The Conquest of England

Relacje z frontu na Wyspach.

Nazwa:
Lokalizacja: Poland

czwartek, maja 17, 2007

Dzień 139 - sobota

Sobota, jaka jest, każdy wie – jemy i uczymy się. Tak też było i dziś. W ramach odpoczynku dokończyłem „Szahinszacha” – Kapuścińskiego reportaż o Iranie w okresie rewolucji Szaha i rewolucji religijnej Chomeiniego. Przy okazji muszę przedyskutować to z Pardis, w końcu to jej historia.

Dzień 138 - piątek

Wiecie, dlaczego starszym płacą w pracy więcej? Bo są lepsi? Nic takiego – dzieje się tak tylko po to, żeby zachęcić młodych do cięższej pracy perspektywą przyszłych zarobków. A wiecie, dlaczego szefowie zarabiają tak dużo? Dlatego, że są najważniejsi? Nie tylko – perspektywa awansu do lepszych zarobków będzie każdego na każdym szczeblu motywowała do lepszej pracy. O tym i innych sprawach związanych z zatrudnieniem mówiono nam na dzisiejszym wykładzie.

Ale cóż wykład, kiedy za kilka godzin koncert! Wróciłem żeby się przebrać i znaleźć coś różowego jako nasz obowiązkowy element stroju. Jedyne dopuszczone kolory to czarny z nutką różowego. Na szczęście sąsiadka Pardis okazała się być fanką tego koloru, więc na próbę ruszyłem z różowym szalikiem (w kieszeni, rzecz jasna, żeby zachować godność). Sala okazała się być większa niż przypuszczałem – naliczyłem przeszło 100 krzeseł. Próba nie poszła najlepiej, ale skądinąd pamiętałem, że żadna z moich prób generalnych nigdy nie wypadała za dobrze…mimo to przed samym występem Jozef, wesoły Czech, powiedział: „Kto jest tak głupi, żeby dawać za taki marny koncert całe 10 funtów?”. Ale potem dodał: „Today, we will gather the fruits of our work” i rzucił do Svehli, Słowaka, „zniwa!”. „Żniwa!” – podchwyciłem i niespodziewanie wszyscyśmy się roześmiali.

Kiedy stanęliśmy już naprzeciw ciemności widowni, w paraliżującym świetle jupiterów, nie myślałem już o tym, że to nie najlepsze miejsce dla kogoś, kto nie bardzo potrafi śpiewać. Ale w końcu śpiewać każdy może, a poza tym mój głos i tak ginął w całym chórze.

Pięknie zabrzmiało „Halleluja”, znane ze Shreka i piosenek Leonarda Cohena. Nie gorzej udało nam się „Somebody to love” jako zaplanowany bis – wprawdzie Frieddie Merkury by się pewnie powstydził, ale…natomiast heavy metalowa piosenka System of a Down była niewątpliwie największym zaskoczeniem i zgarnęła największe oklaski. Nie co dzień słyszy się przecież metal a capella.

Po koncercie byłem bardzo z siebie dumny i zadowolony – występowałem już wprawdzie na scenie, ale nigdy jako śpiewak. Nigdy też nie sądziłem, że przyjdzie dzień, w którym razem z chórem będę dawał koncert. Życie, jak widać, potrafi zaskakiwać.

Dzień 137 - czwartek

Wykład ze statystyki, który zabija moje przedpołudnia, był – wyjątkowo – ciekawy. No bo nie codziennie uczą przecież, jak przewidywać przyszłość albo odkrywać rzeczy ukryte. A tutaj okazuje się, że to właściwie bardzo proste: zbieramy trochę informacji, dodajemy, podstawiamy, dzielimy i już gotowe – linia regresji pokazuje nam współzależność skutków i przyczyn.

Podczas obiadu okazało się, że przygotowanie ryby z miodem jest prostsze aniżeli podaje to większość książek kucharskich. Po prostu podgrzewamy rybkę i polewamy ją miodem. Smakuje świetnie.

Wykład popołudniowy (Economic Philosophy) tym razem trwał tylko 50 minut, bo Jeff miał wezwanie na policję. Nikogo właściwie nie zdziwiło, że 80% zeszło na dygresje i omawianie motywacji podjęcia studiów. Ale przynajmniej było ciekawie.

