest obce mi jedzenie (które po miesiącu bezpańskości z litości zjadłem), kiedy indziej jeszcze fakt, że u sąsiadów było włamanie. Tym razem jednak sytuacja przekroczyła moje najśmielsze wyobrażenia - i bynajmniej nie jest to tylko literacka fraza: naprawdę nie przypuszczałbym, że takie coś może się zdarzyć. Ale zdarzyło się...

Mijając toaletę, zauważyłem enigmatyczną kartkę wiszącą na drzwiach:


Kierowany ciekawością uchyliłem nieśmiało drzwi i zajrzałem do wanny. Czysto. Lśni. No tak - już po wszystkim. Ale rzecz ta nie dawała mi spokoju. Kiedy zapytałem Wan Yung w czym rzecz, odmówiła odpowiedzi. Zaniepokojony, następnego dnia udałem się z tym pytaniem do Chrisa. Ten wzdrygnął się na samą wzmiankę:

- Ohhh...it was absolutely disgusting!
- But what has actually happened?
- Someone...err...confused the bath with the toilet...and left it all there...

Dzień 119 - niedziela

Jeszcze jeden raz opisany już wcześniej schemat dnia. Tym razem przerywnikiem była msza, karate i droga krzyżowa (tak właśnie, droga krzyżowa jest tu w niedzielę, tak jak u nas wypadałyby gorzkie żale; Ojciec Vlad zapytany o taki stan rzeczy powiedział, że w piątek czy jakikolwiek inny dzień tygodnia nikt by nie przyszedł – dziś razem ze mną było 6 osób).

Wieczorem powróciły wspomnienia i tych lat gimnazjum, kiedy co tydzień objadałem się nimi, i tych chwil czystej rozkoszy, kiedy - z obolałymi nogami i odartymi stopami po 4 dniach górskiej wędrówki – delektowaliśmy się tym tradycyjnym polskim daniem. 2garniki poszły w ruch i równocześnie gotowały się pierogi z kapustą i grzybami oraz ruskie. Społeczność międzynarodowa wyraziła uznanie, ale żadnych rewelacji nie było.

Dzień 118 - sobota

Plan dnia niewiele się zmienił. Rano dowiedziałem się jednak, że Costanza ma urodziny i jestem, podobnie jak Asif i Sasza, zaproszony na wieczór. Z pustymi rękoma przyjść nie wypada, więc umówiliśmy się z Saszą, że on kupi szampana (tzn. kupił go już dzień wcześniej, ale wyszło na to, że dostała go od nas razem), a ja zrobię ciasto. Początkowo myślałem o nutce egzotyki – cieście z pomarańczami, ale Google twardo milczał na ten temat, podając jedynie nieciekawe przepisy na wypiek o smaku pomarańczowym, a przecież nie o to chodziło. Dlatego też skończyło się na cieście bananowym.

Wieczorem wespół z Saszą stawiliśmy się o czasie na miejscu. Doświadczenie zaczyna mnie jednak uczyć, że - zwłaszcza w przypadku narodowości śródziemnomorskich – do czasu spotkania należy dodać minimum 5-10 minut.

Costanza pojawiła się razem z siostrą Alicią, która specjalnie przyleciała na jej urodziny. Właściwie wyglądała jak mała Costanza. Podobno tak też ją nazywają w szkole – Minicosti.

W końcu zjawił się i Asif i mogliśmy przystąpić do właściwego rozpoczęcia. Świeczki musiały być jednak zdmuchnięte na zewnątrz, bo czujne alarmy przeciwpożarowe zepsułyby nam cały wieczór. Potem rozpoczęło się jedzenie ciasta i rozmowa. Nie będzie dla Was żadnym zaskoczeniem, tak jak nie było to zaskoczeniem dla nas, że po kilku chwilach rozmowa zeszła na oczywisty temat religii. Ramadan, Post, sens miłości Bożej. Co zaskakujące, okazało się, że Alicia jest na profilu klasycznym, więc zna zarówno wysoką literaturę Grecji i Rzymu, jak i pierwszych myślicieli chrześcijańskich. Asif był tego wieczoru nieco cichszy niż zwykle.

Po 22 zaczęliśmy oglądać film. O północy Asif powiedział, że musi iść i wszyscy razem zdecydowaliśmy, że lepiej długie świętowanie przełożyć na „po teście”, zwłaszcza, że Costanza niespecjalnie w ogóle zaczęła się uczyć.

Dzień 117 - piątek

Dziś było podobnie jak wczoraj. Tylko tatar się skończył, więc na kolację uraczyłem się Polskim Razowcem (śmiejcie się śmiejcie, że piszę Go dużą literą, ale jak Go brakuje ten tylko się dowie, kto Go stracił) z ojczystym miodem. Ach!

czwartek, marca 01, 2007

Dzień 116 - czwartek

Na naukę nigdy nie jest za późno. Pod warunkiem, że zacznie się wystarczająco wcześnie. Dlatego też dziś zacząłem przygotowania do wtorkowego testu z makroekonomii. Wykładów nie było, bo trwa jeszcze Reading Week (wszyscy których pytałem, odpowiadali, że robili najróżniejsze rzeczy – podróżowali, obijali się, oglądali filmy; nikt jednak nie powiedział, że się uczył).

Wieczorem poszedłem na karate, a po powrocie przygotowałem przywiezionego z Polski tatara (potrawę, nie coś innego). Benedine smakował, Wan Yung nie. Ale przecież jeszcze się taki nie urodził, co by każdemu dogodził…