Powoli nadchodził wieczór. Słońca zachodziło już nad zamkiem w Windsorze, kiedy wybiegałem z akademika. Na ramieniu, jak zwykle, podskakiwała torba ze strojem do karate.
Lekko rozgrzany dotarłem na salę. Wszyscy powoli się schodzili. Byłem trochę podekscytowany i niepewny, bo sama nazwa stymulowała wyobraźnię - "Karate-athon", czyli maraton karate. W duchu liczyłem na naprawdę morderczą godzinę treningu.
Przed wejściem niektórzy rozmawiali o tym, ile zebrali pieniędzy. Cały ów Karateathon to bowiem pretekst, który miał zachęcać ludzi do dawania na cel charytatywny. Z założenia koledzy, przyjaciele, rodzina czy współpracownicy "sponsorują" daną osobę, która podejmuje się wziąć udział w Karate-athonie, ów sponsoring idzie natomiast na zbożny cel. Nie bardzo rozumiem ów mechanizm i to, dlaczego miałoby to być skuteczniejsze od zwykłego zbierania datków. Ale może chodzi - jak zawsze - o "having fun".
Podzielono nas na 3 grupy. Każda przez 10 minut miała w pocie czoła wykonywać zadane ćwiczenia. Na pierwszy ogień poszło kumite, czyli wolna walka (w rozsądnych granicach). Kumite, w przeciwieństwie do kihonu (ćwiczenia technik podstawowych) męczy nie tylko ciało, ale i umysł. Trzeba cały czas koncentrować się na ruchach przeciwnika - chwila nieuwagi i jesteśmy trafieni (oczywiście każdy kontroluje ciosy, bo nie ćwiczy się po to, żeby uszkodzić przeciwnika). Niestety moje nadzieje o morderczym wysiłku odpływają, bo sensei krzyczy: "Dawajcie z siebie wszystko", po czym już cicho mówi: "Nie ćwiczcie tak ostro, bo się szybko wykończycie".
Później przyszedł czas na minutę przerwy. Ledwie wystarczyło, żeby złapać oddech, który wszyscy nagle gdzieś stracili.
Grupa druga: kata czyli formy. Idea kata to sekwencja ruchów, która jest walką z wymyślonym przeciwnikiem. Wykonana idealnie ma nie tylko przypominać, ale właśnie być prawdziwą walką - dlatega tak ważne jest nastawienie psychiczne. Mimo, że nie ma przed tobą przeciwnika, uderzaj tak, jak gdyby tam stał. Z takim właśnie nastawieniem mieliśmy wykonać najbardziej podstawową z form - kihon. Oczywiście był tez haczyk - między każdym ruchem mieliśmy wykonać kopnięcie. Raz za razem prędkość wzrastała, więc pod koniec każdy zdawał się na automatyzm i liczył, że pamięć ciała go nie zawiedzie.
Druga przerwa zastała niektórych na ziemi. Ciężko sapali. Na plecach każdy miał już mokrą plamę.
Runda trzecia, czyli kihon. Obraz, jaki zwykle się z tym kojarzy, to rzędy tam samo ubranych wojowników, godzinami ćwiczących jedno uderzenie lub blok. Cios za ciosem i okrzyk za okrzykiem. W rzeczywistości jest jednak inaczej. Ćwiczenie składa się często z kilku czy nawet kilkunastu połączonych technik, które należy wykonać w miarę płynnie i szybko. A wszystko to po serii japońskich komend i krótkim pokazie. Tym razem trudność polegała tak na technice, jak i na szybkości.
Po pół godzinie większość osób wyglądała na zmęczoną. Ktoś nadwerężył sobie kolano, ktoś inny skarżył się na odcisk na stopie. Większość rozglądała się za butelką z wodą albo siedziała na ziemi i oddychała ciężko.
Cały układ powtórzył się jeszcze raz. Wszyscy już z nieco mniejszym zapałem i energią atakowali, bronili się i wykonywali techniki. Kiedy zbliżała się pełna godzina, wielu raz po raz niespokojnie patrzyło na zegar, który obojętnie wisiał na tylniej ścianie. Pewnie nie tylko mnie wydawało się, że złośliwie spowalniał czas, przedłużając nasze męki.
W końcu wybiła pełna godzina. Wszyscy a ulgą padliśmy na podłogę i leżeliśmy kilka minut, czując jak wraca nam spokojny oddech i przegrzane ciało powoli się ochładza. Tak skończyła się godzina intensywnego treningu. Szkoda, że to tylko raz w roku.
Późnym wieczorem, jak zwykle, zapukała Wan Yung. Po chwili wyszło na jak, jak zwykle, że ma na jutro esej do napisania. I jak zwykle odkłada to aż do 3 w nocy, kiedy poczuje ukłucie obowiązku i falę presji. Twierdzi, że tylko wtedy może się zmobilizować do pracy. Mówię, że to niedobrze, żegnam się i idę spać. Myślę, że dziś zasłuzyłem.