Zaraz potem rozgrywały się wybory do Investment Club na przyszły rok. Razem z Iulianną myśleliśmy sobie, żeby razem przejąć stery nad sektorem międzynarodowym. Na miejscu okazało się niestety, że jest jeszcze ten trzeci i nasze plany rozdania stołków między sobie runęły. Wiedziałem o nim, że jest bardzo liczy na przejęcie sektora, zapewne z tytułu korzyści, jakie to ze sobą niesie (wpis do CV). Wiedziałem też, że chociaż nie był zbyt dokładny i sumienny przy odrabianiu cotygodniowych raportów, to teraz gra dla niego ma zbyt wysoką stawkę. Wystarczyło, że zamieniłem z nim kilka słów, żeby okazało się, jak bardzo zależy mu na tej pozycji. Chwila zawahania, potyczka z własną ambicją i dumą i…odszedłem, mówiąc, że się wycofuję.

Raz jeszcze karate stało się ucieczką i wytchnieniem. Blaithe, roześmiany wojownik, zapewnił nam jeden z bardziej męczących treningów, jakie pamiętam. Mówił jeszcze:

– You’re nice and warmed up? Time for a tough session. If you feel it is easy for you, make it harder. Driving an easy way is bad. Karate is all about making things harder.

Ktoś zaraz powie: „Jakże to tak? Po co się trudzić, skoro można coś zrobić łatwo, mniejszym kosztem albo nie robić tego w ogóle? To przecież bez sensu!”. Wysiłek i zmęczenie są nagrodą samą w sobie – kroczenie drogą samodyscypliny jest zarówno środkiem, jak i celem samym w sobie.

Było przed 22, kiedy wróciłem do pokoju. Kimono powiesiłem na kiju, spodnie na wieszaku, wziąłem brudne garnki i poszedłem do kuchni. W drodze pomyślałem, że to dobry dzień, żeby zrobić naleśniki. Kolejny raz zgorszył mnie widok zapchanego resztkami makaronu penne zlewu. Ale prawdziwa cholera wzięła mnie, kiedy nasypałem już płatków do miseczki, wyjąłem produkty na naleśniki i sięgnąłem do lodówki po mleko. Bo zamiast mleka znalazłem tam tylko szyderczą pustkę. I zaczęło się kombinowanie (--> ..:://Teganita\\::..)

Teganita

Parados:

Chór:
Od zarania świata, gdy bogowie lud stworzyli
I życiem ich na ziemi łaskawie obdarzyli
Człowiek naturę swą odrzuca, kusi go potęga
I los dany przemienia i wciąż wyżej sięga!
Prometejskiego śladem czynu, co skazę zostawił
Gdy na świat przyniósł złodziejstwo, a honor ograbił.

Epejsodion IV:

Wojtek:
Ach ta niepewność! Ten strach przed nieznanem
Co ujrzę, gdy dziś przed drzwiami mej spiżarni stanę?
Czy widok ten raz jeszcze duszę mą ukoi
Czy też spokój jej cały runie na wzór Troi?

Ale dość myśli niespokojnych, czas zmierzyć się z losem
Oko w oko spojrzeć, nie uchylić przed ciosem
I choćby tam najstraszniejsze mnie męki czekały
I to lepsze jest niż drżeć w niepewności cały.

O bogowie! Niech mi wasza łaska towarzyszy pod niebem
Hermesie, chroń mnie przed twych wyznawców gniewem

Mocą bogów wspierany otwieram drzwi spiżarni
Chłód mnie owiewa okrutny, zwiastun mych męczarni
Bo co było – zniknęło i pozostał tylko głód
O Bogowie, zlitujcie się, uczyńcie dla mnie cud!

Stasimon IV:

Chór:
Nie rozpaczaj, młodzieńcze, i porzuć swe obawy
Bo to źle gdy człowiek życie wiedzie podług strawy
Nie żołądek, lecz rozum niech twe kroki kieruje
Na ścieżkę, gdzie przebaczenie nad gniewem króluje!

I o tym pamiętaj, że sam nie jesteś w biedzie
Że po Tobie wzrokiem życzliwym Fortuna wciąż wiedzie
Rozejrzyj się wkoło, zbierz myśli i jedzenie
I z tych dwóch składników przyrządź sobie pożywienie

Epejsodion V:

Wojtek:
Oto czuję, jak w mej głowie już wizja się rodzi
Aby z tych oto składników dziś naleśnik spłodzić
Jogurtem zastąpię mleko skradzione parszywie
I tak swą kolację przyrządzę uczciwie.

Exodos:

Tak oto stara mądrość ludowa się jawi
Że co dobre, dobrze się kończy – i trawi.